Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 4 min czytania

Koler

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

KOLER

Tułałem się po wielu światach, w tym odnalazłem moje miejsce i zyskałem przyjaciół. Koler

- O co ci chodzi? Czasami w ogóle nie nadążam za twoim tokiem myślenia. Przecież tobie także zależy na uratowaniu świata - zdenerwował się. Ciemny Pan pomachał palcem i uśmiechnął się. - Oj Haverku... Jakiś ty łatwowierny. Nie interesuje mnie świat.. Liczy się puszcza, to ona musi przetrwać. - Więc łączą nas podobne cele. - Nie. Wcale nie muszę wam pomagać. Mogę poczekać aż Bestia przekroczy granice mojej krainy. Dopiero w tedy z pomocą Strażniczki podejmę próbę pokonania potwora. Może się uda, a może wszystko weźmie licho? - Jesteś nienormalny! - Oczywiście, tak jak wszystko w mojej krainie. - Skoro od początku taki miałeś plan, to po co nas w to wmieszałeś? Ciemny Pan wyjął z za pazuchy wisiorek. Na złotym łańcuszku znajdował się medalik mający kształt dęba. - Symbol Cudownego Gaju... - Należał do mojej siostry, zapomniała go wziąć - schował cenny przedmiot. - Mam korzyść w owej filantropii, a oprócz tego gryzłoby mnie sumienie, gdybym tego nie uczynił. Wbrew temu co myślisz kocham... swoją siostrę. Wybierajcie. Chcecie uratować Sonie i Sabrinę, czy skazać je na śmierć? - Mów, czego żądasz? - Od ciebie Haverze niczego. Udaj się po obie panie. - Nie zgadzam się - zaprotestował Lavryk. - To pierwszy warunek - odparł lodowato Ciemny Pan. - Tu będą bezpieczne. Wchodząc do urządzenia, nie możecie zabierać ze sobą żadnych trosk. To niewskazane. Pamiętajcie, co się stało z tamtym człowiekiem. Moja kraina będzie ostatnim bastionem oporu, gdy wywiąże się walka. Przysięgam, że dopóki żyję tu im nic nie grozi. - Masz racje - niechętnie przyznał koledze słuszność. Zostali sami.

Deszcz bębnił w okiennice. Wiatr zawodził niemiłosiernie, opłkując ofiary potwora. Ciemne chmury zasłaniały niebo, jakby to była jesień. Dzień był tak samo przytłaczający jak poprzedni. Sonia chodziła nerwowo po pokoju. Lubiła spacerować, ale taka pogoda nie nadawała się na to. Była niewyspana. Wciąż śniła się jej śmierć przyjaciółki i jej krzyk. Martwiła się brakiem wieści od Lavryka. Nie wyjaśniła mu swojego postępowania. Biedak, wciąż myślał, że go zostawiła. - Minął prawie tydzień, a my nic nie wiemy! - Boisz się o Lavryka, bo ja o Havera tak. - Nie obawiaj się Księżniczko, na razie jestem zdrów i cały - pojawił się w komnacie w trakcie ich rozmowy. - A... - On też. - Haver! - Ucieszyła się widząc go całego i zdrowego. - Pakujcie się moje panie. Zabieram was do Cudownego Gaju. Sonia zawahała się. - Lavryk nie byłby zadowolony, a ja... - On tam na ciebie czeka. Martwi się, więc chodźmy - pośpieszał je. - A Zachar? Jak zareagował na wasz widok? - Przecież widać, że jeszcze żyjemy. Zmienił się, wybaczył. - Naprawdę? - Wręcz zażądał, abyście przybyły. - Mogłam się tego domyślić - mruknęła Sonia. - Podstępny lis. W przeciwieństwie do Soni, Sabrina odzyskała chęć do życia i wręcz tryskała radością. Skoczyła do szafy i „natychmiast” się spakowała. Nie potrafiła się zdecydować, było tego tak wiele. Obrażona na brata opuściła Kryształową Wieżę w tym, co miała na sobie. Jednak matka Havera przepadała za nią i natychmiast zadbała o garderobę przyszłej synowej. Sonia nie miała nic.Wszystko przepadło i nie wiedziała czy kiedykolwiek odzyska choćby część ukochanych przedmiotów. Na razie nosiła ubrania Sabriny. - Soniu pomóż mi - poprosiła. Usiadł na brzegu łóżka i z lekkim rozbawieniem obserwował poczynania obu panien. Do głowy by mu nie przyszło, że jego dziewczyna ma tyle ciuchów. Matka nieźle się postarała. - Pośpieszcie się moje drogie. - Cicho! Dekoncentrujesz nas. - Przepraszam Księżniczko.

