Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

muzyka · 18 min czytania

Koncert Beethovena

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był koniec października 2007 roku. Orkiestra symfoniczna “Alexandria” z północnej Virginii zaprosiła mnie jako solistę na wykonanie trzeciego Koncertu fortepianowego Beethovena. Orkiestra ta była lokalną inicjatywą w Alexandrii, miasta położonego koło Waszyngtonu. Orkiestra ta składała się z profesjonalistów i lokalnych amatorów, a zespołem kierował niestrudzony lokalny animator życia muzycznego, Stan Rowan. Koncert miał się odbyć w niedzielę o godzinie piętnastej w kościele anglikańskim św. Piotra i Pawła w Alexandrii. Przyjechałem pociągiem z Connecticut w czwartek późnym wieczorem. Na dworcu w DC czekał na mnie Stan. Odwiózł mnie do mojego lokum. Na te kilka dni miałem do dyspozycji willę w miasteczku Bethesda w stanie Maryland. Byłem zmęczony i poszedłem natychmiast spać. Następnego dnia rano w pustym domu znalazłem ekspres do kawy, mleko, banany i jakieś płatki owsiane. Ćwiczyłem na pięknym Steinwayu w salonie. Około południa przyjechał Stan, przywiózł na lunch smaczne kanapki i sok pomarańczowy. Pojechaliśmy na próbę do Aleksandrii. Orkiestra grała nieźle, ale było jeszcze wiele miejsc, które musieli poćwiczyć sami, beze mnie. Posłano mnie do sali chóralnej i tam dalej sobie ćwiczyłem. Mieliśmy jeszcze próbę w sobotę, a potem w niedzielę przed koncertem planowaliśmy przegrać całość. Jak zwykle, wiele rzeczy było robionych na ostatnią chwilę. Muzycy są zawsze okropnie zajęci, i często są zaangażowani w co najmniej pięć różnych przedsięwzięć na raz. W drodze powrotnej do Bethesdy Stan zapytał się jak mi się spało. Owszem, po długiej podróży spało mi się dobrze. Dom był ogromny, z trzema sypialniami z łazienkami oraz z dwoma garażami. Z tyłu miał ogromny taras i dużo zieleni. Z domu nie widać było żadnej innej posesji. Nie można było stamtąd nigdzie pójść pieszo i zawsze czułem się w takich sytuacjach uwięziony. Stan dyskutował stan finansów swej orkiestry oraz jak trudno było mu znaleźć na nasz koncert waltornistę. Powiedział mi też, jakby od niechcenia, że właściciel domu, w którym mieszkam, pan George, członek rady nadzorczej orkiestry, zmarł na zawał serca przedwczoraj, u siebie w domu. Stan ustalił z nim już we wrześniu, że mam się u niego zatrzymać i ćwiczyć. Rodzina zmarłego nie miała też żadnych przeciwskazań. Było już ciemno. Po szybkiej kolacji w jakiejś lokalnej restauracji Stan podrzucił mnie do domu. Miał mnie znowu odebrać następnego dnia w południe. Był już wieczór. Na zewnątrz było mokro i zimno, z okien widziałem kołyszące się na wietrze czarne konary drzew. Byłem sam w tym ogromnym domu. Nie chciałem już ćwiczyć, więc zrobiłem sobie herbatę. W salonie było kilka gazet i magazynów, leżały też nadsyłane przez pocztę katalogi i kilka rachunków do zapłacenia. Była też pokaźna kolekcja płyt kompaktowych. George lubił muzykę symfoniczną z epoki romantyzmu. Na ścianach wisiały dziewiętnastowieczne miedzioryty z Niemiec: Stuttgart, Monachium, Hamburg, Heidelberg. W samym salonie wisiał na ścianie wielki współczesny abstrakcyjny obraz ze spokojnymi kolorami. Na stole stał pusty wazon, może ktoś właśnie wyrzucił stare kwiaty. Dom był pusty i cichy. W zlewie było kilka nieumytych talerzy i kubków, a w lodówce sery, mleko, warzywa, jogurt, marmolada, jajka. Na lodówce magnesy z wycieczek do Grand Kanionu, Chicago, San Francisco oraz adresy do lokalnego elektryka i naprawy samochodów. Na stole w kuchni były banany, jabłka, winogrona i pomarańcze. Było oczywiste, że ten kto tu mieszkał nie zamierzał nagle umrzeć. Na stoliku przy telewizorze leżała książka „The Zookeeper’s Wife” Diany Ackerman z zakładką na stronie 87, ta wojenna historia Antoniny Żabińskiej z warszawskiego zoo. Książka była wypożyczona z lokalnej biblioteki. Termin zwrotu upływał w poniedziałek. Dom był ogromny. Stan ulokował mnie w sypialni na parterze. Z ciekawości wybrałem się więc na wycieczkę na górę. Były tam dwie sypialnie i dwie łazienki. Jeden z pokoi należał pewnie do syna pana George’a, który już tu nie mieszkał. Na ścianach wisiały bowiem plakaty sportowców i zespołów muzycznych z lat dziewięćdziesiątych, stało tam też biurko do odrabiania lekcji i kilka tuzinów magazynu National Geographic z lat 1989-1995. Na ścianach wisiały zdjęcia. Na jednym był młody dzieciak w stroju do bejsbola a na innym uśmiechnięty młodzieniec na uroczystości ukończenia studiów w Georgetown University. Był też oprawiony