Komedia · 37 min czytania
Koń by się uśmiał
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Tekst I{/b}
{b}Gawenda.{/b}
Dorzuć do ognia proszę, bo zmierzch już powoli nastaje, niech ciepło miłe, chłód z kości wypędzi, ja zaś ku radości i nauce, opowieścią Was uraczę. Na wstępie samym, trzeba mi, jako obyczaj każe, nisko pokłonić się szlachetnym adwersarzom, z którymi pojedynek ten na słowa toczyć mi przyjdzie. Ludzie to bowiem zacni w blasku sławy, jako ci królowie w płaszczach od złota i gronostaju kapiących, chadzający. Kłaniam im się przeto, ja ubogi, ciura, po same kolana, albowiem niżej nie mogę, gdyż kręgosłup z wiekiem ciut mi zesztywniał, a i murawa odrobinę przeszkadza.
Ale do rzeczy: O czym mówić mi przyjdzie, by uśmiech Wasz, przyjaciele drodzy wzbudzić? Wszak powiedział ktoś niesamowicie uczony, że komedię dobrą znacznie trudniej spłodzić, niźli łzawą tragedię, gdzie w trzecim akcie mowę pożegnalną wygłosić musi bileter, gdyż wcześniej niepomny autor uśmiercił już wszystkich bohaterów. Może o absurdach naszej polityki wspomnieć? O anty-krucjacie, miłościwie panującego prezydenta, czy zwartych szeregach dzielnych wojowniczek, drutami do robótek i laskami zbrojnych, a dumnie swe berety moherowe noszących? Niestety mamy tego na co dzień do przesytu, tak że całą śmieszność dawno utraciło i jeno żałosnym być się zdaje. Jest jednak postać która zawsze uśmiech pobłażliwy wzbudza. Jawi się przeto przed oczami mymi chudy chłopak, który potyka się na równej drodze, a co by nie zrobił, i tak zawsze wyjdzie nie tak jakby chciał. Jeśli umówi się na randkę, wsiądzie do niewłaściwego autobusu, a kiedy jakimś cudem na miejsce dotrze,miast uczucia swe wyznać, wybrankę swą obrazi. Potem obiją go przez pomyłkę jacyś obwiesie, a na dokładkę własny pies w łydkę dziabnie. Znajdziecie takiego pechowca właściwie we wszystkich, serwowanych nam tak choinie komediach romantycznych, a i tych nie całkiem romantycznych także. Słowem pisać będę o przysłowiowej Ciocie. Otóż drodzy moi, Ciota to nie chwilowa przypadłość, tego się nie leczy. Nie da się z tego wyrosnąć jak z brzydkiej, dziecinnej kurteczki, w którą rodzice ubierali nas z uporem zaprawdę godnym lepszej sprawy. Jest to raczej rola na całe życie. Osobnicy rzeczeni nie spadają z kosmosu, nie pojawiają się z wiatrem, są raczej pieczołowicie, atom po atomie, tworzeni przez tych z którymi przebywać im przyszło, a jest to proces złożony i żmudny. Wystarczy jednak tego i tak już przydługiego wstępu, niechaj przemówią fakty. Dzieciństwa swego wczesnego, jako i drobnych grzechów jego, nie pamiętam dziś już zbyt dobrze. Jednym z niewielu obrazów jakie gdzieś tam mi z okresu, jakże szczęśliwego pozostały, jest moja babcia nucąca coś pod nosem, oraz smak cukru zawiązanego w gałganek i wtykanego mi do rozwrzeszczanej gębusi, bym ją wreszcie zawarł. Kuracja ta była ponoć na tyle skuteczna, że uciszała mnie wprawdzie, ale tylko na czas, dopóki z zawiniątka owego, całej słodyczy nie wyciamkałem, gdyż potem koncert zaczynał się od nowa. Innym z zapamiętanych szczegółów są źle oheblowane deski stołu widzianego od spodu, dziesięć cali od własnego nosa. Wstawiano mnie pod mebel ten szlachetny, wraz z kołyską, dla ochrony od much. Owady te w owych czasach, ze względu na bliskość obory, szczególnie obficie obrodziły. Gdy nieco już podrosłem, ono podstole nadal było uwielbianym miejscem mych zabaw. Można więc powiedzieć zgodnie z historyczną prawdą, że pod stołem byłem chowany. Ze szczenięcego okresu swego żywota zapamiętałem ponadto wielgachne, bure kocisko które robiło za coś w rodzaju żywego pluszaka, wiecznie pachnącego sianem, oraz z przeproszeniem waszym, psią dupę. Widywałem ją w pewnym okresie rozwoju swego nader