Psychologia · 28 min czytania
Kolory Bieli
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Codziennie siadam i wpatruję się w jej złote oczy. Zawsze fascynowałem się ich niezgłębioną tajemnicą. Są niczym krzyżyk na pirackiej mapie. Zaginiony skarb. Poszukiwany przez wielu, ale ukryty za zasłoną wszechmocnego czasu. Choć patrzyłem w nie już tyle niezliczonych dni, nadal są dla mnie nieodgadnione. Nawet ich złoty kolor wydaje się być za każdym razem inny. Ale może to przez słońce. Dla mnie zawsze jest dzień. Nie, żebym był niepoprawnym optymistą albo kimś takim. Po prostu dzień się nie kończy. Trwa i trwa cały czas. Dlaczego? Nie wiem, spytajcie Boga. To on tu rządzi. A wy tylko pytacie. I tak w tym wiecznym słońcu, codziennie podziwiam oczy Sally. Zawsze odwzajemnia mój wzrok. Jednak, w przeciwieństwie do mnie, ona nie musi w nim nic szukać, wie o mnie wszystko. W końcu, bez przerwy jest ze mną. Wspiera w trudnych chwilach i kocha bezwarunkową miłością. Wystarczy pogładzić ją ręką po grzbiecie, a jest zadowolona. Strzyże uszami i mruczy głośno wyznając, jak bardzo mnie kocha. Żaden inny kot nie mógłby jej zastąpić. Ktoś kiedyś powiedział mi, że Sally jest psem. Spytałem, dlaczego tak myśli. Odpowiedział, że widział już wiele psów i wie, jak wyglądają. Wtedy odparłem, że nie może być zupełnie pewien tego, że to naprawdę były psy. Tylko one same to wiedzą. Od zewnątrz często jest się kimś innym niż w środku. Można wyglądać jak pies, lecz być kotem. Sally zawsze uważała się za kota. I tak też ją widzę. Świat wokół jest biały. Cały. Dom, w którym mieszkam, ogród, który mam przy nim, niebo nad ziemią… Jedynie Sally się odróżnia. Jest dla mnie jak muzyka w zupełnej ciszy. Często siedzę na krześle w kuchni i obserwuję okolicę za oknem. Kątem oka nierzadko dostrzegam Sally, ciemną, brązową plamę na tym całym bezkolorze, przemierzającą wolnym krokiem tylko jej znane ścieżki. Od czasu do czasu wychodzę do mojego białego ogrodu pełnego białych kwiatów. Gdy jest mi smutno, wychodzę z nożycami i obcinam trochę tych kwiecistych uśmiechów. Później wkładam je do wazonu i stawiam na stole. Wiele osób lubi kwiaty, choć są białe. Ale przecież jest dużo odcieni białego. Śnieżna biel, kremowa biel, szara biel, żółta, a także różowa, niebieska, czerwona, czarna… Nikt nie wierzy, gdy mówię o tych ostatnich, lecz to właśnie one najbardziej mi się podobają. To uśmiechy o tych odcieniach stoją w moim wazonie. Potrafię oglądać je godzinami i zadawać sobie pytania, czy skoro są odcieniami bieli, nadal są białe? Jakie są, jeśli jednak nie białe, ale także i w żadnym innym kolorze? Uśmiechy nie białe i nie kolorowe. Uśmiechy w każdej barwie jak i w żadnej. Uśmiechy, które zbieram, gdy jestem smutny i które przyszywam do swoich ust, aby oszukać innych, aby oszukać biel jej odcieniami. I tylko Sally ratuje mnie przed tymi złudzeniami kolorów, które są i nie są prawdziwe… Wskakuje na moje kolana oraz macha ogonem, domagając się uwagi. W takich chwilach tylko ona wydaje się realna. Lecz po kilku sekundach to wrażenie mija, a świat znów wskakuje na swoje miejsce, istniejąc dalej jak gdyby nigdy nic. Często tak się dzieje. Raz wszystko wydaje się być kłamstwem, późnej z kolei prawdą raniącą aż do bólu. Dwie skrajne drogi, dwa punkty widzenia, dwa zupełnie różne światy. Kiedyś było inaczej. Żyłem bardziej normalnie, bardziej… po środku. Mieszkałem w innym miejscu, taak, jakże innym niż teraz. Miałem kilku znajomych, swój stary wazon na kwiaty i lubiłem spacerować z Sally po miejskich ulicach, nie musząc wtedy o niczym