Inne · 16 min czytania
Koneser
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Była naprawdę oszałamiająca. Nie żałował już, że zgodził się na rozmowę. Na dobrą sprawę, przed podjęciem tak ważnej decyzji, musiał zobaczyć ją z bliska. Na żywo. Umówili się u niego w domu. Przyjechała punktualnie. Siedziała teraz naprzeciw niego, krzyżując w kostkach smukłe nogi. Szczupłe palce splotła na obudowie dyktafonu. Horacy chętnie znalazłby się na jego miejscu.
- Powiem szczerze, że inaczej wyobrażałam sobie pański dom. - To znaczy? - Nie chciałabym, żeby to zabrzmiało impertynencko. – Wyraz jej twarzy mówił, że raczej nie przyprawiłoby jej to o ból głowy. – Ale spodziewałam się, że wystrój będzie mniej chaotyczny. Bardziej uporządkowany… Przez moment jakby rzeczywiście się zawahała. Na chwilkę. Nie zostaje się gwiazdą dziennikarstwa hołdując staromodnym zasadom grzecznej żurnalistyki. Horacy uśmiechnął się dobrodusznie, ale też z pewnym rozczarowaniem. Spodziewał się po niej większej lotności. Słyszał już tyle razy podobne opinie. - Oczekiwała pani usystematyzowanej kolekcji? Nie jest pani pierwszą. To nie muzeum. Mam swoiste poczucie estetyki. Bardzo swoiste. Tworząc swoją kolekcję hołdował tylko jednej zasadzie. Wszystko co umieszczał w swoim domu musiało mieć ten trudno uchwytny i niepowtarzalny sznyt piękna. Tak. Horacy był zakochany. Głęboko, nieodwracalni i … szczęśliwie. Był zakochany w pięknie. W każdej jego postaci - Żaden, choćby najsławniejszy, projektant wnętrz nie ma tu nic do gadania. Sam decyduję co, gdzie i jak ma być eksponowane w moim domu. Teraz naprawdę się zmieszała. - Nie chciałam pana urazić. To prawda, że spodziewałam się większego porządku, ale jestem otwarta na pańskie argumenty – szybko odzyskiwała pewność siebie. Horacy spoglądał na nią z sympatią. Nie poddawała się. Podobało mu się to. Może jednak rozmowa nie będzie tak banalna, jak to zwykle bywało w takich sytuacjach. - Nie jestem wielbicielem jednego stylu, czy wykwitów konkretnej kultury. Zbieram to, co uważam za piękne. Bez względu na kontekst i aktualne tendencje. Faktycznie. Wystarczyło popatrzeć na umeblowanie salonu. Wokół obdarzonego pojedynczą nogą biedermeierowskiego stołu, stały krzesła zarówno w stylu Ludwika IV, XV, jak i empirowe. Na ścianie wisiał, wyglądający na autentyczny, papirus z fragmentami Księgi Umarłych, a na secesyjnym stoliku obok etruskiej urny stała chińska waza z epoki Qing. Miszmasz. Na pewno nie było tu żadnej harmonii, ale też nie można było powiedzieć, że panował nuworyszowski przepych. Za to z pewnością wszystkie zgromadzone przedmioty były skończenie piękne.
Usta. Miała wargi niczym Nefretete na berlińskim popiersiu. Idealnie wykrojone, namiętnie napuchnięte, z kącikami opuszczonymi w ironicznym grymasie. Piękne.
- Niech i tak będzie. To teraz może z innej beczki. Co pana skłoniło do tak hojnego daru? – wygięła wargi w jeszcze bardziej sarkastycznym, niż do tej pory, uśmiechu. - To wynika pewnie z mojej kolekcjonerskiej filozofii – sztampa, banał, schemat. Znowu był nieco rozczarowany. Nadal liczył na oryginalniejsze pytania. – Nie jestem typem nałogowego zbieracza gromadzącego wszystko jak leci, byle więcej. Kolekcja musi żyć. Jeśli znajduję dzieło w swoim rodzaju piękniejsze i bardziej do mnie przemawiające od dotąd posiadanego, zastępuję go nim. Te, których się pozbywam przekazuję instytucjom publicznym. To dziedzictwo całej ludzkości i jak najwięcej ludzi powinno mieć do nich dostęp. Uśmiechnęła się powątpiewająco. Teraz chyba z kolei ona uznała jego słowa za wyświechtany banał. - O ile mi wiadomo nie wszystkie są darowizną… Wokół delikatnego noska dziewczyny zaczaiła się mała gromadka piegów. Próbowała ją przegonić lekką warstwą fluidu czy pudru. Niepotrzebnie. Taka urocza czeredka… - Moja droga, w końcu jestem marszandem. Żyję z handlu sztuką. Zapewniam panią, że jeśli już sprzedaję, to po okazyjnych cenach, na które te placówki absolutne stać. Poza tym nie jestem instytucją całkiem charytatywną. Moje hobby nie zarabia, a do najtańszych nie należy. Poprawiła włosy wdzięcznym ruchem. Horacy już wiedział, że stosowała ten gest, gdy próbowała się skupić.