- Jaki jest drugi warunek? Patrzyli sobie w oczy, jak w tamten dzień, kiedy stali się rywalami. - Złóż mi przysięgę. - Słucham? - Na życie Soni...Przysięgnij, że oddasz mojemu synowi swoją córkę. - Zwariowałeś!? Każesz mi przysięgać na życie Soni! I co to za bzdury? Jaki syn, córka?! Z tobą jest gorzej niż sądziłem. - Ta przysięga ma cię obowiązywać w przyszłości, baranie! - Sam jesteś baran, jeśli myślisz, że przysięgnę ci taką głupotę! - Więc to koniec naszej współpracy. Idźcie i gińcie jak owce przeznaczone na rzeź! Ja nie kiwnę nawet powieką. - Uparciuch! Tak ci zależy na tym idiotyzmie? - Tak. - Nawet nie wiem jak twój syn będzie wyglądał, a jeśli ona go nie pokocha? Mam ją zmusić i unieszczęśliwić na wieczność? - Złapał się za głowę. - Co ja wygaduję, przecież nie mam pewności czy będę miał córkę. A jeśli to będzie syn, co w tedy? - Po pierwsze, poznasz go po oczach i włosach. To będzie mój dziedzic. Po drugie, nie będziesz córki do niczego zmuszał. Jeśli zakocha się w mym potomku, nie wolno ci przeszkadzać. Po trzecie, jeśli urodzi ci się syn, będą się przyjaźnić i też nie wolno ci ingerować. - Skąd u ciebie taka pewność siebie? Mówisz jakby twój syn miał być najprzystojniejszym mężczyzną na świecie. - Bo będzie, a twoja córka najpiękniejszą z panien. - Nie mogę, ty mnie po prostu zabijesz. Umrę zaraz ze śmiechu. - Za chwilę umrzesz, ale na coś innego! - Ciemny Pan zmarszczył czoło. - No dobrze, jeśli taka jest twoja cena. Przysięgam. - Jeszcze jedno, nikomu o tym ani słowa. Wkrótce na korytarzu usłyszeli głos Havera i Sabriny. - Księżniczko przypomnij mi, żebym się z tobą nie żenił. - Jak możesz mi to robić, po tym co razem przeszliśmy?! - Kocham cię Księżniczko, jednak jeszcze trochę, a wykończy mnie twoja garderoba, a nie Hadonis. - Nie marudź, wszyscy jesteście tacy sami. Chcecie otaczać się pięknymi kobietami, a nie obchodzi was ile muszą starań włożyć, aby tak wyglądać. - Dla mnie zawsze będziesz piękna, nawet bez ubrania. - Co?! - Oburzył się Ciemny Pan. - A to rozpustnik, niech ja go dorwę w swoje ręce! - Po chwili Lavryk usłyszał: - Ty degeneracie, wykorzystałeś moją siostrę! Uduszę! Wyrwę ci...! - No co ty, przecież mnie znasz... Sabrino, powiedz mu! - Stój! Rozkazuję ci! - Źle się wyraziłem! Zobacz, ile tego jest i ja to wszystko mam zanieść do jej pokoju! - Rzeczywiście... Biedaczku, wykończysz się przy niej. - Braciszku, kazał ci się ktoś wtrącać? - W takich chwilach cieszę się ze swojej samotności. Lavryk śmiał się do łez. Nagle uświadomił sobie, że jego czeka to samo, w końcu Sonia to też kobieta. Jednak, on mógł nosić nie tylko jej rzeczy, ale i ją samą. Miłość zmusza do poświęceń. Sabrina uściskała brata. Ciemny Pan był upartym, ponurym złośliwcem, ale mocno go kochała i bardzo tęskniła. On też ją kochał i chociaż starał się najlepiej jak umiał, nie potrafił ukryć wzruszenia. Przytulił siostrę jeszcze mocniej, a potem coś wyjął. - Myślałam, że go zgubiłam. - Wstyd się przyznać, ale ukradłem ci go przed wyjazdem... Wiesz, chciałem mieć po tobie pamiątkę. - Miałeś wszystkie moje rzeczy, niczego nie zabrałam. - One nic nie znaczą, wisiorek jest cenny dla nas obojga. - Jeśli jeszcze raz zginie, będę wiedziała kogo za to winić.