myśleć. W odpowiednich porach słychać było na nich jedynie śpiew ptaków. Tak wiele potrafi się zmienić w jeden dzień. Tamtego wieczora, praktycznie niczym nieróżniącego się od innych, wyszedłem na dwór razem z moją kotką. Zamknąłem drzwi, a klucz jak zwykle włożyłem pod wycieraczkę. Była nowa, słomiana. Lubię naturalność. Wyprostowałem się i spojrzałem na zegarek. Wskazywał 19:35. Miałem czas do 20:00, zanim zacznie się ściemniać. Bezwiednie popatrzyłem na wymalowane na wycieraczce „WELCOME”. Wbrew napisowi odwróciłem się oraz ruszyłem w dół ulicy, mając obok siebie Sally. Postanowiłem pójść do parku. Powolnym krokiem szedłem przed siebie i spoglądałem w niebo. Jego biały błękit falował miarowo, sprawiając wrażenie morza. Morze na niebie, heh, więc czy niebo jest w morzu? Na jednej z fal unosił się ptak, płynąc leniwie między chmurami. Swój wzrok skierowałem spowrotem na ziemię. Po prawej stronie ulicy rosło kilka drzew ściśniętych na małym placyku otoczonym niskim, metalowym płotem. Ich pnie także falowały. Każdy z nich składał się z długich, ciasno splątanych ze sobą i wijących się robaków, przez co drzewa co chwilę zmieniały swój kształt, wyginając się w różne strony. Na robaczywych gałęziach zwisały gęsto małe kokony, które w tej chwili bujały się na wietrze, a z których niedługo miał się wykluć nowy, młody pień, po trochu zastępując poprzedni. Nawet drzewa nie lubią się starzeć. Minąłem plac i stojący obok niego kubeł na śmieci i sprawdziłem godzinę. Była 19:35. Miałem jeszcze czas. Wokół słychać było tylko cichy stukot moich butów o asfalt. Sally bezdźwięcznie truchtała przy mych nogach. Po obydwu stronach ulicy, aż do jej końca, stały szare budynki. Domy, bloki, wieżowce, bez drzwi i bez okien, przeplatały się wzajemnie, zamykając mnie w bezbarwnej betonowej klatce. Nie wiedziałem, czy ktoś w nich mieszka czy nie, bo nie mogłem zajrzeć do środka, lecz z zewnątrz wszystkie wyglądały tak samo. Jak ogromne wymarłe pudła. W końcu dotarłem do zakrętu i wydostałem się. Przede mną otwierał się park. Przeszedłem przez bramę, wchodząc na szeroką alejkę przecinającą krótko przystrzyżony trawnik. Nade mną szumiał kojąco liściasty dach. W tym miejscu drzewa były inne – łagodne i nieruchome. Jak zawsze, zapomniałem już o ponurych budowlach za mną i rozluźniając się przemierzałem liczne parkowe ścieżki. Moim celem było miejsce, w którym wszystkie się łączyły, serce parku. Oraz mała, drewniana ławka. Problem w tym, że kiedy tam doszedłem, ktoś już na niej siedział. Był to mężczyzna w średnim wieku, miał na sobie zwykłą koszulę i spodnie, lekko przybrudzone buty i czarne włosy. Tak czarne, jakich jeszcze nigdy nie widziałem. Mogę powiedzieć, że ich kolor pochłaniał światło niczym czarna dziura, a jednocześnie oślepiał. Niesamowite wrażenie. Tym bardziej, że włosy kontrastowały z bladą cerą i intensywnie niebieskimi oczami. Stałem wiec i patrzyłem, aż mężczyzna odwzajemnił mój wzrok. Powoli mijały sekundy, które zdawały się wtedy być wiecznością. Jego włosy powiewały jak nitki smołowatej pajęczyny na lekkim wietrze. Nie mrugnął ani razu. Nagle Sally zaczęła krzyczeć. Jej nienaturalny wrzask przeszył mnie na wylot, wypełniając sobą całą ciszę. Momentalnie dostałem gęsiej skórki i odwróciłem głowę. Sally, cała zjeżona, cofała się z podkulonym ogonem i prychała przerażona na nieznajomego. W końcu odwróciła się i skoczyła w krzaki za mną, biegnąc w stronę wyjścia z parku. Gdzieś w głębi siebie poczułem ukłucie zimna, zanim znów spojrzałem na mężczyznę. Stał przede mną, jakbyśmy przed chwilą