Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 56 min czytania

kompania honorowa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

było i nie jest, a wraca by znów się pogrążyć, w niebycie i zapomnieniu, pitoreska na temat totalitarny, zapomniany i niechciany, odrzucany, a niby bumerang wraca jakoś w codzienność, poszukiwania przeszłości nadaremnne, kończą się na stercie zbutwiałej....

„KOMPANIA HONOROWA”

Cmentarz w tej części był niemal pusty. Wszystko odbywało się w milczeniu. Nie było słychać jakichkolwiek poleceń lub komend. Maszerująca kompnia honorowa mijała stare groby, między którymi tylko z rzadka było widać staruszki, krzątające się przy i tak zadbanych kwaterach. Wśród drzew nerwowo przechadzali się młodzi mężczyźni. Niektórym towarzyszyły kobiety, wciąż zaglądające do torebek. Podnosiły je do góry, otwierały i trzymając je niemal pod samym nosem, zaglądały do środka. Z daleko mogło się wydawać, że uważnie sprawdzają ich zwartość, niedowierzając temu, co widzą. Uważniejszy obserwator mógłby pomyśleć, że prowadzą dialog z jej wnętrzem. Kompania w stalowych mundurach dotarła do niecki, gdzie tkwiły nagrobki w formie bezkształtnych brył, ustawione w olbrzymi krąg. Spacerujący dotychczas pozornie bez celu młodzi ludzie, uformowali z rzadka rozstawiony szpaler - prowadzący od centralnego wjazdu, do miejsca, gdzie stalowe mundury stanęły w zdyscyplinowanym dwuszeregu. Z miejsca, które w starej nomenklaturze zwano niegdyś kaplicą, a teraz było salą obrzędów, ośmiu rosłych mężczyzn, w stalowo-niebieskich mundurach, z szablami u boku, z trudnością wynosiło na ramionach dębową trumnę. Pociągnięta mahoniową politurą i przykryta karminowym suknem była podobna do tafli stołu prezydialnego. Za trumną postępowało trzech mundurowych, również z szablami przypasanymi do boku. Na sztywno wyprostowanych ramionach, pochylonych ku dołowi, nie’li pułkownikowskie insygnia. Za trzyosobowym rzędem postępował długi szereg podobnie wyglądających mundurowych. Każdy z nich trzymał przed sobą szkarłatną poduszkę, na których połyskiwały kolorowe ordery. W tej samej chwili na cmentarny dziedziniec wjechała kawalkada limuzyn. Z kolejno zatrzymujących się aut wyskakiwali adiutanci. Bez słowa komendy otwierali tylne drzwi. Z ciemnych otworów dwóch pierwszych pojazdów wyłoniły się generalskie postaci, o nabrzękłych i zaczerwienionych twarzach. Z kolejnych limuzyn wysuwały się sprężyste sylwetki w ciemnych garniturach. Ich jednakowe, bordowe krawaty wyraźnie odcinały się od tła błękitnych koszul. W karnym trójkowym szyku ruszyli za długim szeregiem niosących ordery. Z drzwi sali obrzędowej wychodziła teraz kobieta w czerni, której twarz zakrywała woalka. Wsparta na ramionach dwóch rosłych adiutantów stawiała niezdarnie nogi, usiłując dotrzymać marszowego rytmu kolumny. Za nią, w odstępie kilku kroków szła milcząca grupa kobiet w czerni, otaczająca kilkoro dzieci. Korowód zamykali wyżsi oficerowie. Szli niepewnie, najwidoczniej nienawykli ani do mundurów, ani do przypasanych u ich boków szabel. Kiedy kolumna znajdowała się już daleko, między alejkami starych grobów, gdzie nie było już staruszek, przepędzonych przez młode pary, ustawione teraz w luźny szpaler, do konduktu pogrzebowego dotarł wreszcie warkot werbli. Przygotowany scenariusz nie przewidywał wygłodniałych tłumów w centrum miasta, które opóźniły przyjazd orkiestry. Kondukt pogrzebowy, podporządkowany żałobnemu rytmowi, docierał do odległej kotliny. Dowódca kompani honorowej zarządził jeszcze ostatni przegląd broni. Sprawdził, czy w magazynkach znajduje się teraz ślepa amunicja, przeładowanie