często, gdyż trzymając się uczepionego do niej ogona poznawałem trudną sztukę chodzenia. Pies był stary, mądry i nad wyraz spokojny, miał jednak nieco przykry zwyczaj częstego puszczania gazów. Zwierzęta były ze mną odkąd pamięć moja sięga, bywały dla mnie często znacznie lepsze od ludzi, dlatego krzywda im wyrządzana wydaje mi się tym bardziej ohydna. Tak upływał początek życia mego, urozmaicany na przemian a to wpadnięciem do balii z deszczówką, a to przysypaniem przez spadający z dachu śnieg, czy bliskim spotkaniem z drzwiami od stodoły po którym nawiasem mówiąc mam nos bardziej miękki niż reszta ludzkiej populacji. Wyłączając oczywiście zawodowych bokserów. Objawiałem podówczas szczególne talenta muzyczne będące zmorą rodzicieli moich jak i sąsiadów. Otóż gdzieś, chyba na parafialnym odpuście, ujrzałem blaszany bębenek, malowany w krzykliwe niebiesko – czerwone trójkąty, i tak się nim zachwyciłem, że postanowiłem zostać doboszem. Wystarczyło pozostawić na chwilę bez opieki puste wiadro lub garnek, by zmienił się magicznie w instrument muzyczny, w który tłukłem zapamiętale, aż odpadała polewa. Potem zaś rytmem równym acz nieco gwałtownym trzepano moje siedzenie, w ramach kary za zniszczenie powyższego naczynia Dawać o sobie znać poczęły również moje inżynierskie skłonności. Na brukowanej, nierównej drodze przed mym siedliskiem, stały po każdym deszczu duże, błotniste kałuże. Tam, odziany w gumowce prowadziłem zakrojone na szeroką skalę prace melioracyjne. Wykonywałem szufelką do węgla przekopy, sypałem groble, drenowałem dno rozlewiska. Kałuże leżały jednak dość głęboko, przez co, ku wielkiej mej rozpaczy prace te nie przynosiły skutku, chwytałem więc poobijany garnek i w akcie ostatecznej desperacji przelewałem błoto z jednej do drugiej kałuży. Obydwie one jednak łączyły się kilkanaście metrów dalej, co powodowało że zabawa mogła trwać w nieskończoność. Tak biegło dzieciństwo me wczesne, żeby jednak obrazek ten nie był nadmiernie różowy, dusza moja doznawała również i przeraźliwych strachów. Należał do nich przede wszystkim odkurzacz, którym dręczył mnie ustawicznie starszy, cioteczny brat. Czemu bałem się tego niczemu przecież niewinnego sprzętu gospodarstwa domowego, nie pamiętam. Przypominam sobie jednak , że uciekałem wówczas cały zapłakany i chowałem w zakamarku między piecem a szafą. Inną zmorą wystawiającą mą kilkuletnią odwagę na poważną próbę, były straszny gąsior wespół z upiornym kogutem. Przeklęte te stworzenia czyhały bym tylko, udając się do wychodka, przekroczył furtkę inwentarskiego obejścia, wtedy rzucały się na mnie ze swymi dziobami i pazurami. Walki te kończyły się zazwyczaj siniakami i zadrapaniami, a bywało że i pełnymi spodniami. Beztroskie lata jednak mają to do siebie, że szybko mijają i na rozbrykaną mą duszę nałożono wreszcie kaganiec oświaty. W pobliskim miasteczku działały podówczas dwie szkoły podstawowe. Jedna, ta lepsza, przeznaczona była w zasadzie dla dzieci z miasteczka, ta druga Zbiorczą Szkołą Gminną zwana, przyjmowała całą pozostałą, z wiosek okolicznych pozbieraną hałastrę. Oczywiście trafiłem do tej drugiej. Wraz z gromadą trzydziestu ponad urwipołciów, z których jeno osiem okazało się później dziewczynkami. Usadzono nas przeto w ławkach, tych starych jeszcze, z pochyłym blatem i dwuosobowym siedziskiem, i poczęto nauczać mądrości wszelkich. A to trudnej sztuki pisania, a to znów rachowania patyczków, jabłek, śliwek, czy czego tam jeszcze popadło. Pech mój dał o sobie znać już w pierwszych szkolnych dniach, gdy będąc dyżurnym wycierałem na przerwie tablicę z pierwszych koślawych jeszcze liter, stawianych przez nas z mozołem na lekcji. Z perspektywy tej, pośród splendoru plansz ściennych, gustownie