Rozdział 2

Haver oddał bagaże gnomom, po czym z Sabriną i Ciemnym Panem dołączyli do Lavryka. Ten, jak się przekonali, pogrążony był rozmowie z Sonią. Widząc, że się zbliżają, przerwał. - Możemy wreszcie zaczynać? - Tak. Sabrino pomożesz mi? - Z przyjemnością braciszku. Zorel Hardrok krzątając się po komnacie, przeglądał każdą cześć urządzenia. Każdy szczegół musiał być dopracowany. Każda cześć działać idealnie. Pomagała mu siostra, dzięki czemu praca szła szybko i sprawnie. Po godzinie wszystko zostało przyszykowane. Haver w tym czasie spacerował po zamku. Przypomniała mu się Księga Vitalis i to, co o niej mówił Zorel Hardrok. Jaki sekret związany z jego rodem zapisała? Nagle jego ucho pochwyciło jakiś szmer w oddalonych o kilka metrów od zamku krzakach. Wyjął miecz i pobiegł tam. - Jeśli nie masz złych zamiarów, wyjdź. - Dobrze Smoczy Królu, nie rób mi krzywdy - odpowiedział jakiś głos. - Nie zrobię. Podejdź do mnie. Z za krzaków wyszła elfka, która jeszcze nie tak dawno chciała go zabić. - Czego ode mnie chcesz? - Przyszłam przeprosić za głupią pomyłkę. Elfka podła mu do stóp, co mocno go zmieszało. - Podnieś się - złapał ją za rękę i zmusił, by wstała. - Nie rób tego więcej. - Nie wybaczysz mi - spuściła głowę. - Wybaczę, ale powiedz mi skąd znałaś mojego dziadka? - Przejdźmy się - zaproponowała. - Nie bardzo mam na to czas, ale kawałeczek nie zaszkodzi. - Jesteś do niego taki podobny - zatrzymała się nagle, spięła na palcach i pocałowała go tak szybko, że nie zdążył jej zatrzymać. Sama się odsunęła, nie musiał nic robić. Zaczęła iść dalej, a on poszedł za nią. - Niestety tylko zewnętrznie. Wewnątrz jesteś innym człowiekiem. Masz uczciwe serce. - Twierdzisz, że mój dziadek był nieuczciwy? - Nie miał serca. Sam mi to powiedział, kiedy pierwszy raz go spotkałam. Uczciwy był, niczego nie taił. Wiem, że kochał kiedyś żonę swego brata i jej oddał część serca. Powiedział mi też, że na tym świecie drugą połowę serca podarował pewnej niewidomej czarodziejce imieniem Bora. - To moja babka. Nie znałem jej osobiście. Nic o niej nie wiem, nawet tego dlaczego umarła. - By móc ujrzeć swojego męża i dziecko zrezygnowała z nieśmiertelności i umarła jak nasi śmiertelni bracia. - Co ty mówisz?! - Prawdę. Mówiłam ci, że Smoczy Król nie miał serca, ale zawsze był uczciwy ze swoimi kochankami. - Jak śmiesz kalać jego imię, tymi kłamstwami!? - A jak myślisz, czemu chciałam cię zabić? - Nie wiem! Tracę z tobą czas, muszę już iść. - Przekonasz się, że to prawda jak zajrzysz do I Księgi. - Co jeszcze chcesz mi powiedzieć? - Kael zapomniał o tamtej i zatracił się w miłości do żony. Kiedy dowiedział się o dziecku, nosił ją na rękach. - Chyba dzieci? - Dziecku... - zawachała się. - Twoim nigdy nie narodzonym wujku. Wtedy Bora zapragnęła widzieć. To właśnie stało się przyczyną nieszczęścia twego dziadka. Kael sam chciał ją uleczyć, lecz dowiedziawszy się, że w ten sposób pozbawi żony nieśmiertelności, odmówił jej prośbą. Pokłócili się. Nie wiem czy wiesz, ale Smoczy Król miał wyjątkowo choleryczny charakter. - Uderzył ją? - Miał ochotę, ale za bardzo ją kochał. Odszedł nic nie mówiąc. Ta kłótnia jednak, źle się odbiła na twej babce i poroniła. Przez dłuższy czas oskarżała o to męża. On też czuł się winny. W każdym razie, jak się przekonałeś, miłość zwyciężyła. Mieli jeszcze dwoje dzieci. - Ale jak umarła? - Kael tak ją kochał, że uzdrowił jej oczy i przy okazji uśmiertelnił. Ona mu przebaczyła. Biedny, im bardziej zbliżał się kres jej drogi, tym mocniej ją kochał. Nie odrażał go jej starczy wygląd i ludzkie choroby. Uzdrawiał ją ze wszystkiego, jeśli był tylko w stanie. I tak przedłużył jej życie o kolejne sto lat. Dzieci myślały, że ich matka umarła już dawno. Nie miały pojęcia, że jeszcze żyje zamknięta w tajemnej komnacie i utrzymywana przy życiu przez ich ojca. Wyschła mumia, która cierpiała przez szaloną miłość swojego męża. A on niemal cały czas był przy niej.Całował wyschłą skórę, spękane usta, kościste, drżące ręce. I nie chciał dopuścić do siebie myśli, że umarła. W starym trupie widział tą piękną dziewczynę, która uleczyła jego serce i zarazem zabiła. W końcu oprzytomniał i zobaczył czego się dopuścił. Wziął medalion, który trzymała w dłoni i powiesił go sobie na szyi. Potem zajął się jej pogrzebem. - To co mówisz jest straszne, nie wierzę. - To nie koniec. Smoczy Król nie miał już serca dla żadnej kobiety. Nieraz mu doradzali, żeby dla dobra dzieci ponownie się ożenił. On wyśmiewał te rady. - W jakiej części ty występujesz? - Smoczy Król był mężczyzną i w dodatku wdowcem. I jak każdy mężczyzna miał swoje potrzeby. Kiedy się spotkaliśmy, wracał z jakiejś wyprawy. Widząc mnie, podjechał i zsiadł z konia. Obejrzał mnie uważnie i oświadczył mi, że jestem całkiem ładna. Opowiedział mi o swoich byłych, nie żyjących już partnerkach i zapytał, czy nie chciałabym dostąpić tego honoru. Zakochałam się jak głupia i zawsze miałam nadzieję, że mnie choć trochę pokocha. On był uczciwy i od razu wyłożył jak się ma sprawa, a ja się łudziłam. Pewnego dnia nie przyszedł i już nigdy się nie pojawił. Zaczęłam nienawidzić siebie i jego. Im bardziej tęskniłam, tym szczerzej go nienawidziłam. I gdy zobaczyłam ciebie, wszystko powróciło. - Nie wiem co o tym myśleć. Nie miej wyrzutów, ja ci przebaczyłem. Muszę iść. Ty też wracaj do swoich obowiązków... I nie myśl już o nim... On umarł. - Tak. - Jeszcze jedno, skąd pochodził mój dziadek? - Na pewno nie z Atlantydy. Skierował się wprost do biblioteki, ale nim zdążył dotknąć klamki, usłyszał za sobą cieniutki głosik. - Ciemny Pan wzywa - oznajmił z niezwykłą powagą skrzat. Musiał być szefem całej tej małej familii. - Proszę za mną - przekręcił się i pofrunął tuż przed nim. Nie miał wyboru, sprawa księgi i tajemnic rodzinnych musiała poczekać. Teraz miał ważniejsze rzeczy na głowie. Widząc, że wchodzi, przerwała swoja pracę i podeszła do niego. - Są trzy kabiny - zaczęła. - Ja też poddam się transformacji. - Brat ci to zaproponował? - Nie. Uważa, że to dla mnie zbyt niebezpieczne. - Ma racje. Obaj nie chcemy, aby coś ci się stało - objął ją. - Kochamy cię i pragniemy chronić. - Tym bardziej powinniście się zgodzić. Będąc silniejszą, mam większe szanse. Jeśli zginiecie - spojrzała mu w oczy - kto nas obroni? Sonia jest śmiertelniczką. - Nie wierzysz w naszą wygraną? Może i masz rację, lepiej żebyś mogła sama się obronić... Zgadzam się Księżniczko. - To nie tak. Ja ci ufam, ale... - Lepiej dmuchać na zimne - dokończył za nią. Ciemny Pan był w wyjątkowo dobrym humorze. Zastanawiali się, co mogło tak na niego wpłynąć? Haver twierdził, że to dzięki Sabrinie, ale nikt tak naprawdę nawet nie podejrzewał, co największemu pośród magów chodzi po głowie. - Gotowe. Rozbierajcie się. Haver nie przestając myśleć o tym czego się dowiedział, machinalnie zrzucił z siebie skórzany kubrak. - Czekaj - usłyszał Lawvryka. - Rozbierasz się jakby byli tu sami mężczyźni. Tu są damy i jedna też musi się rozebrać. Wypadałoby postarać się o jakieś kotary. Spojrzał na narzeczoną, która stała jak słup soli. - No tak! Ciemny Panie, a co z nią? Ona się wstydzi. - Mów za siebie - żachnęła się, czerwieniąc jak burak. Zorel Hardrokowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dbał o honor swojej siostry jak o swój własny. Wkrótcepojawiły się parawany i każdy wszedł do przydzielonej mu kabiny. Haver rozebrał się do naga i wszedł do szklanego wnętrza. Zaczęła zalewać go pomarańczowo-przezroczysta maź. Czuł się dziwnie, jakby był kiszonym ogórkiem. Zastanawiał się, czy reszta ma podobne odczucia. Ogarnęła go senność, a potem ciemność. Nie odczuwał na sobie mazi, znikła też kabina. Wokoło była tylko czarna pustka.