rozkazano dopiero tutaj, na cmentarzu. Rozruchy w ciągu ostatnich dni przybrały na sile. I oddziały dla własnego bezpieczeństwa poruszały się tylko w zwartym szyku i wyposażone w ostrą amunicję. Trumna spoczęła obok wykopu w ziemi. Orkiestra, choć była ją wyraźnie słychać, jeszcze nie dotarła i jej brak zachwiał ustalony porządek. Kondukt rozdzielił się. Na osobności stanęli dwaj generałowie, w pobliżu adiutantów, trzymających poduszki z orderami. Między nimi, a grupą cywili, którzy otaczali wdowę, umiejscowili się, nie tworząc zorganizowanego szyku wyżsi oficerowie. Z konduktu nie docierały żadne rozmowy. Wreszcie pojawiła się orkiestra. W niewielkiej odległości za nią, może dziesięciu kroków, jechał bezszelestnie elektryczny wózek, załadowany stosami wieńców i kwiatów. Muzycy w stalowych mundurach ustawili się obok kompanii honorowej, tworząc teraz czworobok zamknięty trumną i adiutantami. Z grupy oficerów wystąpił barczysty pułkownik. Wydawał pośpiesznie komendy. Ośmiu adiutantów dźwignęło trumnę na ramiona. Na przód wystąpił teraz generał. Wygłosił krótkie przemówienie. Na rozkaz stojącego za generałem oficera kompania honorowa oddała trzykrotnie salwę honorową. Trumnę spuszczono do grobu. W tym momencie ceremonię zakłócił samotny mężczyzna. Zbliżał się powoli, nadchodził od głównej bramy. Nie szedł jednak drogą wokół niekształtnych obelisków, lecz szedł, mogło by się wydawać, że w jego krokach było widoczne ociąganie się, na przełaj pomiędzy kwaterami bohaterów pracy i zasłużonych aktywistów. Wydawało się, że kieruje się w sam środek otwartego teraz kwadratu żałobnego zgromadzenia. Nabrzmiały na twarzy generał w stalowym mundurze, który po salwie honorowej znów podjął przemówienie zająknął się. Grupa cywili i oficerów poruszyła się, a ich głowy zakiwały z oburzenia. Wprawdzie nikt nie zdobył się na przerwanie ceremoni, to jednak widać było, że pojawienie się obcego wzburzyło zebranych. Przez uczestników przeszedł pomruk. Krótkie spojrzenie generała przywróciło porządek. Sprawiło jednak, że pośpiechu już nie skrywano Nim jeszcze trumna spoczęła w ziemi, już do wdowy podchodzili obaj generałowie, z wieńcami wręczonymi im przez adiutantów. Za nimi ustawiali się pośpiesznie oficerowie. Każdy z nich brał kolejny wieniec z wózka. Na końcu stanęli mężczyźni w garniturach, prowadzeni przez najniższego z nich. Wszyscy składali wieńce obok nie zaspanego grobu i składali kondolencje wdowie, ignorując pozostałą rodzinę zmarłego. Nie patrząc na trumnę wrzucali garść ziemi i odchodzili na bok. Orkiestra zagrała marsza. Generałowie nie odczekali końca melodii. Odwrócili się i bez eskorty ruszyli kołyszącym krokiem w stronę głównego wyjścia. Jeden ze stojących w pobliżu wysportowanych mężczyzn powiedział coś do krótkofalówki. Spod bramy ruszyła, na przeciw idącym, kawalkada samochodów. Ceremonia zakłócona pojawieniem się nieznajomego została skrócona. I tak, jak na początku, niby w do tyłu przewijanym filmie, sprężyści adiutanci otwierali drzwi limuzyn, a generałowie sadowili się teraz w ich wnętrzach. Kiedy najważniejsi goście zniknęli, na szeroką aleję prowadzącą do bramy głównej, w pobliżu miejsca pogrzebu, oddzielonej tylko kręgiem betonowych nagrobków przeciętych zarośniętą drogą, podjechały trzy autobusy. Do pierwszego wsiadła kompania honorowa. Już w trakcie wsiadania wymieniali magazynki z amunicją ćwiczebną na ostrą. Po zajęciu miejsc przeładowali na rozkaz dowódcy broń i z wprowadzonymi do komór karabinów nabojami czekali, aż do dwóch pozostałych autobusów wsiądzie reszta uczestników pogrzebu. Wdowę z dziećmi i kilkoma