Część 22 / 2
Włosy. Złocisto-pomarańczowe pasma związała w niedbały z pozoru kok. Z pewnością wiedziała, że w ten sposób najlepiej wyeksponuje linię szyi. Niesforne kosmyki wymykały się ze splotu, opadały miękko na policzki i ramiona.. W takich pewnie włosach zakochał się Tycjan. Horacy w pełni go rozumiał. Czy to naturalny kolor? Z pewnością. Żadna farba nie dałaby takiej głębi. Piękne.
- Niektórzy zarzucają panu, że pociąga pana tylko blichtr i powierzchowne efekciarstwo. Nie interesuje pana głębsza, ukryta wartość dzieła. Próbowała go sprowokować. To dobrze. Zauważył nad jej lewą brwią maleńką bliznę. Prawie niewidoczną dla mniej uważnego obserwatora. Czy psuła końcowy efekt? Chyba nie. Nie ma dzieł idealnych, a i te zbliżone do perfekcji mogą ulec defektowi. -Tak jak większości ludzi. Czy zna pani średniowieczną łacinę? Nie? Tak myślałem. A przecież nie powie pani, że napisany gotycką teksturą, iluminowany przepysznie manuskrypt nie jest piękny, prawda? Mimo, iż nie ma pani pojęcia o jego treści. Być może jest kompletnie bzdurna i bezwartościowa. Pokiwała głową jakby nie do końca przekonana. Horacy uśmiechnął się wyrozumiałe. - Inny przykład. Jest pani olśniewająco piękną kobietą. Czy niewiedza o pani wnętrzu albo charakterze, stanowi dla przeciętnego mężczyzny przeszkodę w podziwianiu tej urody? W próbie zawarcia znajomości, lub chociaż snuciu płonnych fantazji? Nie wyglądała na przytłoczoną usłyszanymi komplementami. Skwitowała je lekkim uśmiechem, jakby na potwierdzenie ich oczywistości. Horacy nie był tym zaskoczony. Dusery zbyt często słyszane powszednieją. Ta kobieta z pewnością nie mogła narzekać na ich niedosyt. Co innego on. Każde pochlebstwo traktował podejrzliwie i nieufnie, choć wiedział, że niektóre mogą być szczere. No, może oprócz tych dotyczących jego powierzchowności. Niewiele dało się zrobić ze wzrostem bliskim karłowatości, rachitycznymi odnóżami i niemal albinotyczną karnacją. Zauważył, jak kobieta machinalnie przeciągnęła dłonią po łydce. Jakby likwidowała nieistniejącą fałdę pończochy. Horacy obserwował to w napięciu, fascynowały go takie szczegóły. Być może dlatego był tak znakomitym znawcą sztuki. Dziennikarka podniosła na niego wzrok szykując się do zadania kolejnego pytania.
Oczy. Nadspodziewanie ciemne przy tak mlecznej cerze. Migdałowo wycięte, wilgotne i senne niczym u uroczych wenecjanek de Blaasa. Horacy uwielbiał jego wyidealizowane oblicza. Piękne.
- Jak pan właściwie doszedł do takiej fortuny? Świat marszandów jest dość hermetyczny i niełatwo zrobić w nim nagłą karierę. - Chciała pani dodać: nie łamiąc prawa? – z trudem oderwał wzrok od jej twarzy. – Sprawa jest dość prozaiczna. Po pierwsze, pochodzę z bardzo zamożnej rodziny. Po drugie, w odróżnieniu od mojej nikczemnej, zewnętrznej powłoki umysł otrzymałem całkiem sprawny. Rodzice zadbali o moje wykształcenie, a ja nie roztrwoniłem ich starań podczas studenckich igraszek. Zresztą, jak się pani pewnie domyśla, byłem średnio popularny w środowisku. Opowiadał bzdury. W kampusie był bardziej samotny niż Cruzoe na swojej wyspie. Szybko zorientował się, że najlepiej czuje się w towarzystwie książek i ekranu monitora. Nie znaczyło to jednak, że nie bolały go niewybredne opowieści o nim. O „Gargulcu”. Mówią, że o niektórych tylko matka może powiedzieć, że są piękni. Horacy od swojej nie doczekał się nigdy takiej opinii. Nie miał do niej wielkiego żalu. W pewien sposób na pewno go kochała, dbała, pilnowała i nie pozwalała skrzywdzić. Dzięki niej zdobył świetne wykształcenie, nawiązał przydatne znajomości, a w końcu uzyskał fundusze pozwalające bezboleśnie rozpocząć działalność.…