Ciemny Pan opuścił podopiecznych. W pomieszczeniu zapanowała cisza, zakłucona jedynie węczeniem urządzenia.

- Chcesz mnie ujarzmić? Otworzył oczy. Dookoła nie było niczego prócz błękitu. Niczego i nikogo, kto więc do niego mówił? - Haaaveer. - Kto tu jest?! - Ja - odparł głos. - Jestem tobą, a raczej ty mną. Tuż przed nim wyłoniła się z nicości postać. Sobowtór, ale nie całkiem taki jak on. Rysy miał identyczne, jedynie włosy były koloru srebra i oczy rubinowej czerwieni. - Masz jakieś imię? - Gajus - odparła postać. - Jestem jedną ze Smoczych Mocy. Mieszkam w tobie od chwili twych narodzin. Pobawisz się ze mną? - Chcesz się bawić? Na znajomej twarzy pojawił się uśmiech. - To gra o twoje ciało. Przegrasz, stracisz je. Wygrasz, zyskasz władzę nade mną i moimi braćmi. Zyskasz wspaniałą moc. I nawet jeśli moje rodzeństwo opanuje twoich przyjaciół, będą cię słuchać, tak jak słuchały twojego dziadka. Jeśli jesteś krew z krwi Kaela udowodnij to. Słowa te dały Haver do myślenia. - W co zagramy? - Musisz dotrzeć do wnętrza labiryntu nim miną dwie godziny. Tam znajdziesz fontannę z wodą, czyli mną. Wystarczy łyk, a teraz biegnij, nie trać czasu. Jeszcze jedno - wstrzymał chłopaka. - Lepiej będzie dla ciebie, jeśli wyrobisz się w półtorej godziny. - Dlaczego? - Może się zdarzyć, że ktoś wyciągnie cię zanim wykonasz zadanie. Jeśli tak się stanie przegrasz. Ostrzegam uczciwie, bo nie lubię krętactwa. Ruszaj - Gajus rozpłynął się w nicości. - Zaczekaj! Gdzie mam szukać labiryntu? - Za tobą.