oficerami skierowano do mikrobusu, stojącego między drugim i trzecim autokarem. Cała kawalkada odjechała w stronę miasta. W przeciwnym kierunku, nie zważając na cmentarny spokój, pędziły trzy osobowe auta. Ze wszystkich stron, niczym na zlocie gwiaździstym, którego centrum stanowiło miejsce niedawnej ceremonii, nadbiegali młodzi mężczyźni. Nie ukrywali teraz, że każdy z nich był wyposażony w pistolet i krótkofalówkę. Niczym na pokazie, z pistoletem w prawej dłoni i w lewej z nadajnikiem, kryjąc się w cieniu starych pni, zdążali do centrum. Tam, gdzie przed chwilą stał sprawca zakłócenia uroczystości. Szedł tą samą drogą, którą odjechała kawalkada. Zauważył już wokół siebie ruch. Nie był jeszcze pewny, czy jest to związane z jego obecnością. Rozglądał się w koło, dojrzał nadjeżdżające samochody. Przez moment był zdecydowany na ucieczkę, był już do niej przygotowany. Szukał wzrokiem miejsca, gdzie mógłby zniknąć. Wczesna pora roku i jeszcze bezlistne krzewy nie dawały wielkiej szansy. Okrążony ze wszystkich stron, stał niezdecydowanie. Rozważał kolejne możliwości. Na ucieczkę było już za późno. Wiedział, co teraz nastąpi. Już kilka razy znalazł się w podobnej sytuacji. Jednak w tej chwili miał po raz pierwszy do czynienia z takim tłumem agentów. Z jednego z nadjeżdżających aut, wydwało się jemu, że z pierwszego, wybiegło dwóch mundurowych. Rzucili się na stojącego. Wysoki, barczysty funkcjonariusz z oficerskimi naszywkami zabiegł od tyłu. Gwałtownie wykręcił stojącemu ręce do tyłu i brutalnie zacisnął kajdanki. Drugi funkcjonariusz obszukiwał szczupłego mężczyznę. „Niczego nie ma. Żadnej broni. Fałszywy alarm.” – Zawiedziony wymierzył silny cios w żołądek. Obaj funkcjonariusze chwycili skulonego pod ramiona i zawlekli do stojącego w pobliżu auta. Zdawali się w ogóle nie dostrzegać tego, że są bacznie obserwowani przez niskiego mężczyznę, który prowadził w kondukcie grupę w garniturach. Trzy auta zawracały teraz kolejno z piskiem opon i z włączonymi syrenami, i z kogutami przyczepionymi do dachów, pędziły w stronę centrum miasta, gdzie mieściła się komenda. Tam zawleczony do celi spędził czterdzieści osiem godzin, bez słowa wyjaśnienia. Był tutaj pierwszy raz i nie wiedział, co ma z sobą zrobić. Wydawało się jemu, że zadano mu największy gwałt w życiu i pozbawiony prawa decydowania o sobie, usiłował zachować w przyjaznej pamięci funkcjonariuszy, którzy donosili jemu dwa razy dziennie posiłki z pobliskiej kantyny. Po dwóch dniach, kiedy prowadzono go do jednego z gabinetów na drugim piętrze w ceglastym gmachu lokalnej siedziby sił bezpieczeństwa, spodziewał się, że zostanie poddany brutalnym przesłuchaniom lub, co najmniej, dowie się, że spędzi jeszcze tygodnie, jeśli nie miesiące w podziemiach. Zamiast tego usłyszał od tego samego funkcjonariusza, który kierował akcją zatrzymania, że wychodzi na wolność, bez jakichkolwiek dodatkowych warunków. Spodziewał się podstępu, jeśli już nie przesłuchań, dla wyjawienia rzeczywistych powodów obecności na cmentarzu w czasie pogrzebu i jego zakłócenia, spowodowanego samą obecnością. Do dzisiaj nie może rozwiązać zagadki bezwarunkowego zwolnienia. Niespodziewana śmierć mężczyzny w sile wieku, o której dowiedział się na uczelni w czasie rutynowej wizyty jednego z funkcjonariuszy aparatu, zaskoczyła go wówczas i wstrząsnęła nim. Uprzednio stałym gościem był właśnie ten, grzebany z pełnymi honorami w tajemnicy przed lokalną społecznością. Przychodził do nich stale w pierwszy wtorek miesiąca. Rozmowy, jakie prowadził, najczęściej z tymi samymi pracownikami uczelni, a dobierał sobie rozmówców wedle tylko jemu samemu znanego klucza, były długie i niejednokrotnie zawiłe. Czy on sam mógł się od nich uchylić. Nie miał takiej możliwości. Wiadomo było, że odmowa byłaby jednoznaczna z rezygnacją pracy na uczelni. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś się na to odważył. Wiadomo było, że ma długie ręce i nie ma sposobu żeby uciec przed tym człowiekiem i mówiło się o tym z pełnym przekonaniem. Panowała opinia, że jedyna możliwość, jaka wówczas istniała, to wyjechać do innego miasta, co było równoznaczne ze skazaniem się na nędzną wegetację. Z drugiej strony mówiło się, że wybór rozmówcy dokonany przez tego człowieka, to niemal nobilitacja. I ktoś tak wyróżniony na pewno będzie awansował oraz będzie miał niejedno do powiedzenia. Najkrótsze rozmowy, to były te z rektorem, być może miały tylko kurtuazyjny charakter. Pewne było, że po nich nie zapadały żadne ważące decyzje personalne. On sam, wtedy jeszcze zatrudniony jako asystent był zaskoczony, może nawet połechtany tym, że właśnie jemu poświęcał najwięcej czasu i prowadził z nim, młodym naukowcem długie dyskusje dotyczące subtelnych zagadnień sprawowania władzy w imieniu. Przedstawiciel aparatu sprawującego władzę, ku jego zdumieniu nie krył tego, że nie zgadza się ze wszystkimi posunięciami i wolałby, aby postępowanie tegoż miało bardziej wyważony charakter. Nie ukrywał też, że jego zdaniem, niektóre akty przemocy są zbyteczne, a użycie stalowych mundurów można zastąpić przecież socjotechnicznymi metodami. Wprawdzie zgadzali się obaj, że obywatele współczesnego państwa wymagają przemyślonej opieki i tak pojęta rola państwa jest niezmienna i dotyczy wszystkich. Niezależnie od różnicy poglądów na realizację. Wyczekiwał tych comiesięcznych spotkań. Wydawały się szczególnie ważne, tym bardziej, że dotyczyły nie tylko bieżących problemów, ale obaj, jako historycy swobodnie poruszali najrozmaitsze aspekty z dziedziny sprawowania władzy w różnych epokach, nie wyłączając nawet starożytnego Rzymu i jego problemów zaspakajania publicznych roszczeń. Cenił sobie przede wszystkim to, że nie poruszali nigdy osobistych problemów, te istniały w innym wymiarze. Uzmysłowił sobie szczególną ważność tych spotkań, kiedy ich nagle zabrakło w czasie zimowej przerwy. Wyczekiwał początku semestru z niecierpliwością, jakiej dotychczas nie znał. Lecz wiosną, kiedy oczekiwał kolejnego spotkania pojawił się niespodziewanie nieznany dotychczas przedstawiciel aparatu i nie było już więcej mowy o teoretycznych zagadnieniach i akademickich dyskusjach rozwiązywania zagadnień państwowych. Pierwsza rozmowa była krótka i brutalna. Miał donosić: sporządzać raporty o prawomyślności i wypowiedziach zagrażających narodowym interesom. Nie poszedł na żadne następne spotkanie. Zwątpił w samoreformowalność systemu i znalazł się po drugiej stronie barykady. Wkrótce po tym dowiedział się o śmierci swojego mentora. I jeszcze zanim minęła wiosna wyleciał z uczelni. Tęsknił niekiedy do tych otwartych dyskusji i spotkań z człowiekiem o rzadko spotykanych horyzontach i dużym doświadczeniu życiowym, szczególnie w zetknięciu z jego teoretyczną wiedzą, to jednak zamknął ten rozdział w swoim życiorysie. To było wtedy. Teraz miał w ręku akta dotyczące ówczesnych rozmów i spotkań. Odszukiwał prawdziwe powody jego uniwersyteckich wizyt, zaglądał za kulisy minionych manipulacji i czuł się po raz kolejny zdradzony. Zarazem miewał chwile głębokiej satysfakcji i wtedy czuł się jak rozbitek, który dotarł do brzegu po wielu godzinach dryfowania, tak, jakby wreszcie dotknął stopami upragnionego brzegu, po momentach beznadziei i rezygnacji.