dyplom. Matthew McCarthy otrzymał go w 1994 roku, w dziedzinie politologii. Nie wchodziłem już do innych pokoi, czułem się intruzem, a zewsząd ziała na mnie pustka i kompletna cisza, taka cisza jaka nastaje, gdy ktoś nagle wyjdzie z domu. Na parterze spojrzałem na drzwi w kuchni prowadzące do piwnicy. Pod parterem była ogromna piwnica, pewnie tam był stół do ping-ponga, pralnia, pokój telewizyjny, zamrażarki, warsztat oraz miejsce na rzeczy niepotrzebne. Bałem się tam pójść. Wyobrażałem sobie, że spadnę ze schodów i znajdą mnie za kilka dni. Inne drzwi w kuchni prowadziły do garażów. Postanowiłem nie zwiedzać już więcej tego domu, lepiej mi było trzymać się utartego szlaku, „mojej” sypialni, łazienki, kuchni i salonu z fortepianem. Przypomniałem sobie nagle o Beethovenie i wszystkich tych miejscach, które miałem następnego dnia jeszcze doćwiczyć. Około godziny dwudziestej trzeciej poszedłem do łóżka. Zostawiłem w salonie zapalone światła, zawsze potwornie bałem się ciemności. Zapaliłem też światła przed domem. Próbowałem kontynuować zaczętą w pociągu „Martę” Orzeszkowej, ale nie mogłem się skoncentrować. Moje myśli ciągle wracały to tego, że przedwczoraj ktoś w tym domu zmarł. Gdzie zmarł? W którym pokoju? Może w salonie koło fortepianu, może na górze, a może w tym pokoju, w którym próbuję zasnąć? Kiedy zabrano ciało? Kto je znalazł? Czy George długo się męczył sam w domu zanim zmarł? Może próbował do kogoś dzwonić? Czy zmarł po śniadaniu, a może zaraz po obudzeniu się? A może wieczorem po kolacji? Czy oglądał sobie po prostu jakiś film w telewizji i nagle zmarł? Czy przyjechał ambulans? Około północy dałem spokój „Marcie” i zgasiłem światło, ale zostawiłem drzwi otwarte by trochę światła wpadało z salonu. W domu czasem słychać było automatycznie włączane i wyłączane co kilka minut ogrzewanie, do moich uszu docierał też hałas lodówki. Na dworze co chwilę wiał listopadowy wiatr, słychać było pomiatane nim liście, czasami gałęzie uderzały głucho w ściany domu. Schody jak to schody, owszem czasem skrzypiały, ale nie za bardzo. Poza tym dominowała kompletna cisza, która zaczęła mnie paraliżować. Jak zasnąć chcąc jednocześnie czuwać? Amerykańskie domy nie mają płotów i ogrodzeń, każdy mógł w każdej chwili zapukać do drzwi. Poszedłem do łazienki a następnie do salonu, napiłem się po drodze wody z kranu. Nie chciałem już patrzeć do lodówki na to, co kupił sobie przed śmiercią George. Włączyłem telewizor. CNN dyskutowało poczynania armii amerykańskiej w Afganistanie i Osamę bin Ladena. Zacząłem się martwić czy w ogóle zasnę. Miałem rację. Niestety, roztrzęsiony myślami o zmarłym i o pustym domu, zasnąłem dopiero koło godziny szóstej rano, gdy na dworze słychać już było przejeżdżające samochody. Ludzie jechali do pracy. Wstałem po dziesiątej i spojrzałem w lustro - wyglądałem jak upiór. Była sobota. Po południu miałem mieć próbę z orkiestrą, a poranek miałem dla siebie. Śniadanie zjadłem w salonie, patrząc na rozległy trawnik z tyłu posesji, pełen mokrych lśniących jesiennych liści. Czułem się dziś kiepsko, ale pocieszałem się, że koncert był dopiero jutro, więc była jakaś szansa by wypocząć. Wziąłem prysznic, trochę się pod prysznicem bałem, że mnie ktoś napadnie. Jest wiele amerykańskich filmów które się właśnie tak zaczynają, tylko musiałbym jeszcze być piękną kobietą. Już zasiadałem do fortepianu, gdy usłyszałem hałas przy wejściu. Do domu weszła starsza elegancka kobieta, nie przedstawiła się, wspomniała tylko ze smutnym uśmiechem na ustach, że przyszła, by szybciutko zabrać parę drobiazgów. Miała klucze do domu, nie było powodu kwestionować jej obecności. Poszła szybkim krokiem na górę, a ja stałem w salonie zastanawiając się kto to może być. Siostra? Była żona? Może obecna kochanka? Do tego domu mógł w każdej chwili przyjść każdy i powiedzieć mi cokolwiek. Nie byłbym w stanie nikogo zatrzymać przed splądrowaniem całej posesji. Wyszła bezszelestnie i bez słowa po kilku minutach. Ćwiczenie mi dziś zupełnie nie szło. Po nieprzespanej nocy moje palce były sztywne i w całym ciele nie czułem żadnego przepływu krwi, a mój mózg pracował na zwolnionych obrotach. Próbowałem się gimnastykować, ale nic to nie pomagało, wręcz odwrotnie, od gimnastyki zakręciło mi się trochę w głowie. Przy wszystkich fortach i fortissimach czułem, że wysiłek fizyczny by je osiągnąć był tego dnia dużo wyższy niż zazwyczaj. Łatwo się dziś męczyłem. Pamiętałem jeszcze z lat studenckich, że ilekroć jechałem do Warszawy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%