rozmawiali. Wyraz jego twarzy nie mówił mi niczego. Bez emocji, bez żadnych uczuć, choć w kącikach ust tlił się uśmiech. I to on mnie najbardziej przeraził. A on to zauważył. Wtedy zaczął mówić. - … i ludzie rzekną, że nieba szaleją, a nieba rzekną: nadszedł czas końca. I przyjdzie koniec świata z ogromem i pychą, niszcząc wszystko, co wam, ludziom, znane było, odbierając ziemi pokój i Śmierć z Otchłanią sprowadzając. Zobaczycie głód i choroby, Słońce na waszych oczach zamieni się w czarną kulę a gwiazdy zaczną spadać z czerwonego nieba. Ten świat spłonie, zniszczeje od ognia, wymrze zalany własną krwią … Nikt nie przetrwa, jedynie nieśmiertelna rozpacz na zawsze zawiśnie w powietrzu, niczym trujący opar dotykając kolejno każdego… Nie mogłem tego słuchać. Czułem się przerażony i chory, w gardle mi wyschło. Na dźwięk tych zimnych, oślizgłych słów, zabarwionych brudnym kolorem niemego rozbawienia, dostawałem dreszczy i mdłości. Co to jest? Dlaczego on mi to mówi? Czemu akurat mi…? - … w błogiej nieświadomości, tylko nieliczni, ci o umysłach najbardziej otwartych, odrzuceni przez społeczeństwo, usłyszą ostrzeżenie, te wszechobecną zapowiedź końca. Żyjący jakże odmiennie, a więc nękani i nieakceptowani. To oni posiądą te wiedzę i ciężar z nią związany, tylko oni potrafią usłyszeć, lecz ich nikt nie usłyszy… - Bez żadnej przerwy kontynuował swój okropny monolog, świadomie lub nie odpowiadając na moje pytania. Obraz zawirował mi przed oczami. Koniec świata. Coś, o czym byłem pewien, że będę tylko czytał w książkach. Byłem tego całkowicie pewien, aż do teraz. Bo kiedy zrozumiałem nacierający na mój umysł nieprzerwany potok słów, wiedziałem już, że wszystko, co mówi ten mężczyzna, jest prawdą. A mówił coraz więcej i więcej, opisując też coraz więcej szczegółów, coraz bardziej intensywnie, jakby nigdy nie miał skończyć. Jakby chciał, abym słuchał tego do końca życia… A ja nie chciałem. Ja tylko wyszedłem do parku na spacer. Tymczasem spotkałem się z Końcem. Jedyne, czego pragnąłem w tamtej chwili, to żeby przestał mówić, zamknął się, umilkł na zawsze. Szarpałem za włosy, próbując bólem zagłuszyć słowa, bo zakrywanie uszu nic nie dawało. Zacząłem krzyczeć, krzyczeć tak jak wcześniej krzyczała Sally. Zacisnąłem powieki. Niech on umilknie. Niech już nigdy więcej się nie odezwie. Ledwie zdając sobie z tego sprawę, upadłem na kolana. Niech zamilknie. Muszę sprawić, by zamilkł. Zamknąć jego usta na zawsze, zatrzymać to. Czułem wzbierającą we mnie rozpacz i furię. To wulkan, którego nie dałoby się wyciszyć. Niekończące się, ciągle wypowiadane tym samym tonem zdania, wylewające się spomiędzy warg tamtego, tylko podsycały ten szaleńczy ogień. Zerwałem się w górę, słaniając się na boki. Muszę go uciszyć. Wydając z siebie dziki krzyk, rzuciłem się na obraz z mych koszmarów. Powaliłem mężczyznę na ziemię, rozszarpując mu koszulę. Okładałem go pięściami po twarzy, a on ze spokojem recytował dalej swój tekst, półświadomym wzrokiem patrząc przed siebie. Nawet nie próbował się bronić. Kopnąłem go w brzuch, a gdy odruchowo się zgiął, uderzyłem w szczękę. Prawie usłyszałem trzask, kiedy pod palcami poczułem ustępującą kość. Na ciemną, żwirową ścieżkę chlusnęła krew. Biłem dalej, po żebrach, brzuchu, głowie, czując jak na policzkach pojawiają mi się łzy. Wymierzałem kolejne i kolejne ciosy, wyrzucając z siebie wszystko, co czułem. Obserwowałem, jak na bladym ciele pode mną pojawiają się siniaki, opuchlizna, rozcięcia. I ciągle słyszałem jego słowa, wypowiadane za to z coraz większym wysiłkiem. Zmuszę go, aby się uciszył.
