Thriller · 40 min czytania
Kolekcjonerka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Kolekcjonerka
Delikatnie wręcz z namaszczeniem przetarła ściereczką i odłożyła lśniącą książkę na półkę nowego, masywnego regału. To była już ostatnia. Nareszcie skończyła. Przynajmniej z tymi tutaj. Dookoła było słychać krzątających się ludzi. Zdmuchnęła niesforny kosmyk włosów z czoła i cofnęła się ogarniając całość wzrokiem. Równiutko i ściśle ułożone rzędy kusiły pięknymi lśniącymi grzbietami okładek. Patrząc na te wszystkie książki napełniła ją duma. Zupełnie jak matkę która z miłością spogląda na swoje pociechy. A te idealnie kolejno ułożone tomy tutaj były dla niej bez wątpienia niczym najbliższa rodzina. Jeden z mężczyzn z firmy specjalizującej się w przeprowadzkach z widocznym wysiłkiem wnosił właśnie duże kartonowe pudło. - Proszę niech pan go postawi pod ścianą. Koło tego czarnego kufra. – Powiedziała to robiąc krótką pauzę. I resztę kartonów z czerwoną taśmą poproszę też tutaj, dziękuję. - Dodała. - Oho. Te są najcięższe. Jeszcze ich trochę zostało - powiedział wzdychając. - Wiem. - odpowiedziała, oglądając uśmiechając się ze współczuciem. - Pani to chyba bardzo lubi czytać. - rzekł ocierając pot z czoła. - Po czym Pan wnosi? - zapytała z udawanym zdumieniem. Po czym oboje wybuchnęli śmiechem. Wygładziła dłonią swoją elegancką sukienkę Miała bujne kasztanowe włosy zawsze upięte w delikatny kok. Ponętne oczy badawczo spoglądały zza idealnie dopasowanych okularów w cieniutkich oprawkach. Dodawały jej uroku i podkreślały inteligencję. Kształtna figura przyciągała spojrzenia facetów. Lecz nie było zbyt wielu odważnych którzy by próbowali z nią filtrować. Catherine miała w sobie coś co onieśmielało mężczyzn. Rozejrzała się. Gdzieś czytała artykuł że podobno identyczny poziom stresu u człowieka wywołuje właśnie zmiana miejsca zamieszkania lub śmierć w rodzinie. Może cos w tym jest. Pomyślała. Poczuła wibracje komórki w kieszeni. - Catherine Hillstorm, słucham. - zapowiedziała do słuchawki. - Cześć Catherine - dało się usłyszeć damski cienki głos. - To Jane, jej asystentka. Młoda, rezolutna dziewczyna będąca w firmie na stażu. - Chciałam tylko przypomnieć że dzisiaj ma pani ważne spotkanie z panem Jeffersonem. - zapiszczała do słuchawki. - Na godzinę piętnastą. Pamiętam. W końcu to nasz największy klient. Dzięki Jane - Uprzedziła ją. - No tak, tak. Właśnie dlatego dzwonię. Wszyscy w wydawnictwie są bardzo podekscytowani! - Trzymam kciuki i do zobaczenia na miejscu. - zaczebiotała i rozłączyła się.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła trzynasta. Później zajmie się resztą, pomyślała. Z uporządkowaniem swojej ogromnej biblioteczki będzie miała niewątpliwie najwięcej roboty. Zaczęła tego ranka. I najważniejsze już wykonała. Ten jeden szczególny regał został zapełniony. Był inny niż reszta które się tu znajdują i które również będą dźwigać słodki ciężar wiedzy zapisanej słowem drukowanym. Wyróżniał się rozmiarem i był najbardziej okazały. Ręcznie wykonany z polerowanego dębu w kolorze ciemnego złota. Kunsztownie wykończony rzeźbioną dekoracją. Znajdował się w samym centrum pomieszczenia. Przeznaczony był dla jej najcenniejszej kolekcji. Zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Wszystkich powieści jednego z najwybitniejszych pisarzy świata Jamesa Sheldona. - Witajcie w nowym domu - Powiedziała, uśmiechając się.
