wakacje · 18 min czytania
Komedianci (Historia częściowo na faktach)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Z domu do Zielonej Góry miałam jakieś trzy godziny drogi. Autobusem. Jechałam w duchocie typowej dla starego PKS-u albo w chłodzie zbyt mocno odkręconej klimatyzacji, prawie zawsze ssąc tabletki na chorobę lokomocyjną jedną po drugiej. Raczej prewencyjnie, bo od pewnego czasu już nie uskarżałam się na żadne podróżne dolegliwości, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Prawdę mówiąc, w tym momencie bardziej niż mdłości i ponownego spotkania ze zjedzonym wcześnie rano śniadaniem obawiałam się tego, co mnie czekało po opuszczeniu autobusu – pierwszej wizyty w całkiem obcym mi mieście. Wprawdzie zawsze należałam do tego rodzaju młodzieży, która wycieczki bardzo lubi, jednak strach przed nieznanym leży w naturze homo sapiens od setek lat. A że człowiekiem jestem, to nic co ludzkie nigdy nie było im obce.
Wiedziałam, że nie będę tam zdana na siebie, bo od roku czy dwóch w Zielonej Górze mieszkała Julia – jedna z moich najserdeczniejszych koleżanek z czasów licealnych, towarzyszka rozlicznych zwariowanych eskapad. To właśnie od niej wyszedł pomysł, żebym przyjechała do niej w tamtą letnią sobotę i została na parę dni. Nie chodziło tylko o przyjacielską wizytę, a i data nie była przypadkowa. Julia namówiła mnie, abyśmy razem wybrały się na kabareton. Duży. W amfiteatrze. Z wieloma artystami. Transmitowany przez liczącą się stację telewizyjną.
To było dla mnie coś nowego. Niby oglądałam kabarety w telewizji czy w internecie jak chyba wszyscy w tamtym czasie. Nawet byłam na paru występach w moim mieście, zresztą w towarzystwie Julii, jeszcze zanim wyprowadziła się do Zielonej. Ale... to tak jakby tyle. Nie miałam nigdy żadnego parcia, żeby pojechać i obejrzeć kabaret grający w innej części kraju. Nawet gdyby miał być tych kabareciarzy cały tuzin. Co innego Julia. Ją od zawsze ciągnęło do artystów. Koncerty, przedstawienia – to był jej żywioł. Dlatego nie byłam zbyt zdziwiona, gdy okazało się, że w Zielonej Górze bardzo szybko zasymilowała się z kabareciarzami. Zarówno miejscowymi, jak i tymi przyjeżdżającymi na występy.
Julia czekała na mnie na peronie dworca PKS, który składał się przede wszystkim z wielkiego betonowego placu, częściowo przykrytego blaszanym dachem w PRL-owskim stylu. Praktycznie z marszu popędziłyśmy na najbliższy przystanek autobusowy. Nie chciałyśmy tracić czasu. Niby nigdzie się nam nie śpieszyło, bo od rozpoczęcia kabaretonu dzieliło nas kilka ładnych godzin, a poważniejsze zwiedzanie miasta odłożyłyśmy na następne dni. Ale przed wieczorem wypadało coś zjeść, ogarnąć się, a zarówno do mieszkania Julii, jak i do amfiteatru, miałyśmy spory kawałek drogi. Nawet komunikacją miejską.
Julia wynajmowała kawalerkę o całkiem przyzwoitym metrażu. Mieszkanie nie wyróżniało się w sumie niczym poza wielkim, drewnianym barem, oddzielającym pokój od aneksu kuchennego. Ponoć była to pozostałość po synu właścicieli. Pomieszkał tu, urządził po swojemu i wyjechał. Jakby nie patrzeć, przynajmniej wyglądało to oryginalnie. Jedynym poważnym problemem był fakt, że Julka miała tylko jedno nieduże łóżko, więc mnie przypadło spanie na załatwionej na tę okazję polówce. Ale to nic. Grunt, że po trudach podróży mogłam się odświeżyć. Chociaż dość szybko zorientowałam się, w jakim klimacie przebiegnie mój pobyt w Zielonej Górze i jak bardzo to będzie przypominało nasze licealne wypady. Już stojąc pod prysznicem, zza łazienkowych drzwi słyszałam, jak Julia się drze. Że pająk łazi po ścianie czy coś w tym stylu. Nie wiem. W tym momencie bardziej martwiło mnie to, czy za sprawą wyjątkowo śliskiego brodzika od prysznica zaraz nie stracę zębów.
Pierwotnie zakładałam, że po oporządzeniu się zjemy coś na mieście, ale Julia uparła się, żeby najpierw pojechać do amfiteatru. Pomyślałam: po co, do kabaretonu jeszcze kilka godzin! Julka szybko wyjaśniła, o co chodzi – o tej porze będziemy mogły stanąć na bramce i podpatrzeć próby. Nie za bardzo przekonywała mnie ta perspektywa, głównie ze względu na ponowne tłuczenie się autobusem przez pół miasta, ale przed przyjazdem obiecałam sobie jedno: podczas pobytu w Zielonej wreszcie trochę wyluzuję i będę, jak dawniej, godzić się na wszystkie pomysły Julii. Nawet te, które wydają mi się niedorzeczne.