Czas mijał. Była 19:35. Spokojne niebo zaczęły zakrywać chmury. Zawiał zimny wiatr, strząsając z mojej twarzy słone krople. Jakiś liść dał się skusić i porwany powiewem opadł leniwie tuż obok mnie. Po chwili znów wzniósł się w powietrze, poruszony delikatnym podmuchem od uderzenia w ciało. Moje pięści wykonały jeszcze kilka ciosów bez udziału świadomości, po czym opadły, a ja sam odtoczyłem się na bok. Ciszę przeszył urywany szloch. Pamiętam tylko, że przeleżałem tak skulony dłuższy czas, wstrząsany nagłymi konwulsjami. Wreszcie się uspokoiłem. Byłem zwrócony plecami do mężczyzny. Powoli postanowiłem wstać. Opanowałem drżące kończyny i podniosłem się. Świat przez kilka sekund kołysał mi się przed oczami, zanim wszystko się ustabilizowało. Było dobrze. Postanowiłem zobaczyć skutek swojej uraty kontroli. Małymi krokami odwróciłem się w odpowiednią stronę i wstrzymałem oddech. Leżał tam, dokładnie tak, jak go zostawiłem, pełen śladów po moim pięściach, w kałuży krwi wokół głowy. Zabiłem człowieka. Powstrzymując się od kolejnych łez, pełen niedowierzania dla tego, co się stało, wolno podszedłem do ciała. Niewidzące oczy mężczyzny patrzyły przeze mnie, gdzieś w dal, a całą twarz miał zabarwioną czerwienią. Szarpany przez wiatr czarny kosmyk włosów przykleił mu się do policzka. Nagle martwe usta poruszyły się i zaczął z nich wypływać potok słów, jeszcze niedawno tak brutalnie przeze mnie przerwany. Wylewały się całą masą, formowane przez zmasakrowane wargi, spomiędzy których z każdym kolejnym słowem skapywały szkarłatne krople krwi. Krzyczałem. Krzyczałem wtedy tak bardzo, jak jeszcze nigdy wcześniej. Tego było dla mnie za wiele. Oderwałem wzrok od nieprzystającego mówić martwego mężczyzny i rzuciłem się w kierunku wyjścia. Minąłem bramę i pobiegłem wzdłuż ulicy, do domu. Właśnie. Do domu. Do domu, do domu, do domu. Z dala od świata. Z dala od strachu. Z dala od słów. Po kilku minutach, które upłynęły niczym sekundy, dotarłem pod moje drzwi. Na wycieraczce siedziała Sally, patrząc z dołu na moje trzęsące się ręce, które zmagały się z kluczem i, jak to nagle mi się wydało, zbyt małym zamkiem. Kiedy w końcu się otworzyły, wydałem z siebie westchnienie ulgi i biorąc Sally na ręce wpadłem do środka. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i zamknąłem je na obydwa zamki, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Nie zapalając światła i obijając się o stolik pod ścianą i poręcz schodów, prowadzących na drugie piętro, szybkim krokiem wszedłem do półpustego salonu. Tym razem intuicyjnie ominąłem kanapę i usiadłem na podłodze pod oknem, podkulając pod siebie nogi. Sally zaczęła się niecierpliwić i wyrywać z moich objęć, więc puściłem ją, patrząc jak zeskakuje oraz obwąchuje dobrze sobie znane kąty, po czym wraca i kładzie się obok mnie wywijając ogonem, zupełnie jakby nic się nie wydarzyło, jakby już zapomniała, a ten dzień był dla niej taki sam jak każdy inny. Oparłem głowę o kolana i okryłem ją rękami, zamykając oczy. Kiedy znów je otworzyłem, w pokoju panował już zupełny mrok, a przez okno nad moją głową wlewało się do środka zimne, białe