I I

Podobno miasto to, w swojej obecnej formie, nietypowej dla tej części Europy, zawdzięcza swój gwiaździsty układ, z którego znany jest Paryż, temu samemu Hausmanowi, który przebudował jego średniowieczne centrum. Może jest to tylko legenda, a może prawda. Faktm jednak jest, że to prowincjonalne skromne miasto we wschodniej Europie swoją ilością placów i gwiaździście rozchodzących się od nich ulic, może przyprawić o ból głowy mieszkańca tradycyjnie zabudowanego skupiska. I nie przyzwyczajonego do tak nietypowego układu urbanistycznego. Przy jednym z takich placów, położonym w centrum miasta, z którego było równie blisko do urzędu miejskiego, jak i komitetów: wojewódziego, oraz miejskiego, zarządzającego tą miejscowością (oba mieściły się w tym samym gmachu) mieści się do dzisiaj budynek instytucji, która przetrwała jako anachronizm w rewolucyjnym państwie. Prawdopodobnie tylko dlatego, że nie wiadomo było, co z nią począć. Przepisy na jej egzystencję były niezbywalne, co samo w sobie kryło sprzeczność, niezgodną z rewolucyjną doktryną. Jednak wbrew utopijnej idei podporządkowano rzeczywistość potrzebom drobnomieszczańskim, zarówno rządzących, jak i rządzonych. Być może jednak instytucję tę po prostu przeoczono. I tutaj, w przedpotopowym urzędzie: Archiwum Państwowym, znalazł schronienie były asystent katedry Historii i Filozofii. Po tam, jak nie zdobył uznania w oczach aparatu nadzorującego społeczeństwo i pozbawiono go pracy. Zakazując z dnia na dzień wstępu na macierzystą uczelnię. Po przełomie, zwanym też niekiedy bezkrwawą rewolucją, otrzymał kilkakrotnie propozycję powrotu na uczelnię. Był właściwie zdecydowany na jej przyjęcie. I gdyby nie to, że właśnie on, były rewolucjonista, jak mawiał sam o sobie z kpiną, miał teraz porządkować akta Urzędu, z którego woli został odstawiony na boczny tor, to by już dawno wrócił na uczelnię. Widział w tym nie bez ironii historyczną sprawiedliwość. Początek jej odmierzania nastąpił w momencie, kiedy stary reżim, nie potrafiąc opanować katastrofy gospodarczej i w konsekwencji gwałtownego zjazdu do poziomu krajów trzeciego świata, rozpisał wolne wybory, będące faktycznym ogłoszeniem stanu bankructwa. Wynik nie był zaskoczeniem. Czas niepokoju i zmian dotarł również do zakurzonych regałów. Bezkrwawa rewolucja wymiotła w archiwalną nicość partyjnych sekretarzy, okupujących naukowe etaty, usunęła zaufanych kadrowych, dorabiających do tajniackiej renty w zaciszu personalnych teczek. Jednak najważniejsze zmiany w archiwum zaszły wraz ze stosami akt, zwożonych tygodniami niepozorną ciężarówką. Na której wbrew przepisom, nie było żadnych cech określających właściciela samochodu.

