Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 16 min czytania

Kompania D cz 3 "Spacer"

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

...10:00 Desant z morza już dawno sie zaczął, my zbieraliśmy się do opuszczenia St. Mere Eglise. Spakowaliśmy sprzęt, pożegnaliśmy się z Amerykanami, którzy dali nam na drogę małą pamiątkę, w postaci bazooki z zapasem sześciu pocisków. Obarczyliśmy nią Przemka, by sprawował na nią piecze. Zaopatrzyliśmy się również w amunicję, której nam dość sporo ubyło od wczorajszego desantu i szczerze powiedziawszy dość niechętnie, szczególnie Krzysiu, ruszyliśmy w stronę Sankt Marie du Mont. Zabraliśmy ze sobą rannego, lecz czystego Tondusia. Po drodze rozmawialiśmy na różne tematy, jednak najczęstszym był temat czy przeżyjemy i co nas jeszcze czeka, ponieważ mamy za sobą dopiero kilka godzin na tej wojnie. Leszek: Ale jaja, na samym początku zginą Szewieczek, Tonduś oberwał, Kafla też, ciekawe co dalej. Łuki: Ciekawe kto teraz polegnie, Tonder, choć się założymy o coś. Tonduś: O co? Łuki: O to kto pierwszy z nas zginie, dobra? Tonduś: Spierdalaj! Leszek: ja przeżyjesz to Łuki ci coś da Janek: Ej ale jak ma mu cos dać jak zginie? Leszek: a no właśnie... jakoś to będzie co ty na to Tonduś: Spierdalaj Słynne spierdalaj Tondusia, nadal nas rozśmieszało do łez. Wyszliśmy z miasteczka, prosto na dróżkę i szliśmy w stronę szosy N-16 Krzyś: No nie no, was całkowicie popierdoliło, wiecie ile to jest?!. Łuki: Ja pierdole schudniesz, dobrze ci zrobią te 6 kilometrów. Krzysiu: A jak oni gdzieś na nas czekają? Łuki: Mówisz o szwabach? Krzysiu: Nie kurwa o ciotce Jadzi. Marek: Dostali po dupie to siedzą gdzieś w swoich dziurach. Kafla: A tak swoja drogą, wracając do tego tematu, kto zginie... to jestem ciekaw, naprawdę. Marek: Ej to nie jest loteria, więc nie bawcie się w obstawianie, kto pierwszy będzie gryzł piach Janek: Ma rację, poza tym możecie tylko gdybać i nic więcej. Krzysiu: Dobra, dobra ja coś chciałem... a nie chce mi sie iść!!! Marek: Krzysiu to tylko 6 kilometrów, więc zamknij się i rób to co do ciebie należy. Krzysiu: Czyli co? Mogę jeść! Marek: ehhh... żryj, przynajmniej będzie spokój. Zgodnie z mapą jesteśmy tuż przed drogą N-16. No panowie to teraz 5 kilosów tą drogą. Janek: A nie szło by jakimś autem?, nie że nie mam siły iść, ale bylibyśmy o wiele szybciej. Marek: Ale gdzie tu znajdziesz auto? Janek: Na bank gdzieś będzie stało... przydałby się mercedes ten co Hitler się w nim buja. Marek: Jak będziemy w berlinie to go sobie weźmiesz. Janek: No ale pierw musimy tam być. Obiecałem chłopakom że jak znajdzie się auto, to weźmiemy je. Przeszliśmy mniej więcej 500metrów bez kłopotów gdy nagle zza rogu zaczął się wyłaniać PzkpfwIII, skryliśmy się za krzakami, zawołałem Przemka, który niósł bazookę. Przybiegł do mnie i załadował ją. Jednak Janek miał pewne wątpliwości co do tego że jest tylko jeden, więc zgodnie z jego zaleceniami, zaczekaliśmy aż odjedzie. Jak zwykle to bywa, szkopy nas zaskoczyły. Czołg zatrzymał się i zaczął przekręcać wieżyczkę w stronę rowu w którym znajdował się Tonduś, Krzysiek i Adi. Wiedziałem, co może się za chwilę może wydarzyć, więc kazałem Przemkowi wystrzelić. Pocisk bez problemu spenetrował pancerz niszcząc niemiecką jednostkę, nagle z gospodarstwa z którego wyjechał pierwszy czołg, zauważyłem nowego, nie wiedziałem co to jest. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem sie, że był to niszczyciel czołgów Jagdpanter, jeden z najnowszych czołgów niemieckich, który wszedł na uzbrojenie jej armii kilka dni przed inwazją. Zapowiadało się ciekawe popołudnie. Skryłem się za dużym krzakiem razem ze Szpanerem i Jankiem. Czołg wyjechał na ulicę i z karabinu zaczął ostrzeliwać na ślepo wszystkie zarośla. Z rowu wyskoczył Krzysiek, przebiegł przed samą armatą czołgu i został ścięty serią, na jego szczęście wpadł do drugiego rowu, co prawdopodobnie uratowało mu życie. W akcie odwagi Łuki z Leszkiem wskoczyli na pancerz czołgu otworzyli właz, poczęstowali Niemców garścią pocisków i na pożegnanie wrzucili do