przybranych jesiennymi liśćmi, oraz mozaiką literek i liczb już przez nas poznanych, dojrzałem nader interesujący przedmiot stojący na szafie, a wabiący mnie swymi obłymi kształtami i lśniącym pięknym granatem wnętrzem. Postanowiłem więc jak najszybciej poznać jego tajemnicę. Przystawiłem sobie przeto krzesło, i po półkach wspiąłem się do góry. Wyprężony jak struna, stojąc na palcach już dosięgałem onego magicznego przedmiotu, gdy ten zakołysał się zdradliwie i przewrócił, oblewając mnie od głowy do stóp kaskadą granatowego płynu. Okazał się bowiem dużą butlą atramentu, zatkaną lekko szklanym korkiem. Przestraszony spadłem, zagarniając po drodze pokaźną stertę elementarzy, oraz kolekcję plastelinowych dziwadeł, które spłodziliśmy gremialnie przy pomocy naszej pani dnia poprzedniego i klapnąłem siedzeniem wprost w świeżo powstałe niebieskie jeziorko. Widząc ogrom powstałych zniszczeń, uczyniłem jedyną rzecz na jaką mogłem się zdobyć i począłem beczeć głośno, a rzewnie. Tak też zastała mnie nasza pani nauczycielka. Anioł ów dobroci podjął mnie delikatnie z podłogi i powiódł do łazienki. Sporo wody upłynęło w umywalce zanim doprowadzony zostałem do jako takiego stanu używalnego. Zasadniczo klasa jako zbiorowość, mimo usilnych starań nauczycieli, rządzi się swoimi prawami. By zajmować w jej rankingu wysoką pozycję, trzeba być silnym, szybkim, zwinnym i najlepiej pluć na odległość. Za moich szkolnych czasów należało ponadto znać osiągi jak największej liczby marek zagranicznych samochodów i mieć kieszeń pełną kapsli, szczególnie tych z przezroczystą „koszulką”. Było też odpowiednie stanowisko dla kogoś kto żadnego z tych przymiotów nie posiadał. Najmniejszego, najsłabszego, uzbrojonego jedynie w odrobinę intelektu, i taką dozę instynktu samozachowawczego, która pozwala mu przeżyć w szkolnej dżungli, gdzie tylko kameleonia umiejętność kamuflażu chroni go od szykan i upokorzenia. Stanowisko to niechlubne, pogardzane przez wszystkich to „oferma klasowy”. Ofermę można wyśmiać, popchnąć, zrobić mu niewybredny kawał, bo przecież się nie „postawi”. Najbardziej jednak upokarzające było chyba, gdy na lekcji wychowania fizycznego czekałem, aż zostanę wybrany do drużyny.. zawsze jako ostatni, zawsze jako to przysłowiowe, piąte koło u wozu. Gumowe szelki, i idiotyczny granatowy berecik z antenką, w które z uporem maniaków, zapobiegliwie ubierali mnie moi rodziciele, też sprawy bynajmniej mi nie ułatwiały. Przecież jednak musiałem sobie radzić, jak te najmniejsze leśne zwierzątka, zbyt małe i słabe by walczyć. Musiałem być sprytny. Tak więc odgryzałem się jak umiałem. Wkładałem moim prześladowcom węgiel do tornistrów, podkładałem pinezki na siedzenie, smarowałem ławki kredą lub klejem, ale popisowym numerem, kwintesencją, i samą słodyczą zemsty, było jednak coś innego. Pewnego ślicznego, wiosennego poranka, jeden z mych najzajadlejszych prześladowców szedł sobie na szkolny autobus skrótem przez łąki. Ujrzawszy na ścieżce niczemu niewinną puszkę, wyobraził sobie zapewne, że jest na słynnym barcelońskim stadionie. Ostatnie minuty meczu, jemu przypada w udziale wykonanie rzutu karnego, tylko on i bramkarz. Podbiega do piłki, publiczność zamiera w oczekiwaniu, oddaje piękny strzał.... Puszka ani drgnęła, za to on aż usiadł z głuchym jękiem trzymając się za stopę. Blaszanka bowiem nadziana była na dość gruby palik, który wbiłem na ścieżce pod osłoną nocy. Dość długo potem, nawet oryginalnej skórzanej piłce na boisku przyglądał się podejrzliwie, a wszelkie puszki omijał szerokim kołem. Tak, moi uzdolnieni piłkarsko koledzy uwielbiali kopać każde pudełko lub puszkę, ja zaś uwielbiałem zostawiać je na ich drodze... uprzednio włożywszy w nie odpowiednio ciężki kamień. Skutek