Wracał do domu wieczornym tramwajem. Znacznie później, niż zazwyczaj, ostatnimi laty, kiedy kończył pracę o piątej po południu. Jednak od czasu przyjęcia oferty współpracy w tajnym archiwum, takie późne powroty stały się regułą. Nie lubił jeździć samochodem, mimo iż doskonale znał wyboistą drogę, której używał od lat. Wyrwy, w których można było zostawić koło wraz z osią, nie zaskakiwały go nawet nocą. Omijał je na pamięć. To od dnia, kiedy w wyłomie, jaka powstała pod przejeżdżającym autobusem, zginęło trzydziestu pasażerów, stracił ochotę na jazdy autem. Choć był dumny ze swojej niezależności, to cena ryzyka wydawała się za wysoka. Mógł jeździć inną drogą, prowadzącą koło starych torów tramwajowych, bezpiecznie tkwiących w tym samym miejscu od kilkudziesięciu lat. Uważał, że dublowanie trasy jest nadmierną rozrzutnością i tak pogodzony jeździł nadrzeczną linią tramwajową. Gości rzadko zapraszał do siebie, a tym bardziej nie był przyzwyczajony do ich niespodziewanych wizyt. Nigdy nie mógł się zdecydować na to, czy się cieszyć z nich, czy też nie. Zawsze czuł się zaskoczony i to nieprzyjemne wrażenie dominowało. Tak było już od wielu laty. Nawet w czasie małżeństwa prowadził skromne życie towarzyskie, wbrew usposobieniu żony, na której przecież jemu zależało. I w ciągu niewielu wspólnych lat cierpliwie znosił jej towarzyskie potrzeby. Po rozwodzie z ulgą wrócił do dawnych zwyczajów i z kawalerskim uporem bronił się przed niespodziewanymi gośćmi, traktując ich jak intruzów. Dumny ze swoich bibliofilskich zbiorów chętnie o nich opowiadał i lubił dyskutować w gronie fachowców. Traktował jednak swoją bibliotekę często tak, jak mali chłopcy swoje pierwsze skarby, ukryte po kieszeniach. Strzegąc ich zazdrośnie przed oczyma świata dorosłych. Teraz miał jeszcze dodatkowe powody. Wracając myślał z niepokojem, czy i dzisiaj wieczorem będzie miał kolejną niespodziewaną wizytę. Zawsze starał się wpoić swoim znajomym i nielicznym przyjaciołom zwyczaj telefonicznych zapowiedzi. Od pewnego czasu jednak odnosił wrażenie, że ilość przypadkowych wizyt nasiliła się. Już od lat miał wyrobiony nawyk czytania książek podczas jazdy tramwajem. I tym chętniej wrócił do niego teraz, kiedy zrezygnował z dojazdów samochodem. W ciągu minionych tygodni łapał się niejednokrotnie na tym, że zamiast czytać, wspominał krótkie:”wpadłem na chwilę” znajomych. Z każdą wizytą był coraz bardziej zdumiony fantazją gości, której używali by wymyśleć choć trochę wiarygodny pretekst odwiedzin. Dla obu stron było jasne, że każdy, nawet najmniej wiarygodny argument był dobry, by zapytać: a co tam w pracy, żadnych nowości? Tak, jakby praca archiwisty była porównywalna z zimową wyprawą alpinistyczną, a obecność w odległej dzielnicy, gdzie nie było żadnych instytucji ani ważnych firm nie była w żaden sposób związana z jego pracą w archiwum „Urzędu. Często nie myślał o niczym innym. Chwilami podejrzewał siebie o natręctwo myślowe, pojawiające się niezmiennie od momentu, kiedy tramwaj chybocząc się na pokoślawionych torach i mijając stare zabudowania, wjeżdżał między bloki postawione w ostatnich latach. Szedł ścieżką wydeptaną wśród zdziczałych trawników. Chodził tędy od lat, tak jak wszyscy mieszkańcy osiedla. Patrząc na niego, odnosiło się wrażenie, jakby stawiał każdy krok z kocią ostrożnością. Nie był niespokojny, nie czuł się również zagrożony. Może w tej ostrożności tkwiły nawyki z czasu, kiedy był zaangażowany w działalność opozycyjną. Nie, żeby się bał, ale nie wiadomo było, czego można się spodziewać w szybko biedniejącej dzielnicy. Czasy, kiedy nowe mieszkanie, obojętnie jakie, nawet w wielkiej płycie było szczególnym dobrem, odchodziły. Wraz z nimi odchodzili wszyscy, których było na to stać. Osiedle niemal z dnia na dzień zbliżało się do europejskiego standardu satelitów z ich problemami społecznymi. Nie raz zastanawiał się nad przeprowadzką. Musiałby jednak sprzedać mieszkanie ze stratą. Choć każdy miesiąc zwłoki ją powiększał, to nie mógł ostatecznie zdecydować się na ten krok.

