Wojna · 14 min czytania
Kompania D cz 2 "Stawiamy czoła"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
...Z samego rana Niemcy przygotowali nam poranną kawę w postaci ostrzału z moździerzy. Na nasze szczęście ja i Janek nie spaliśmy już, wiec mogliśmy resztę obudzić. Jedynym naszym ratunkiem było schowanie się do domów, wskazałem ręką do którego wszyscy mają się udać. Marek: Wstawać, wstawać, Niemcy przynoszą nam kawę!!! Z ulic szybko. Tonduś: Aaaa, co się dzieje, ratunku!!! Łuki: Tonduś choć tu debilu. Tonduś: Mamo!!! Janek: No mięliśmy szczęście, ktoś oberwał? Marek: Chyba wszyscy cali, ej odzywajcie się, jak któremuś coś dolega Krzysiu: Głodny jestem. Marek: Nie o taką dolegliwość mi chodziło. Niemcy zaprzestali ostrzału. Kazałem Tondusiowi iść zobaczyć co i jak. Ten wybiegł z domku i skierował sie w stronę kościoła, po chwili usłyszeliśmy wołanie<<Niemcy, Niemcy, do jasnej kurwy Niem...”>> głos ustał wraz z silnym odgłosem strzału, pomyślałem że Tonduś oberwał i możliwe że już nie żyje. Dałem rozkaz chłopakom by zajęli pozycje obronne. Zza murów, ogrodzeń, z domów i z ulic schodziły się w naszą stronę oddziały Niemieckie. Chłopaki przygotowali się do obrony, ja wraz z Adim i Krzysiem poszliśmy zobaczyć co z Tondusiem. Za rogiem zobaczyliśmy jego zwłoki, które się poruszały. Więc na szczęście żył, na szczęście dla niego. Podeszliśmy bliżej, okazało się że Tonduś nawet nie jest ranny, nawet nic go nie drasnęło, tylko się położył ze strachu. Gdy wstał dotarła do mnie wiadomość że Tonduś narobił w gacie ze strachu, cholera jaki sztynk. Nie szło wytrzymać, więc cofnęliśmy się na dość sporą odległość. Stąd powiedziałem Tondusiowi żeby szedł za nami w jakiejś optymalnej odległości najlepiej z jakieś10metrów. Wracając biegiem w stronę naszych pozycji, przeszła mnie pewna myśl, otóż skoro my nie umiemy wytrzymać w tym smrodzie to Niemcy pewnie też nie dają rady. Nie było nic do stracenia, zawołałem do siebie Tondusia, powiedziałem mu by ustawił się na cmentarzu, wypinając dupsko w stronę szwabów, ściągnął gacie wraz z batami, nie ocierać dupska, tylko wypiąć je w stronę nacierających Niemców. Tonduś zrobił trochę zniesmaczoną minę, ale poszedł wykonać mój trochę bezsensowny i kontrowersyjny rozkaz. Skrył się za jednym z największych nagrobków na cmentarzu i wziął się do „roboty”. Stał od nas mniej więcej w odległości 15metrów, ale tak jechało że czuliśmy się, jakbyśmy siedzieli obok sterty krowiego łajna. Po chwili z nad przeciwka, z rozwalonego domku zaczęli wybiegać Niemcy. W nocy przestawiliśmy zdobyte mg42 i teraz mogliśmy je wykorzystać przeciwko szwabom. Wziąłem do rąk jednego i otworzyłem ogień, prócz mojego w kościele były jeszcze dwa inne karabiny mg42. Aby nie marnować naszej amunicji, strzelaliśmy tylko z nich, do czasu aż nie była potrzebna większa siła ognia. Przytłoczeni ogniem naszych karabinów, Niemcy zaczęli się chować pomiędzy nagrobkami i innymi przeszkodami. Zgodnie z planem podchodzili powoli w stronę Tondusia. Nagle jeden z nich zaczął rzygać, przestałem strzelać i obserwowałem ich zachowanie. Po chwili już kilku rzygało. Wtedy po raz kolejny otworzyłem ogień a za mną reszta, zabiliśmy dość sporą gromadę bezbronnych szwabów, a pozostali się wycofali. Uśmiechnąłem się, ponieważ byłem pewny iż nasza „tajna broń” zadziałała ze swą stu procentową skutecznością i mogłem być spokojny, ponieważ nie uda się szwabom zajść nas ze strony kościoła, ba nie będą nawet umieli do niego