zawsze był piorunujący, zważywszy że wówczas, zazwyczaj nosiło się trampki. Miałem oczywiście chwile chwały, swoje pięć minut, kiedy udawało mi się dokonać czynów niedostępnych dla klasowego ofermy. Nie pamiętam o co wtedy poszło. Może coś dziobem nieopatrznie kłapnąłem, albo wydał się jakiś paskudny dowcip, w każdym razie podpadłem samemu Geronimo, a trząsł on wówczas całą naszą klasą. Duży był i silny, sięgałem mu zaledwie pod muskularne ramię. Uciekałem, kryłem się gdzie mogłem. W pracowni technicznej w szafie z narzędziami, za szkieletem w biologicznej, czy wreszcie w kotłowni u mistrza Banasika. Film akcji dało by się zapewne nakręcić. Wybiegałem z klasy tuż za nauczycielem, siedziałem w kryjówce jak mysz pod miotłą i starałem się wracać po dzwonku, na tyle próżno by lekcja już się zaczęła. Wolałem bowiem gorzkie słowa belfra, niż tęgi łomot. Karkołomna to była ekwilibrystyka, nie mogła jednak trwać wiecznie. Dopadli mnie w kącie między salą od polskiego a łazienką, zaszczutego jak zwierzę w potrzasku. Otoczyli szczelnym półkolem i czekali w przeczuciu świetnej zabawy. Jednak tym razem dane im było podziwiać zupełnie inne widowisko. Jak owe najmniejsze, stworzenia, zapędzone w pułapkę bez wyjścia, stają w ostatecznej desperacji do walki z wielokroć silniejszym drapieżnikiem, tak i ja wypiąłem swą wątłą pierś i spojrzałem przeznaczeniu głęboko w przekrwione ślepia. Gdy wielka pięść zbliżała się do mojej twarzy, umysł mój zdążył wyświetlić mi przed oczyma wszystkie co szczęśliwsze sceny krótkiego żywota. Szczęściem nie poprzestał jedynie na owej projekcji. Wysłał do mięśni szybką serię impulsów które spowodowały że skuliłem się, a cios trafił w litą ścianę. Gero złożył się z bólu jak scyzoryk, ściskając potłuczoną dłoń między udami, ja zaś wiedziony jakimś tajemnym instynktem, chwyciłem stojący obok wiklinowy kosz na śmieci i błyskawicznym ruchem nadziałem na wraży łeb przeciwnika. Rozległ się wściekły ryk, ogryzki oraz papierki posypały się wokół gdy osiłek zrzucił z siebie owo sromotne nakrycie głowy i począł rozglądać się za mną cały czerwony, dysząc żądzą mordu. Mnie jednak już tam nie było, wymknąwszy się w ogólnym zamieszaniu, gnałem ile sił w nogach, byle dalej. O dziwo, po tym incydencie Geronimo darował mi życie... Druga „akcja” była już bardziej brzemienna w skutki. Lekcje języka rosyjskiego miała w klasie siódmej niejaka pani Zofia. Kobieta niska wprawdzie, ale tęga niepomiernie, tak że na pewno łatwiej by ją było przeskoczyć niż obejść wkoło. Nikt jednak nie próbował tej sztuki, gdyż groza jaką budziła, przekazywana z uczniowskiego pokolenia na pokolenie, mroziła krew w żyłach nawet tych najbardziej mężnych. Miała bowiem we zwyczaju złapanego na jakimś przestępstwie nieszczęśnika ciągnąć boleśnie za uszy, lub wymierzać „łapę” długim, dębowym wskaźnikiem. Przyrząd ten katowski, spoczywał zwykle zatknięty za rurkę od grzejnika i wzbudzał dreszcz przerażenia w najtwardszych nawet sercach szkolnych zakapiorów. Dziecięciem będąc spokojnym i z natury bojaźliwym siedziałem sobie cichutko w przedostatniej ławce, obawiając się nawet głośniej odetchnąć, gdy padło owo straszne pytanie: - Kto tam gada ?! Wszyscy zastygli w bezruchu, a jeden z moich prześladowców najgorszych, gadzina śliska i wredna, wskazał na mnie swym paluchem kłamliwym. - Choć do mnie synku – zagruchała jadowicie Rusycystka. Dobywając jednocześnie zza grzejnika narzędzie straszliwe. Pogładziła twarde dębowe drewno pieszczotliwie, ukazując w uśmiechu inkrustowane złotem na rosyjską modłę, zęby. Dźwignąłem się na struchlałych przerażeniem nogach. Każda zdawała się być nalana ołowiem, tak że ledwie mogłem je posuwać, słaniając się, jak skazaniec idący na szafot, wśród cichych