Jechała swoim wielkim wiśniowym mercedesem, słuchając radia rozmyślając i planując. Catherine Hillstorm. Miała 29 lat. Mimo dość młodego wieku w idealnym aspekcie wcielała się w rolę nowoczesnej kobiety sukcesu. Niezwykle inteligentna. Analitycznie podejmowała trudne i kluczowe decyzje w sprawach biznesowych. Lubiana wśród współpracowników i podwładnych. Niezwykle ceniła profesjonalizm i szacunek. W niespełna pięć lat własnymi rękoma od zera stworzyła i rozwinęła własne wydawnictwo "Rooks Books", które stało się jednym z największych w kraju. Jej firma miała podpisane kontrakty z autorami największych bestsellerów i dziesiątkami pomniejszych również dobrze sprzedających się pisarzy.
Stała na skrzyżowaniu obserwując wściekle czerwone światła które zdawały się mówić - No śmiało jedź! Może ci się uda? A może dostaniesz mandat, lub stanie się coś gorszego? Nagły hałas wyrwał ją z zamyślenia. Obok gwałtownie zatrzymało się jaskrawo niebieskie sportowe Bmw. Muzyka dudniła od wewnątrz. Za kierownicą siedział elegancko ubrany i zadbany mężczyzna który patrzył na nią z zadziornym uśmiechem. Spokojnie odwróciła wzrok na drogę. W radiu rozbrzmiał utwór Highway to Hell zespołu AC/DC. Zgłośniła. Lubiła rock i mocne brzmienia Szczególnie w tak dobrym nastroju. Zegar na desce rozdzielczej pokazywał 14:21. Na oficjalnych spotkaniach zawsze lubiła być pierwsza. Zapaliło się zielone światło. Nucąc pod nosem i kiwając głową w takt muzyki, poprawiła swoje okulary przeciwsłoneczne zacisnęła ręce na kierownicy i wcisnęła gaz do dechy. Potężny silnik zamruczał głośno i auto wystrzeliło do przodu, zostawiając w tyle Bmw. Widząc malejący niebieski punkt w lusterku wstecznym, teraz ona uśmiechnęła się zadziornie.
Jake obudził się czując potwornego kaca. Podniósł się ociężale z łóżka. Głowa ciążyła mu jakby ważyła cztery razy więcej. W pokoju panował ponury półmrok. W powietrzu unosił sie stęchły zapach starego dymu papierosowego i alkoholu. Rozejrzał się po swojej ciasnej, zagraconej kawalerce. Oczy go piekły. Chciało mu się rzygać. Nie wiedział czy to z powodu tego że dzień wcześniej znowu przeholował z alkoholem, czy z powodu tego widoku. Wszędzie walały się puste butelki po wódce i puszki po piwach. Złapał jedną butelek i przytknął łapczywie do ust. Pusta. Rzucił ją ze złością. Z hukiem rozbiła się o ścianę. Złapał się za głowę kręcąc na boki. Poszedł do łazienki i spojrzał w lustro. Nie robił tego od tygodni. Miał zarośniętą twarz. Ciemne worki pod oczami sprawiały że wyglądał dużo starzej niż na swoje czterdzieści lat. Wielka blizna rozchodziła się wzdłuż jego głowy. Druga rozchodziła się na lewym policzku. Łzy napłynęły mu do oczu. Te blizny nie pozwalają zapomnieć. Zapomnieć o tragedii której był uczestnikiem, której był sprawcą. -To wszystko Twoja wina Skurwysynu! Ty je zabiłeś- wykrzyczał łkając. Ty je zabiłeś... Wszedł pod prysznic. Silny strumień lodowatej wody uderzył w niego zapierając mu dech w piersi. Czuł jakby zimne sztylety bólu przeszywały jego ciało. Otworzył usta. Czuł jak woda wdziera się do jego wnętrza. To było dobre uczucie. Ból fizyczny który był niebo lepszy od tego psychicznego. Chciał żeby ogarnął go i pochłonął do końca. Żeby nie musiał myśleć. Żeby nie musiał pamiętać co się stało. Dlaczego to musiało spotkać właśnie jego. Dlaczego właśnie jego żona i córeczka zginęły w tym wypadku samochodowym, podczas gdy on przeżył. On nie zasługujący na tę cudowną rodzinę. On za kierownicą a one... Siedział zesztywniały na kanapie. Kac zniknął. Głowa jeszcze trochę bolała, ale odzyskał jasne i trzeźwe myślenie. Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Pieniądze znowu się kończyły. Kiedy ostatnio był na akcji? Będzie już koło miesiąca. Ostatni raz nie był udany. To znaczy z jednej strony był. W końcu dostał to co chciał. Czyli fanty, biżuterię i trochę gotówki. Po tym gładkim, cichym wejściu przez piwnicę, jakimś cudem ta suka która tam mieszkała usłyszała go i narobiła krzyku. Na dodatek okazało się że nie była sama. Jej wybudzony fagas okazał się być w bojowym nastroju i zrobiło się nieprzyjemnie. Musiał ich unieszkodliwić. Metalowy łom naprawdę potrafił uciszać. Jednak gdy to robił wydawał bardzo nieprzyjemne odgłosy. Głuchy łomot, zduszone okrzyki i jęki bólu. Czasami trzask pękających kości i krew. Dużo krwi. A następnie nadchodziła upragniona cisza. Zaciągnął się kolejny raz. Był skrzywdzony i chciał żeby inni cierpieli. Dlatego nie podjął uczciwej pracy a zajął się włamywaniem i krzywdzeniem innych. - Jake czeka Cię kolejna akcja. Jesli tego nie spierdolisz. Będzie to twoja ostatnia, a potem koniec z tym.
Wydawnictwo "Rooks Books" znajdowało się w nowoczesnym pięciopiętrowym budynku u zbiegu ulic Conway i Mallstreet. Wrażenie robił długi hol wyłożony białym marmurem. Na ścianach w przeszklonych ramach widniały powiększone okładki najpopularniejszych książek i fotografie autorów. Na górę prowadziła obszerna, cicha i bardzo szybka winda którą każdy w biurze uwielbiał jeździć. Szczególnie kobiety doceniały duże tafle lustra którymi była wyłożona. Sala konferencyjna znajdowała się na samej górze. Była równie imponująca. Panoramiczne okna od ziemi aż do sufitu zapewniały piękny widok na panoramę Manhattanu. Panna Hillstorm czekała gotowa na spotkanie napawając się tym widokiem.
Nowym klientem na którego czekała był Steven Jefferson. Autor miłosnych bestsellerów którego powieści podbiły rynek czytelniczy w kraju i obecnie rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Marzenie każdego wydawcy. Dzięki dobrym znajomościom w branży do Catherine doszły słuchy że Jefferson nie jest zadowolony ze współpracy ze swoim dotychczasowym wydawcą. Zareagowała ze znaną jej szybkością i profesjonalizmem. Skontaktowała się z jego agentem przedstawiając chęć współpracy i przygotowany kompleksowy plan umowy na indywidualnych warunkach z prognozowaniem na następne 10 lat, co wywarło duże wrażenie i spotkało się z natychmiastowym zainteresowaniem drugiej strony. Miała absolutną pewność że ten pisarz już jest częścią jej firmy a podpis umowy jest tylko formalnością
Część 22 / 2
Wielkie podwójne drzwi otworzyły się i do środka dumnie wkroczyła Jane prowadząc za sobą gościa. Była mocno zestresowana, ale świetnie to ukrywała. - Pani Hillstrom to Pan Jeffersson. - zapowiedziała tonem brzmiącym niezwykle uroczyście. Bezgłośnie ruchem warg dodając - O Mój Boże! - rozwierając szeroko oczy z ekscytacji. Zza pleców asystentki wyłonił się przystojny, elegancki mężczyzna. Ten sam którego Catherine spotkała zaledwie pół godziny wcześniej na skrzyżowaniu w bmw. Z tym samym zawadiackim uśmieszkiem. Poczuła lekkie rozbawienie całą sytuacją lecz nie dała tego sobie poznać. -Witamy w "Rooks" panie Jefferson - powiedziała z pewnością siebie emanując profesjonalizmem i wyciągając rękę na powitanie. - Proszę mi mówić Steven - odpowiedział delikatnie uściskując jej dłoń. - Jeżeli prowadzi Pani swoją firmę, tak jak auto to jestem pewien że