W pobliżu mieszkania nie dostrzegł żadnego znanego auta. Automatyczna sekretarka nie zarejestrowała zapowiedzi kolejnej, nadzwyczajnej wizyty. Herbata, ser i chleb, do tego kilka plasterków pomidora złożyły się jak zwykle na jego kolację. Połykał w pośpiechu. Wciąż to siadał, to wstawał i z niecierpliwością czekał na moment, kiedy będzie mógł wreszcie otworzyć teczkę, na której dominował czerwono-brunatny nadruk: ”Tajne społecznego znaczenia”. Niezręcznie odbity w górnej części, dodatkowo opisanej wykaligrafowaną sygnaturą. Dzisiaj wyniósł teczkę po raz pierwszy, ale wiedział, że jeśli wszystko pójdzie gładko, to nie po raz ostatni. Najważniejsze było w tej chwili sprawdzenie systemu bezpieczeństwa narzuconego przez Urząd. Na próbę wyniósł akta pod pazuchą swetra. Był pewny, że oficer odpowiedzialny za bezpieczeństwo akt, w swojej służbowej arogancji nawet przez moment nie będzie dopuszczał do siebie tej myśli, że w tak prosty sposób można wypożyczyć własność Urzędu. Kiedy dowiedział się o nowym projekcie archiwalnym, poruszył wszelkie znajomości by się tam dostać. Nie było to nadzwyczajnie trudne. W mieście nie było zbyt wielu fachowców i do tego godnych zaufania, na których lojalność można by liczyć w minimalnym chociażby stopniu. Kiedy po kilku tygodniach został oddelegowany, nie miał żadnego gotowego planu i nie wiedział dokładnie, w jaki sposób wykorzysta tę niecodzienną okazję. Usiadł do biurka. Na blacie nic nie leżało poza aktami: „Tajne społecznego znaczenia”. Sygnatura sprawy nie mówiła wiele, po za tym, że założono ją zimą, blisko osiemnaście lat temu. Była to jedna z pierwszych teczek i dotyczyła zupełnie nowego zjawiska, jakim była zorganizowana opozycja. Zawierała wyniki obserwacji potencjalnych przeciwników systemu i sprawozdania konfidentów. Choć poza rutynową analizą nie znalazł żadnych sensacji, to jednak większość materiału była oparta na raportach donosicieli i z tym wiązał swoje nadzieje. Zaskoczyła go skromność sieci i dyletanckie uwagi. Skoncentrował się na donosach ze środowiska akademickiego. „TW”: tajny współpracownik, to było to, czego szukał. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że w zasadzie każda sprawa i jej akta opierały się przede wszystkim na szpiclach. Z zamyślenia wyrwał go dzwonek do drzwi. Natarczywy i wciąż się powtarzający. Przerwał czytanie i nie wiedział, czy ma otworzyć. Nie chciał przerywać lektury. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że oświetlone okna wychodzą zarówno na ulicę, jak i na podwórze, i już dawno zdradziły jego obecność w domu. Nie miał wyjścia. Schował teczkę do biurka i poszedł otworzyć. Korowód gości i teczek przewijających się przez mieszkanie wydawał się nie mieć końca. Chwilami żałował zarówno przyjęcia propozycji, jak i tego, że ze zwykłej ciekawości, i dla nielicznych momentów satysfakcji powracał do czasu, który zdawał się być odległy o kilka historycznych epok, jakie dzieliły je od teraźniejszości. Pierwszego gościa przyjętego pierwszego wieczora, pamiętał to bardzo dokładnie, odnalazł w pierwszej teczce. Nawet nie zdziwił się za bardzo tą potrójną zbieżnością. Myślał wówczas tylko ze strachem: czy ta wizyta jest przypadkowa, czy może była to tylko intuicja konfidenta zagrożonego demaskacją? Teraz, z perspektywy minionych miesięcy, kiedy nic się nie zmieniło i środki bezpieczeństwa w pracy nie uległy zmianie, jest pewny, że ówczesna wizyta była tylko zbiegiem okoliczności. Takich przypadków było więcej. Zabiegali o przyjaźń. Był zapraszany na niedzielne obiady i wciąż wypytywany. Czy