jak powiew szeptów klasy. Pewien jestem że w ostatnich ławkach robiono dyskretnie zakłady czy się rozbeczę. Była to praktyka zwyczajna w takich przypadkach, bowiem dobrze wymierzona „łapa” niczym madejowe łoże zeznania, nawet twardzielom wyciskała łzy z oczu. Uderzyłem swego Judasza przenikliwym a potępiającym wzrokiem, który trupem na miejscu winien go położyć, ale on miast tego gębę swą jeno w bezczelny uśmiech przyoblekł, czekając na zgubę mą ostateczną. Wędrówka pomiędzy ławkami nie mogła trwać przecież wiecznie i stanąłem wreszcie, blady jak chusta, na miejscu kaźni, obok nauczycielskiej katedry. Złowiłem jeszcze przelotne, współczujące spojrzenie którejś z wrażliwszych dziewcząt i wyciągnąłem bezbronną mą dłoń. Pani Zofia chwyciła ją drapieżnie, przymierzyła narzędzie tortury i wzięła potężny zamach. Kij już rozpędzał się świszcząc złowrogo w powietrzu, gdy jakaś mniej struchlała cząstka mego umysłu, pracując najwyraźniej w trybie awaryjnym, wysłała znów serię impulsów do właściwych mięśni. Kij uderzył z niemiłym plaśnięciem. Rozległ się stłumiony syk bólu. Ale to nie moja ręka puchła teraz powoli. Okrutna Rusycystka patrzyła z niedowierzaniem na swoją, nabierającą śliwkowej barwy dłoń. „Jak ten pędrak miał czelność uciec przed każącą ręką sprawiedliwości”. Patrzyła, myślała, a twarz jej pąsowiała niebezpiecznie. Wreszcie rozwścieczona do granic możliwości, chwyciwszy mnie za ucho, wywlokła z klasy i ciągnąc tak przez cały długi korytarz, zawlokła do wychowawcy. Szczęściem sprawa rozeszła się po kościach. Wychowawca, kiedy już zostaliśmy sami, pokiwał tylko głową ze zrozumieniem i kazał na lekcję wracać. Tak udało mi się wymierzyć „łapę” samej pani Zofii. Chodziłem w glorii czas jakiś, choć nadszarpnięte ucho bolało znacznie dłużej. Cóż, jest wojna, są ofiary. Uczyłem się dobrze, no może nie aż tak żeby starczało na świadectwo z osławioną biało-czerwoną obwódką, ale też pierwszego dnia wakacji nie pojawiał się czerwony pasek na moim zadku. Powiedzmy że mieściłem się gdzieś w granicach mocnego cztery i pół. Dziwnie może to zabrzmi, ale uczyłem się z nudy. Mieszkałem przecież na końcu świata, przyjaciół specjalnie nie miałem, no bo kto chciałby przyjaźnić się z klasową ofermą. Nie samą nauką jednak w latach szkolnych człowiek żyje. Miałem przecież na tyle poczucia honoru, albo jak kto woli, instynktu samozachowawczego, by nie włóczyć się jak ta ostatnia sierota, za mymi wyżej w towarzysko szkolnej hierarchii sytuowanymi „kolegami”. Mój cioteczny brat był elektronikiem, znaczy pracował w punkcie RTV, a po godzinach dorabiał sobie domowymi naprawami telewizorów. Kto jeszcze pamięta te czarno-białe odbiorniki, wie że psuły się nawet od krzywego spojrzenia. Siedząc tedy z ciotecznym, bo rodziciele pracowali i wracali dość późno, bawiłem się lutownicą, przewodami i wszelkim elektronicznym śmieciem. Któregoś razu brat z niejakim zdziwieniem odkrył, że moje luty są ładniejsze i precyzyjniejsze od jego, a i z pozostałymi narzędziami radzę sobie całkiem elegancko i postanowił zaprzęgnąć mnie do pracy. Diagnozować wprawdzie nie umiałem jeszcze, ale jeśli powiedział mi co mam wymienić, nie stanowiło to dla mnie problemu. Nabywszy zaś nieco doświadczenia, sam zacząłem naprawiać radia okolicznym mieszkańcom, zarabiając w ten sposób na swe kieszonkowe. Drugim źródłem dochodu, stał się, gdy już nieco podrosłem, mieszczący się opodal tartak. Prowadził go emerytowany konstruktor mechanik, i szczęśliwy, że znalazł pojętnego słuchacza, uczył mnie mechaniki. Mając lat niespełna czternaście, znałem już dokładnie obsługę tak zwanego „gatru” i pracowałem na nim pod okiem właściciela, który w tym czasie ostrzył piły, albo zajmował się papierkową robotą. Praca ze…