moja nowa powieść jest w dobrych rękach. - Powiedział to ukazując swoje idealnie białe zęby. - Jeżeli o to chodzi, to na pewno trafiłeś pod właściwy adres Stevenie. Mów mi Catherine. - powiedziała nie powstrzymując dłużej uśmiechu. - No więc Catherine czuję że możemy zacząć świętować bo wkrótce wspólnie zarobimy miliony. Minął tydzień od przeprowadzki i dopięcia umowy ze Stevenem Jeffersonem. Jego nowa długo wyczekiwana powieść "Miłość bez przebaczenia" trafiła do druku nakładem "Rooks Books". Ilość zamówień przedpremierowych była ogromna. Z planowanego początkowo nakładu miliona egzemplarzy, liczba wzrosła do półtora miliona. Prognozowano jednak że przy takim popycie w niedługim czasie konieczny będzie dodruk. Catherine rozgościła się już w nowym miejscu i powoli zaczynała czuć się tu jak w domu. To duża zmiana. Wcześniej wynajmowała apartament w centrum. Kilka miesięcy temu podjęła decyzję o zakupie przytulnego domu z własnym dużym ogrodem na obrzeżu miasta. Dużą rolę w tym odegrały jej książki których ogromna liczba nie mieściła się w mieszkaniu. Siedziała w salonie z kieliszkiem wina na ogromnej sofie. W kominku słychać delikatny trzask płonących polan. W tle cicho i nastrojowo leciała muzyka. W tym momencie grał jeden z nostalgicznych utworów Franka Sinatry. To było jej ulubione miejsce w całym domu. Takie miało być od samego początku. Wszędzie dookoła były schludnie wkomponowane regały z książkami. Sama nie była pewna dokładnej ich liczby. Lecz zamykała się na pewno na około dwóch tysiącach egzemplarzy. A w centrum tego małego papierowego wszechświata górował jeden zbiór. Artysty, wizjonera i geniusza który jednym zdaniem potrafił wyrazić tysiąc słów.
Not.Biograficzna. James Sheldon urodził się W 1909 r w Teksasie. jako piąty i najmłodszy potomek Irwina i Mary Sheldon. Małżeństwa prostych farmerów nie stać było na formalną edukację dzieci. Matka nauczyła je czytać i pisać we własnym zakresie. James od wczesnych lat był bardzo chorowitym dzieckiem. Większość czasu przykuty do łóżka, zafascynowany książkami. Interesowało go i czytał wszystko co wpadło mu w ręce. Każdy kto gdy wspominał go w tym okresie, opowiadał że to wyglądało jak obsesja. Był piekielnie inteligentny. Czuł nieustanny głód wiedzy. Wkrótce jeszcze jako kilkunastoletni chłopiec zaczął sam pisać. Do czasu gdy skończył 20 lat w 1939 r. kiedy to zaciągnął się do armii i ruszył na front 2 wojny światowej, napisał cztery powieści. Niektóre z nich do dziś uważane za klasyki literatury światowej. Lata wojennej tułaczki zaowocowały napisaniem przez niego w trakcie służby 10 tomowej sagi "Great Hearts" o najwyższych ludzkich uczuciach i cierpieniu. Królującą we wszystkich rankingach na historię wszechczasów. Po wojnie Sheldon nie był już tym samym człowiekiem. Podupadł na zdrowiu. Odciął się od świata. Zamykając się w domu poświęcił tylko pisaniu. Jego styl ewoluował a późniejsze dzieła stały się mroczniejsze. Dotykały tematów nieba, piekła, śmierci i zjawisk niewytłumaczalnych. Do czasu swojej śmierci w 1956 roku napisał 42 powieści. Nie ulega najmniejszej wątpliwości że jego twórczość odcisnęła niebywałe piętno, a także wyznaczyła kierunek światowej literaturze. Swoimi powieściami poruszył setki milionów ludzi. Zostały przetłumaczone na niemal wszystkie języki świata. W niektórych krajach doprowadziły do rewolucji. Uważa się że nie było nigdy większego pisarza którego prace w takim stopniu wpłynęły na losy zwykłego człowieka i całego świata.