Część 22 / 2
Znalezienie wejścia do amfiteatru nie było skomplikowane, bo znajdowało się ono na samym jego szczycie. Mniej łatwe – zwłaszcza przy mojej marnej kondycji – okazało się pokonanie prowadzącej do niego masy schodów. Szczęśliwie na tym trudności się kończyły. Byłyśmy tam tylko my. I starszawy ochroniarz, lekko ospały od panującej tego dnia duchoty, który widząc, że stanowimy zerowe zagrożenie, nie zwracał na nas większej uwagi. Na scenie właśnie produkowali się kabareciarze. Ci tacy młodzi, co kiedyś dużo i ładnie śpiewali. Jeden z nich był przebrany – niezbyt przekonująco zresztą – za kobietę. Nie dziwiło mnie to za bardzo. Kabarety od zawsze cierpiały na niedobór płci pięknej, zazwyczaj niechętnej scenicznym wygłupom. Skecz był chyba nowy i jeszcze nie do końca opanowany przez grających, bo szło im trochę nierówno, choć umiarkowanie zabawnie. Obejrzałyśmy jednak scenkę do końca, potem kolejną... Pewnie stałybyśmy tam jeszcze długo, gdyby nie Julia, która stwierdziła, że zgłodniała od tych sucharów i pora jednak pójść coś zjeść.
Po skonsumowanym w jednej z miejskich knajpek ciepłym posiłku wróciłyśmy na amfiteatr taką samą drogą, jaką przyszłyśmy tu poprzednio. Idąc parkingiem, minęłyśmy ustawiony tam mały rządek przenośnych toalet i stojące przed nim dwie panie. Przypadkiem do moich uszu dobiegły słowa jednej z nich: – Jak one ładnie pachną... Boże, nawet papier jest! Tak, dla kogoś nawykłego do typowych standardów imprez masowych to mógł być duży szok. Z drugiej strony jeszcze nic nie było przesądzone – kabareton miał się dopiero zacząć.
Nie będę przytaczać wiązanki słów uważanych powszechnie za wulgarne, jaką rzuciłam, zobaczywszy rozmiary kolejki do amfiteatru. Jak, nie przymierzając, za komuny po mięso. Przez chwilę pomyślałam, że może jednak lepiej było zostać na głodnego. Cóż. Ustawiłyśmy się pokornie w ogonku. Julia bawiła się telefonem, a ja dla zabicia czasu zaczęłam przysłuchiwać się rozmowom innych kolejkowiczów. Jak na ludzi będących w tak upierdliwej sytuacji społecznej, niektórzy wykazywali się sporym poczuciem humoru. Zwłaszcza ten pan, który półżartem zawołał do nieśpieszne sprawdzającego wejściówki biletera: – A ja jestem tajemniczym klientem i potem obsmaruję pana w prasie! Impreza się jeszcze nie zaczęła, a już mieliśmy niezły kabaret.
W pewnym momencie Julka szturchnęła mnie w bok i rzuciła: – Chodź. Złapała mnie za rękę i pociągnęła w dół schodów. Pomyślałam, że chyba jej odbiło – miałyśmy już całkiem dobre miejsce w tej kolejce! Dopiero gdy szłyśmy wzdłuż murów amfiteatru, powiedziała, o co chodzi. Przy organizacji kabaretonu pracowała jej dobra koleżanka, miejscowa, niejaka Żaneta i drogą wymiany SMS-ów ustaliły, że dziewczyna wpuści nas wejściem dla obsługi. – A to nie będzie nielegalne? – zapytałam. – Mamy bilety? Mamy. W czym problem? W sumie miała rację. Zbliżałyśmy się do sceny, zza której coraz dokładniej było widać stojące przy niej zabudowania ośrodka kultury. Kątem oka dostrzegłam, jak na jednym z balkonów stał kabareciarz – ten taki chudy, starszawy – i palił papierosa. Niby nic, ale na takim żółtodziobie jak ja zobaczenie artysty w normalnej, codziennej sytuacji robiło wtedy wrażenie. Po chwili stałyśmy już przed wejściem służbowym. Czy bardziej wjazdem dla aut. Teraz mogłyśmy zobaczyć, że pod sceną panowało zamieszanie nie mniejsze, niż na górze przy bramkach. Nie czekałyśmy zbyt długo, gdy z ludzi krążących między estradą a kulisami wyłoniła się Żaneta. Wymięta niczym po nieprzespanej nocy (co skądinąd mogło być zgodne z prawdą), a oczy miała tak czerwone... Gdyby nie świadomość sytuacji, to dałabym sobie rękę uciąć, że ostatnie kilka godzin przepłakała. Chociaż jak tak teraz sobie myślę, to dochodzę do wniosku, że kto wie, może przez kabareciarzy da się płakać i to wcale nie ze śmiechu.
Teraz z oczywistych względów Żaneta nie miała dla nas czasu, więc tylko wprowadziła nas na teren amfiteatru. Na razie miałyśmy usiąść gdzieś na przednich ławkach w jeszcze opustoszałej części vipowskiej, żeby się nie kręcić i nie przeszkadzać, a gdy będzie się zbliżała godzina rozpoczęcia, to wtedy zajmiemy swoje miejsca. Pomyślałam sobie: trochę szkoda, że nie możemy tu zostać na całą imprezę. Bo z perspektywy pierwszych rzędów wszystko wyglądało inaczej niż w telewizji. Tam nie pokazują tej całej fastrygi – mnóstwa wszelkich pomagierów, uwijających się jak w ukropie, kilometrów kabli, bez których kamery i głośniki raczej nie chcą działać czy panów z wozu transmisyjnego, którzy mimo dość…