- Gdzie ja jestem? - Biegła przed siebie, szukając wyjścia, ale jak w złym śnie otaczała ją jedynie szkarłatna pustka. - Znajdujesz się we własnym wnętrzu i nie wyjdziesz stąd dopóki nie spełnisz paru warunków. - Wyglądasz prawie jak ja! Kobieta miała włosy niczym bezchmurne niebo i oczy szare jak chmury. - Jesteś mocą - stwierdziła dziewczyna. - Masz szczątkowy dar widzenia. Wygrywając, znacznie się wzmocni. Jestem Aqatika - przedstawiła się. - Należałam do Smoczego Króla, lecz on nie żyje. Nasza pani rozpadła się na części, zostawiając nas biedne sieroty same. Bestia wielu z nas zabiła. Pozostało nas czworo i schroniliśmy się w was, dzieciach narodzonych po pierwszej tragedii. - Co jest stawką w tej grze? - Twoje ciało. Przegrasz, będzie moje. Wygrasz, ja będę twoja.

- W co zagramy? - Uważnie spojrzała na moc. - Proponuję mały zakład. Lubisz hazard? - Nie, ale ty najwyraźniej uwielbiasz. - Masz racje, dlatego nie zmienię gry - odparła. - Kochasz swojego chłopaka? Ufasz mu na tyle, by w jego ręce złożyć swój los? - Co to za pytanie? To nie ma nic wspólnego z grą - sprzeciwiła się. - Owszem ma i to dużo. Twój chłopak, również otrzymał zadanie. Ma dotrzeć do wnętrza labiryntu, nim upłynie wyznaczony czas. Gotowa jesteś postawić swoje ciało na to, że wykona zadanie? A może odwrotnie? Zastanów się dobrze, bo z jego chwilą wypełni się twoja. - Nigdy w niego nie wątpiłam. Na pewno mu się uda. - Więc dobrze. Jeśli wygra, możesz wypić wino w tamtym dzbanie, to moja moc. Pod żadnym pozorem nie wolno ci go teraz ruszać. Mogłabyś umrzeć. No, to żegnam. - Moc ulotniła się, zostawiając Sabrinie lustro. W nim widziała poczynania ukochanego. Nieraz drżała widząc, jak walczy z upiorami zamieszkującymi labirynt, ale nie bała się o jego życie.Zaufanie, to podstawa związku.

Przed Lavrykiem stał jego sobowtór. Włosy miał płomienne, a oczy zdawały się niezgłębioną czernią. - Jestem Erasmus - przedstawił się. - Moc? - Tak. Moim obowiązkiem jest zaproponować ci grę o twoje ciało. Jeśli przegrasz posiądę je, wygrywając staniesz się mym panem. - Wskazał na dziwną, zieloną ciecz w porcelanowej miseczce. - Wystarczy łyk, a będę należeć do ciebie. - Zapewne dopóki nie wygram, nie mogę tego tknąć? - Masz racje, spłonąłbyś na popiół. - Pocieszająca perspektywa - mruknął pod nosem. - Co mam robić? Erasmus podał mu kostkę. - Musisz tak poprzekręcać poszczególne elementy, aby utworzyły sześć żywych obrazków. Jeśli chociaż jeden element nie znajdzie się na swoim miejscu, przegrasz. Poznasz swoją pomyłkę, gdyż źle ułożony obrazek nie ożyje. Przyznam, że zależy mi na twojej przegranej. Mam dość siedzenia w tym ciele. Już dawno nie przebywałem na zewnątrz. - Ile mam czasu? - Dwie godziny - odparła moc, znikając. - Więc ja to zrobię w krótszym czasie. - Lavryk nie był naiwny, wiedział, że tam na zewnątrz coś może pójść nie tak. Erasus dał mu do zrozumienia, że pewnych faktów mu nie powie.