dojść. A choćby nawet doszli to na bank nie przekroczą odległości 15metrów, bo taka odległość dzieliła Tondusia od kościoła. I to właśnie tam znajdowało się największe skupienie tego smrodu i much. Kazałem zostać i pilnować drogi przez cmentarz oraz Tondusia – Adikowi, Krzysiowi i Przemkowi. Sam zaś pobiegłem z Jankiem i Damianem do reszty Ekipy, która znajdowała się na ulicy przed kościołem. Marek: Chłopaki jak tam?. Leszek: U mnie spox! Marcin: Jest dobrze! Paweł: Zajebiście! Kafla: Jako tako Szpaner: Mogło by być lepiej! Marek: No ale niestety jest jak jest. Janek: Cicho!, słyszycie to? W oddali było słychać jakiś warkot, dziwny dźwięk, z początku myśleliśmy że to samolot, lecz to było zupełnie coś innego, takich charakterystyczny terkot silnika miała tylko jedna bestia. Janek: Co to jest? Marek: Nie mam pojęcia, ale na pewno nie samolot... ani żaden z naszych. Janek: Jest coraz głośniejszy. Marek: Janek po pancerfausta, biegiem!. Janek: Już idę Marek: Albo nie, weź Lesia i weźcie po dwa, mogą się przydać. Janek: Dobra Leszek:Ale osłaniajcie nas jakby co. Marek: Dobra, lećcie już po nie. Janek: Robi się, chodź. Janek z Lesiem pobiegli do kościoła po pancerfausty, przy okazji Janek pobiegł na na kościelną wierzę, by się trochę rozejrzeć. Po chwili krzyczał z góry, że jest zajebisty widok i przydałby się stały obserwator, odparłem by dał tam Adika i wracał tu do nas. Trochę czasu im to zajęło ale nareszcie przyszli, dziwny odgłos ucichł, przez chwilę była podejrzana cisza. Powiedziałem chłopakom, by na wszelki wypadek pochowali się w budynkach. Cisza trwała przez dłuższą chwilę, po raz kolejny usłyszeliśmy ten sam warkot, który był coraz wyraźniejszy, był tez słychać skrzypienie gąsienicy. Spojrzałem po twarzach moich towarzyszy, widziałem w ich oczach strach, taki sam jak u mnie. Był to strach przed tym czymś, co stało kilka metrów dalej. Ktoś musiał iść i zobaczyć co to jest i jeśli się da to rozwalić to. Wyszedłem z budynku na przeciw kościoła, rozejrzałem się, było cicho, za cicho. Ruszyłem powoli w stronę rozwidlenia dróg, gdzie najprawdopodobniej był niemiecki czołg. Wraz ze zbliżaniem się do tegoż rozwidlenia, serce biło mi coraz mocniej. W pewnej chwili zawahałem się i chciałem wrócić. Zdawało mi się, że bicie mojego serca zagłusza wszystkie inne odgłosy. Podszedłem do muru, z jednej strony na drodze niczego nie było, przełknąłem ślinę i wychyliłem głowę, by zobaczyć co jest po drugiej stronie, zamarłem. Przede mną stał Tygrys. Wlepiłem swoje ślepia w niego i stałem, po chwili czołg otworzył ogień z karabinu pokładowego. W ekspresowym tempie schowałem się cały za murem. Miałem szczęście, że mnie nie trafił. Oparłem się o niego i chwile stałem w bezruchu. Do moich uszu dobiegł dźwięk obracającej się wieżyczki. Ruszyłem co sił w nogach przed siebie. Tygrys zniszczył pociskiem mur, po czym ruszył za mną. Krzyknąłem do Janka o pancerfausta, ten wybiegł z budynku gotowy oddać strzał. Staną na środku i patrzył z niedowierzaniem. Wrzeszczałem by wystrzelił ładunek. Jednak ten dalej stał i nic nie robił, dopiero po chwili otrząsł się z szoku, jakim był widok 55 tonowej bestii jaka był tygrys i wystrzelił. Ładunek odbił się od czołowego pancerza i eksplodował na drodze. Musieliśmy go jakoś zniszczyć. Wbiegłem do domku, Janek wziął mnie za szmaty i wykrzykiwał to samo pytanie<<co to jest!>>. Nic nie powiedziałem, ponieważ sam początkowo nie wiedziałem. Gdyż pierwszy raz na oczy coś takiego widziałem,…