Panna Hillstorm mając dziesięć lat rozpoczęła swoja przygodę z literaturą od "Great Hearts" i od tamtej pory zakochała się w jego dziełach. Przeczytała wszystko co wyszło spod jego ręki. Zaczęła też je kolekcjonować od momentu gdy na piętnaste urodziny dostała od swojego ukochanego dziadka egzemplarz "Życia w objęciach Śmierci". Powieści z wczesnej twórczości Sheldona, która urosła do miana kultowej. To było eleganckie pierwsze wydanie w twardej oprawie. Bardzo cenne. To była najdroższa rzecz jaką posiadał. Teraz na pięknym dużym regale przed nią leżały wszystkie jego 44 powieści. Wszystkie w pierwszych wydaniach. Wiele z nich należało do bardzo rzadkich i prawie niemożliwych do zdobycia. Tylko kilka osób na świecie mogło się pochwalić takim kompletnym zbiorem. Szacunkowa cena u kolekcjonerów zaczynała się od kwot sześciocyfrowych której górna granica zdawała się nie mieć końca rozpalając umysły kolekcjonerów.
Odstawiła kieliszek wstała i lekkim niemal tanecznym krokiem podeszła do regału. Wzięła książkę z środkowej półki. Dotyk twardej i gładkiej faktury okładki przyjemnie połaskotał jej dłoń. Zawsze urzekał ją delikatny szelest przewracanych stron i ten zapach. Zapach świeżo otwartej książki który był jej ulubionym. Dorównywał mu tylko aromat świeżo zmielonej kawy i zapach skoszonej trawy.
Dlatego wiedziała że książki w formie elektronicznej chociaż bardzo popularne, nigdy nie zdołają do końca wyprzeć z rynku tych drukowanych. Wiele osób tak jak ona preferuje namacalnie czuć ten przyjemny ciężar opisanej historii w dłoni. Wiele z nimi przeżyła. Setki momentów radości i smutku. Złości i przerażenia. Były z nią zawsze kiedy tego potrzebowała. Na dobre i na złe. Komuś przyglądającemu się z boku trudne byłoby ukrycie zdziwienia tą osobliwą adoracją jaką zdawała się ona darzyć te w gruncie rzeczy martwe przedmioty. Ale to właśnie te książki towarzyszyły jej lata temu gdy jej małżeństwo zaczęło się sypać jak domek z kart. Cudowne historie wypełniały puste noce pełne złości i bezradności gdy czekała na męża, który często pojawiał się dopiero nad ranem pod wpływem alkoholu. Razem z bohaterkami powieści odrywała się od ciągłego stresu długiej wyczerpującej batalii rozwodowej. A wreszcie uratowały ją gdy straciła pracę i w oczy zajrzało jej widmo nędzy i ubóstwa. Po latach pewien letni upalny dzień stał się ukoronowaniem jej wszystkich trudów. Rutynowa wizyta w serwisie mechanicznym luksusowych aut do którego zajechała swoim mercedesem na badania techniczne i wymianę oleju. Jakże wielkie było jej zdziwienie gdy rozmawiając z kierownikiem, spoglądając przez duże okno wychodzące na warsztat ujrzała swojego byłego męża w uniformie pracownika umazanego smarem, wychodzącego spod jednego z aut. On też ją zobaczył. Stanął jak wryty z kluczem w ręku. Nie przypominał tego niegdyś aroganckiego, stale drwiącego i wiecznie gotowego do krytyki faceta. Jego spojrzenie było pełne szoku, niedowierzania i wreszcie wstydu. Wtedy dopiero pierwszy raz po tych wszystkich latach poczuła że w pełni odniosła sukces.