środka po jednym granacie. We wnętrzu rozległ się potężny huk i Jagdpanter zamarł, potężna machina a tak łatwo ją pokonaliśmy. Ale muszę przyznać, ze sam jego widok robił dość piorunujące wrażenie. Janek pobiegł zobaczyć co z Krzysiem, z gospodarstwa zaś zaczęła wybiegać nieprzyjacielska piechota, pochowaliśmy sie za wszystkimi dostępnymi przeszkodami. Szwaby stanęły za kamiennym murkiem i zaczęliśmy regularną wymianę ognia. Przez pewien czas dość mocno zostaliśmy przygwożdżeni do ziemi i nie mięliśmy pomysłu na przebicie się przez tą patową sytuacje. Któryś z chłopaków rzucił granatem w stronę Niemców, to ich rozproszyło i dało nam okazje na otwarcie ognia. Kilku z nich poległo, jednak dalej była tam ich dość spora grupka. Tonduś i Szpaner przeszli paręnaście metrów dalej, by spróbować zajść ich od boku. Do pomocy przyszli im Leszek i Kafla. Zajście z flanki okazało się niebywale skuteczne. Nasz przeciwnik był dość mocno zdezorientowany, możliwe że to przez ten granat, nie wiedział do kogo ma strzelać, co dało nam możliwość skutecznego ataku. Więc szkopy postanowiły się wycofać do obory. My ruszyliśmy za nimi, stanęliśmy przy małym silosie. Ze środka stodoły zaczęły wylatywać granaty, które odbijały się od silosu i wybuchały w znacznej odległości od nas. Zbyt długo zwlekaliśmy z atakiem. Podzieliłem nas na dwie grupy, jedna miała prowadzić ogień zaporowy a druga zaatakować stodołę. Kiedy druga znajdzie się we wnętrzu, pierwsza ruszy jej na pomoc. Tak więc ruszyliśmy. Nie trudno się domyślić, że byłem w grupie szturmującej, ponieważ musiałem ich jakoś poprowadzić, tak po prawdzie nie wiedziałem komu miałbym powierzyć dowództwo kto by sobie poradził w razie nagłej zmiany sytuacji do jakich podczas wojny dochodziło bardzo często. Wbiliśmy się przez frontowe drzwi. Szkopy były pochowane za wozami, stogami siana i korytami. Z początku nie mieliśmy się gdzie schować, więc biegliśmy w stronę zajmowanych przez Niemców pozycji i strzelaliśmy z biodra bez jakiejś szczególnej staranności. Musze się przyznać, że było to dość chaotyczne, lecz zdało egzamin. Nikt z mojej kompanii nie zginął, było kilka lekko rannych osób, ale poza tym nic. Po zajęciu stodoły i całego gospodarstwa, poszedłem się rozejrzeć za jakimś transportem. Za ów stodołą stała niemiecka ciężarówka, postanowiłem, że dalszą drogę pokonamy za jej pomocą. W miedzy czasie Janek z Damianem przynieśli Krzysia do stodoły i rzucili go na siano. Marek: Jak zdołaliście go tu przenieść? Damian: Kurwa, a jak myślisz... turlaliśmy go, zajebana beka smalcu! Marek: Nie obrażaj go, bo może być tak że on ci kiedyś życie uratuje. Damian: Co? Ja chyba źle słyszę, ten co waży 300 kilo ma mi życie uratować. Chyba jak na mnie skoczy i zakryje ciałem, kule tłuszczu nie przebija.. Marek: A skąd wiesz, a może jednak. A może jego tłuszcz... a nieważne. Damian: Oj wątpię, wątpię no widzisz nawet nie wiesz co masz mi odpowiedzieć. Marek: Szczerze, ja też ale może się miło rozczarujemy. Poszedłem z powrotem za stodołę i po chwili podjechałem ciężarówką na jej przód, Janek z Łukim i Damianem załadowali Krzysia do środka. Reszta wpakowała się za nimi i ruszyliśmy przed siebie Mięliśmy już za sobą trzy kilometry, wszystko wydawało sie iść po naszej myśli, z każdą minuta byliśmy bliżej aż tu nagle... chuj strzelił naszą ciężarówkę, w najbardziej nieoczekiwanym momencie pośrodku pół i krzewów Normandii. Wyskoczyłem z szoferki i zajrzałem do silnika. Krzysiu zaczął narzekać i mówić, że nas pozabijają zanim dojdziemy na piechotę do sztabu. Sytuacja nie wyglądała na ciekawą, ponieważ ciężarówka odmawiała posłuszeństwa, a żaden z nas nie był mechanikiem, muszę się przyznać, że podzielałem po części obawy Krzysia. Pogoda była bardzo słoneczna, rozejrzałem sie dookoła. Cisza jak makiem zasiał. Wsłuchiwałem sie w nią przez dłuższą chwilkę, ponieważ zdawało mi się że coś słyszę. Janek podszedł do mnie i spytał sie o co chodzi. Odparłem, ze coś słyszałem tylko nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kompania D cz 3 "Spacer" — czytnik · opowiadania