Usłyszała pukanie, a potem ujrzała Zachara. Stał przy drzwiach, z nieśmiałą nadzieją w oczach. - Wejdź! Nie lubię ludzi opierających się o futrynę. - Jej głos zabrzmiał niezwykle stro. Sama się zdziwiła. - Miło cię widzieć Promyczku - uśmiechnął się lekko - Wolę, abyś mnie tak nie nazywał - zaprotestowała. - Nie warto wskrzeszać tego, co umarło. - Ty dla mnie nigdy nie przestałaś się liczyć... Nawet kiedy wybrałaś Lavryka. Dlaczego nie powiedział jej tego wcześniej i nie próbował o nią dłużej walczyć? Może nie obiecałaby małżeństwa Lavrykowi? Teraz jego słowa sprawiły jej jedynie ból. Była rozdarta między honorem i miłością. Zbliżył się, zatrzymał niecały metr od niej. - Wybaczyłem wam. Ktoś niezwykle mądry powiedział, że kocha się dopóki jest się kochanym. - Naprawdę wybaczyłeś, czy to kolejna z twoich sztuczek? - Czuła, że zdradza ją własne spojrzenie, ale nie potrafiła na niego inaczej patrzeć. - Mówię szczerze - przyznał. - W moim sercu nie znajdziesz nawet ziarenka nienawiści. Zmieniłem się - zapewnił. - Chodź ze mną - złapał ją za rękę. - Pójdziemy teraz do twego narzeczonego. Znaleźli się w laboratorium. - Nie ma go. Co mu zrobiłeś?! Wiedziałam... - Spójrz w prawo - poprosił. Podeszła do kabiny, w której znajdował się Lavryk. - Wyglądają jakby nie żyli - spojrzała na niego przerażona. - Tylko śpią. To element procesu - wyjaśnił, odciągając ją delikatnie w stronę drzwi. - Chodź, porozmawiamy w naszym ulubionym zakątku. - Dlaczego nie tutaj? - Zatrzymał się, nie ufając sobie. - Proszę nie krzycz, bo zakłócisz proces. Tu musi panować cisza. Chodź, a wszystko ci wyjaśnię. Zaufaj mi jak dawniej - ponownie wyciągnął do niej rękę. Przez moment stała niepewna, co ma uczynić. Po zastanowieniu podała mu dłoń. Wrócili się do sali, ominęli trony i przeszli przez środkowe wrota. Na samym końcu krótkiego korytarzyka znajdowały się drzwi. - Biblioteka - wyszeptała niezbyt zdziwiona. Wiedziała, że zaczął jedną ze swoich gier. - Już nie musisz mówić ściszonym głosem. - Wszedł do środka, a ona za nim. Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy przebywała tu po raz ostatni. - Usiądź. Mamy dwie godziny, to dużo czasu. Możemy rozmawiać do woli. Przytulna biblioteka, częściowo zawdzięczała swój wygląd architekturze. W dużej jednak mierze Zorelowi Hardrokowi. To on odpowiadał za jej wystrój. Na północnej ścianie mieścił się wielki kominek, w którym płonął wieczny ogień. Tuż przed nim rozpościerało się niedźwiedzie futro i dwa fotele. Resztę ścian zajmowały półki z książkami. Po lewej stronie kominka stał okrągły stoliczek i następne dwa fotele, a na południowej stronie pokoju ustawione zostało biurko. We wschodnim skrzydle mieściła się kanapa i małe drzwi, które prowadziły do komnaty Ciemnego Pana. Bardzo wysokie pomieszczenie wieńczyła kryształowa kopuła, która była jednocześnie czubkiem Kryształowej Wieży. To pomieszczenie mieściło się w samym sercu budowli. Całą komnatę, do samej kopuły, wypełniały regały z księgami. W tej komnacie zebrana została cała wiedza Atlantydy. Zwykły człowiek nie dostałby się do zbiorów na najwyższym poziomie i nie ujrzałby nieba przez kopułę. Za wysoko. Dawniej Sonia świetnie pokonywała owe problemy. Wykorzystywała Zachara jako podnośnik. Brał ją na ręce i unosił pod samą kopułę. Potem sadzał na szerokim parapecie. Spędzali tam większość nocy. Sonia uwielbiała patrzeć na nocne niebo, a w wieży miała wrażenie, że nie tylko ogląda je, ale w nim jest. - Dlaczego tutaj? - Zaczynała odczuwać niepokój. Nie chciała stać się częścią tej dziwnej zabawy. - Bo to nasze ulubione schronienie przed światem - wyjaśnił. - Usiądź proszę. Chce ci dowieść, jak bardzo się dla mnie liczysz. Nigdy tak naprawdę mnie nie znałaś. Nie chciałem, by ktokolwiek poznał mój sekret. Udawałem przed tobą, sobą i innymi. Brali mnie za rozpieszczonego bachora i oto mi chodziło. - Nigdy nie byłeś ze mną szczery?! W takim razie dobrze, że odeszłam. Zawsze podejrzewałam, że byłam dla ciebie jedynie ulubioną zabawką. - Nie mów tak...Ja cię kocham Promyczku i zawsze kochałem. Bałem się zranienia - zawahał się - i prawdziwej miłości. Siostra jeszcze w łonie matki wywróżyła mi, że prawdziwa miłość mnie zniszczy. Wystraszyłem się i zmieniłem swój wygląd nim się urodziłem. Tylko ona, moja siostra zna prawdę. Jej przepowiednia została wypełniona, ale przeżyłem i