wie, że, a czy może słyszał o tym lub o tamtym. A czy może potwierdzić lub zaprzeczyć. Nigdy nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał. Nic nie wiedział i cierpliwie tłumaczył, że jest tylko archiwariuszem, a nie pracownikiem Urzędu. Nie miał dostępu do zawartości akt, a jeśli już, to w ograniczonym zakresie. Nie wydawało mu się aby był specjalnie przekonywujący. Powtarzał te same argumenty niczym katarynka. A i tak po kilku dniach, jakie mijały od złożenia wizyty, otrzymywał telefon, często w pracy i z tymi samymi pytaniami. Niekiedy były to pytania pełne troski i niepokoju o najbliższych, o znajomych lub rzekomych znajomych. Wreszcie tak ograniczył swoje kontakty, że stracił niemal wszystkich swoich przyjaciół, a krąg znajomych topniał z każdym dniem. Szukał wytchnienia w zajęciach nie mających nic wspólnego z jego pracą. Na koniec tygodnia wyjeżdżał za miasto tak daleko, jak tylko to było możliwe. Tak, aby wrócić dopiero w niedzielę wieczorem. Wątpił niekiedy w sensowność poszukiwań. Nie wiedział sam dokładnie, czego szuka i nie wiedział też, co znajdzie w aktach. Zagłębiał się w treść kolejnych teczek i wciąż poszukiwał zasadniczego wątku. Był przekonany, że taki musi istnieć. Nie jeden raz wydawało się jemu, że trafił na ślad – ten najważniejszy. Sam nie wierzył w to, co niejednokrotnie wyczytywał w aktach. Znajdował raporty i donosy, których treść wydawała się pochodzić z kiepskich powieści obyczajowych. Żałował w takich momentach, że dał się ponieść zawodowej ciekawości historyka. I tak, jak od początku ta sama ciekawość pchała go w krąg opozycyjnych znajomych, tak samo dał się skusić swojej badawczej pasji teraz. Wbrew swoim pierwotnym zamierzeniom musiał przyznać się przed samym sobą do tego, że w konsekwencji został zaliczony do jednego z nich: ludzi nowego systemu. Miał dostęp do tajnych informacji. Wprawdzie nie miały żadnego wymiernego znaczenia i w szybko przeobrażającym się społeczeństwie jego wiedza nie poszerzała wpływów. Nie też miał żadnych przywilejów, ale wciąż interesowali się nim lokalni działacze. Poruszał się w kręgach władzy i interesowali się nim ci, którzy do niej dążyli, i czuli się zagrożeni jego wiedzą Niektórzy spośród jego znajomych byli zdania, że stał się arogancki, a nawet niedostępny. Lecz były to opinie wypowiadane za jego plecami i nie znał ich. Sam bał się tego, że stałe grzebanie w przyszłości, wprawdzie należącej już do historii, spowoduje niemożność uwolnienia się od niej. Obawiał się niekiedy, że nie uwolni się od niej i zostanie przez nią pogrzebany, razem ze wszystkimi donosicielami, którzy wciąż przebiegają jemu przez drogę. Nie raz miał takie przekonanie, kiedy czytał lokalny dziennik. Wciąż miał wrażenie powtórnego uczestniczenia w wydarzeniach sprzed lat. Stawał przed pytaniami, do których nie był emocjonalnie przygotowany, do takich badań nie przygotowało go żadne seminarium naukowe. Chodził coraz bardziej przygarbiony i tracił dawną sprężystość kroku. Nadal był codziennie starannie ubrany i ogolony. Nie mógł nawet przez chwilę znieść myśli, że jego zewnętrzny obraz choć na chwilę ulegnie w walce z tłumem donosicieli. Każdego dnia uważnie przeglądał się w lusterku i równie pedantycznie wygładzał zmarszczki swetra, tak jak dbał o porządek w mieszkaniu. Prostując kołnierz koszuli, wciąż się marszczącej, pomyślał o nie skończonym korowodzie złamanych życiorysów. Nie załamał się nigdy, ale teraz bał się, że pozostanie na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
kompania honorowa — czytnik · opowiadania