Jake spakował wszelkie niezbędne rzeczy. Sznur, mocna szara taśma klejąca, na koniec do torby na wierzch wrzucił łom. Nieodzowny rekwizyt podczas jego niezapowiedzianych nocnych wizyt. U nic nie podejrzewających ludzi pogrążonych we śnie, w swoich jakże bezpiecznych zdawałoby się domach. Na wszelki wypadek do kieszeni włożył rewolwer Smith & Wesson kal. 38. W razie gdyby coś poszło mocno nie po jego myśli. Ponownie zmusił się żeby przejrzeć się w lustrze. Nie podobało mu się to co widział. Blizny choć nie tak bardzo rzucające się w oczy wydawały mu się monstrualne i odpychające. Za każdym razem powodowały eksplozję bólu przypominając skąd się wzięły. Ale dzisiejszy wieczór będzie szczególnie ważny. Od kumpla z dawnej pracy, gdy jeszcze normalnie pracował i budował karierę dostał cynk o bogatej lasce która ma dużą i bardzo cenną kolekcję książek. Jake dodatkowo dowiedział się że ojciec tej kobiety był uczestnikiem wypadku w którym zginęła jego rodzina. Zacisnął zęby i wycedził do lustra. - I ty również coś stracisz stary sukinsynu. A co do tej kobiety Kate czy Catherine, uważał ze ona ma wobec niego dług. Dług który on sam wyceni i sam sobie odbierze. - Pożałujecie wszyscy że pojawiliście się w moim życiu i je zrujnowaliście – Syknął. Sprawdził latarkę włożył do torby zasuwając zamek błyskawiczny. Kominiarkę z rękawiczkami włożył do kieszeni czarnej kurtki. Buty na nogach były o dobre trzy numery za duże i dość pospolite. Dostępne w każdym sklepie sportowym. Nad komfort cenił sobie wolność, a te buty w razie co eliminowały go jako podejrzanego na podstawie odkrytych przez policję śladów obuwia. Podobnie jak reszta rzeczy. Ma być maksymalnie ostrożny. Jego misja jeszcze się nie skończyła. - Tak ta noc zmieni wszystko – Powiedział to niemal się uśmiechając.
Catherine właśnie kończyła czytać ostatni tom „Great Hearts". Raz w roku musiała odświeżyć sobie tę sagę. Dołożyła drewna do kominka i dolała sobie wina. Czy aktywowała alarm? Zresztą kto miałby się włamywać do tej ekskluzywnej okolicy? – Nie bądź głupia skarciła samą siebie. Strzeżonego Pan Bóg strzeże jak powtarzała jej matka. Podeszła do pulpitu na ścianie i wstukała kod potwierdzając zielonym przyciskiem. Ekran rozbłysnął po czym pojawił się komunikat. Alarm aktywny. Coś zawibrowało na stoliku kawowym. Spojrzała na ekran komórki. Tata. Chwyciła telefon odbierając połączenie. - Cześć tatusiu- powiedziała melodyjnie. - Hej córciu. Co tam u Ciebie? – usłyszała ciepły, donośny głos w telefonie. - Wszystko dobrze się układa. Podpisałam ważny kontrakt w pracy – Powiedziała upijając łyk wina. - Bardzo się cieszę Kochanie. Co ty na to żebyśmy zjedli razem kolację w przyszłym tygodniu? - Jestem jak najbardziej za – uśmiechnęła się jakby znowu była małą dziewczynką tatusia. - Jak Ci się mieszka w nowym domu? - Wreszcie się usadowiłam, jeśli można to tak nazwać - powiedziała przeciągle. - Pewnie jak zawsze jesteś otoczona książkami – zaśmiał się . - Oczywiście przecież mnie znasz. - Pewnie ze znam moją księżniczkę. – To co Sobota ci pasuje? - Tak tato sobotę rezerwuje tylko dla Ciebie. - Cieszę się to do zobaczenia i pa.
Rozłączyła się i odłożyła telefon. Ojciec był dla niej wszystkim. Miała 6 lat gdy jej matka opuściła ją i jej ojca w…