zaleczyłem rany. - Głuptasie, gdybyś tego nie zrobił... - ucięła w połowie zdania. - Wróżba, by się nie spełniła - dokończył za nią. - Poznałaś już stan mojego ducha. Teraz poznaj mnie naprawdę. - Co ty robisz?! - Wstała przestraszona. Złapał jej rękę, nie chamowato lecz delikatnie. - Tak wyglądam. Tamto ciało też było iluzją, jaką wokół siebie stworzyłem. - Wyglądasz inaczej...Nie poznaje w tobie niczego, oprócz oczu. Gdyby nie te czarne włosy, nie odróżniłabym cię od Sabriny. Nie sądziłam, że chłopak może mieć tak delikatne rysy. Włosy masz dłuższe niż ja - nie potrafiła opanować zachwytu. Stojąca przed nią postać, była tak różna od tej, którą znała. Nieco niższa, szczuplejsza, ale o wiele piękniejsza od poprzedniej. Nie można było się nią nie zachwycać. - Twoje uszy - niemal krzyknęła. - Jesteś elfem?! - Mieszańcem? Tak, mam w połowie elfią naturę - wyjaśnił. - To dlatego, od małego utrzymywałem tamtą iluzję. Szukałem prawdziwej miłości. Nie chciałem, żeby kobiety oceniały mnie po wyglądzie. - W tamtej też nieźle wyglądałeś - oznajmiła. - Nie potrafiłeś gorzej zepsuć swego ja? - Niestety nie. Za każdym razem, kiedy próbowałem, moja prawdziwe ciało przebijało na zewnątrz, udoskonalając iluzję. - Czemu teraz postanowiłeś mi zaufać? - Bo tylko ciebie kocham - objął ją w pasie. Na początku chciała się wyrwać, jednak widząc jego piękną twarz, przypomniały jej się wszystkie miłe chwile, które z nim spędziła. Przez głowę przemknęła jej zdradliwa myśl. Czemu opuściła tak wspaniałego człowieka? W imię czego ma być nieszczęśliwa? Oboje dali się ponieść dawno duszonemu pragnieniu. Nic i nikt się w tej chwili nie liczył, tylko ich miłość. - Po drodze do sypialni, zostawili za sobą ścieżkę z ubrań. Zasypał ją pocałunkami gorącymi jak ogień. Dotyk jego ust był dla niej rozkoszą, jakiej dawno nie zaznała. Sama, dłońmi jak rzeźbiarz, poznawała każdy szczegół jego ciała Odkrywała je na nowo, co obojgu dawało dużą przyjemność. Chciwie objęła go ramionami i przywarła do niego mocniej. Przewrócili się na posłanie Dawno nie byli ze sobą, ale nadal świetnie się rozumieli i współdziałali ze sobą w harmonii ciał. Po tym szaleństwie, szczęśliwa położyła mu na piersi głowę. Leżeli tak dłuższą chwilę, odpoczywając. - Pamiętasz jak się poznaliśmy? - Oczywiście. Nigdy nie zapomnę tej chwili - pocałował jej wilgotne od potu włosy. Zapach jej skóry i jaśminowych perfum działał na niego jak afrodyzjak. Nigdy do końca nie mógł się nią nasycić. Zawsze miała dla niego niespodziankę. Po rocznym poście, wręcz ją pożarł. - Siedziałem po ciemku w bibliotece, odpoczywając od balowego zgiełku. Wtedy pojawiłaś się ty. Zdjęłaś buty i rzuciłaś nimi prosto we mnie. Dostałem w głowę pantoflem od najśliczniejszej panny jaką widziałem. - Nie widziałam cię, myślałam, że jestem sama - na samą myśl o feralnym spotkaniu, na jej twarzy wykwitł rumieniec wstydu. - Wiem, tym większy miałem ubaw. Wypiłaś mi cały zapas wina, a gdy mnie zauważyłaś poczerwieniałaś jak burak. - Wcale nie - zaprotestowała. Roześmiał się i za to dostał poduszką w twarz. - Nie zabijaj Promyczku, litości. - Nadal zanosił się od śmiechu. Nigdy nie był tak szczęśliwy jak dzisiejszego dnia. Teraz mógł spokojnie umrzeć. Ostrze Przeznaczenia miał racje. Przysunął ją bliżej siebie i oboje zasnęli. Jej słodki pocałunek zbudził go ze snu. Dotknęła czule jego twarzy. - Zachar, nie możemy być razem. Kocham ciebie, ale kocham i jego. Nie w taki sposób jak myślisz, jednak nie chcę, aby cierpiał - zaczęła. Ujął jej dłoń i pocałował. - Rozumiem Promyczku. Zostajesz z nim z litości. Twój wybór, do niczego nie będę cię zmuszał. Zawsze możesz wrócić. Dziękuję za światełko, które wniosłaś do mojej nędznej egzystencji. - Czy może wszystko zostać po staremu? - Oczywiście. Dostałem już od ciebie bardzo cenny dar. Obiecuję, że będę o niego dbał. - Nie rozumiem... Jaki dar ci dałam? - Jesteś ze mną, tak jak za tamtych dni. Resztę pojmiesz za jakiś czas... Choroba! - Nagle usiadł. - Co się stało? Zerwał się z łoża, a na jego ciele pojawiło się ubranie. - Zapomniałem o procesie! Powinienem już dawno zacząć wyłączać maszyny. Tego nie można wykonać szybko. Spóźniłem się - wybiegł. Sonia pobiegła do łazienki. Umyła się najszybciej jak umiała, po czym ubrała się i teżwybiegła. Ciemny Pan wpadł do laboratorium rozkojarzony jak nigdy. Nie zwracał uwagi na błahostki. Nie zauważył też taboretu, który nieco wcześniej przestawił w owo miejsce Lavryk. Potknął się, a upadając uderzył się o pulpit. - Zemsta jest rozkoszą bogów - usłyszał głos swojej mocy. Czasami, gdy spał zjawiała się u niego, nękając swoim towarzystwem. - Destrukto, zrób mi przyjemność i zniknij. - Straciłeś przytomność, a to oznacza, że mam prawo z tobą przebywać. Moc Ciemnego Pana, również była prawie jego sobowtórem. Miała złote włosy i zielone oczy. - Szkoda, że wtedy udało ci się mnie przechytrzyć. Nadal uważam, że lepiej spożytkowałbym twoje ciało. - Masz racje, moje ciało najlepiej nadaje się do niszczenia świata. Trzeba było mi powiedzieć, zrzekłbym się go od razu i nie musiałbym znosić twojego towarzystwa. - Przestań mnie denerwować. - Destrukto, ulotnij się, dla dobra mojego i twojego. - Nie. Obserwowałem cię przeszło trzy godziny i miałem niezły ubaw. Twoje przedstawienie poruszyło mnie do głębi - złapał się za serce. - Ile razy mówiłem ci, abyś nie wtrącał się w moje prywatne życie?! Jestem twoim panem, masz mnie słuchać! - Powoli wzbierał w nim gniew. - Jesteś panem mej mocy, nie osobowości. Jestem częścią ciebie, spójrz na mnie. Widzisz siebie i swoje ukryte pragnienia. - Wynoś się! - Kiedyś to zrozumiesz i razem będziemy panować nad szaraczkami. A jeśli nie ty, to kto inny. Prędzej czy później ja zapanuję nad tobą, a ty przepadniesz na zawsze. Będziesz żyć jak ja, w wiecznym mroku. Zostawiam cię teraz, miłego odpoczynku. Sonia weszła do laboratorium, lecz nie zastała Zachara. Podeszła do kabin. Cała trójka nerwowo kręciła głowami. Dziewczyna nie wiedziała, czy to element procesu, czy efekt niedotlenienia. Nie znała się na tych sprawach. - Gdzie poszedłeś? - Spojrzała na Sabrinę. Dziewczyna była przytomna i dusiła się. Uderzyła w obudowę, ale nie starczyło jej sił. Szkło miało grubość pięciu milimetrów. Spojrzała prosząco na Sonie. - Co mam zrobić? - Bała się, gorzej od uwięzionej. Była bezradna. Sabrina próbowała na coś wskazać, ale Sonia nie potrafiła odgadnąć, o co może jej chodzić. W owym miejscu znajdowało się mnóstwo dźwigni i przycisków. Równie dobrze mogłaby wciskać wszystko po kolei, jednak bała się, że zaszkodzi im jeszcze bardziej. - Nie znam się na tym. Musi być jakiś inny sposób. Sabrina kiwnięciem zaprzeczyła. - Musi być - rozejrzała się po pokoju i zobaczyła nogę od taboretu. - Mam pomysł. - Sabrina nie mogła jej pomóc, ponownie straciła przytomność. Nie tracąc czasu, pobiegła po taboret. Ominęła dziwny stół i cofnęła się. - Zachar! - Nie zważając na rozlaną wokół krew, uklękła obok niego. Twarz chłopaka znaczyła bladość. Zapominając o jego zdolnościach, traktowała go jak zwykłego człowieka. Bała się o niego i nie chciała, aby umarł. Lekko uniosła jego głowę i oparła o swoje kolana. Czuła, że jej sukienka staje się wilgotna. - Obudź się, proszę. Widząc, że poruszył dłonią, w jej sercu obudziła się nadzieja. - Obudź się, oni ci zaufali, nie możesz ich zawieść - pogłaskał go lekko po policzku. - Cóż za wzruszająca scena, zaraz się popłaczę - roześmiał się Destrukto. - Ignorancją się nie wykręcisz, na mnie to nie działa. Nieźle to sobie umyśliłeś. Za jednym zamachem pozbędziesz się rywala i niechcianego szwagra. Szkoda tylko tej małej, polubiłem ją. Ale dobry plan wymaga ofiar. Spojrzał na moc z taką pogardą i nienawiścią, jakiej nie doświadczyła dotąd żadna żywa istota. - Nie oceniaj innych swoją miarą! Nie jestem mordercą niewinnych i nigdy nie będę. - A to dobre! Podświadomie liczysz na jego śmierć - zachichotała. - Gdybym wiedział, że dostanę takiego potwora nigdy nie wszedłbym do tej przeklętej maszyn i nigdy bym jej nie zbudował! - Więc uważasz mnie za potwora?! - Owe słowa głęboko uraziły moc. - Kiedyś i ciebie będą tak zwać. Nie reagował, więc tym razem uderzyła go otwartą dłonią. - Nie bij - mruknął cicho - posiniaczysz mi twarz. - Są ważniejsze problemy - ucieszyła się z jego przebudzenia. -Boli mnie głowa. Niech ja dorwę w swoje ręce tego, co zostawił przy drzwiach taboret. - Wstawaj, musisz wszystko wyłączyć - wskazała na kabiny. - Nie mogę, choćbym chciał. - Co? Wstawaj, pomogę ci dojść. - Mam przetrącony kark Promyczku - wyjaśnił. - To oznacza, że nie mogę przez godzinę poruszyć nawet palcem. - To nie możliwe!…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Koler — czytnik · opowiadania