Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Thriller · 31 min czytania

Koniec Świata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1.1

- Siądź już do stołu córeczko! Radosna pięciolatka o wielkich orzechowych oczach (masz oczy po Tacie, tak zawsze wszyscy mówią) szybko dobiegła do stołu i z impetem rzuciła się na krzesło. Spojrzała na Tatę i Mamę, ale na ich twarzach nie było nawet cienia gniewu tylko uśmiech pod tytułem Nasza - Ty - Kochana - Córeczko. Na nakrytym czerwonym obrusem stole były już porozkładane talerze i sztućce, a dookoła pachniało grzankami i kawą. Przez szyby wpadały promienie słońca dopełniając wrażenia, że dziś jest jeden z tych boskich dni, w których nic złego stać się nie może. Tata wziął łyk kawy, odchrząknął i powiedział uroczyście: - No, moi drodzy, zaczynamy wakacje! - i istotnie tak było, skończyli już pracować; Mama jako malarka wakacje mogła zacząć kiedykolwiek, ale Tata i jego biuro rachunkowe (cholerna papierkowa robota, tak zawsze nazywał swoją pracę) mieli wyznaczone terminy i dopiero dzisiaj mógł zacząć urlop. Mama rzuciła się Tacie na szyję, a zaraz potem zrobiła to Córka, bo to, co robi Mama można i trzeba naśladować, bo Mama zawsze ma rację. - Smacznego! - powiedzieli razem Mama i Tata. - Smacznego - powiedziała Córeczka, która miała taki słodki głosik (jak poziomka, mówiła Babcia, do czasu, gdy nie zginęła pod kołami samochodu), że stanowił osobną przyjemność dla uszu rodziców za każdym razem, kiedy się odzywała. Tata sięgnął przez stół po kromkę chleba, po czym zaczął smarować ją grubo masłem. Mamie na chwilę uśmiech zszedł z twarzy ( {i} Jezusie, od groma cholesterolu, będzie gruby jak beka {/i} ) ale zaraz potem pojawił się na nowo - przecież nie zgrubnie z dnia na dzień - zawsze będzie można jakoś zahamować proces tycia, prawda? Prawda? Dobrze wiedziała, że wcale nie prawda, że obudzą się z ręką w nocniku, że będzie tak samo gruby jak jej ojciec, że skończy na wózku, albo w ogóle nie będzie się mógł ruszać i... Spokojnie. Właśnie rozpoczęli wakacje. Jedna głupia kromka z masłem nie zepsuje jej dzisiaj humoru, o nie. W jadalni panowała względna cisza niejako zakłócana tylko odgłosami chrupania, przeżuwania i połykania, jednak dla Córeczki było za cicho. Stanowczo za cicho, biorąc pod uwagę jej natchnienie technobzdurami z telewizji, gdzie ludzie umierali masowo i różnił się tylko powód śmierci. Dla małej dziewczynki ten temat był bardzo ciekawy - kolejna wiedza do zgłębienia na drodze do dojrzałości. - Kiedy umrzemy? Ojciec w momencie połknął spory kawałek kromki od dłuższego czasu bezmyślnie mielony w ustach i prawie krzyknął: - Gdzie chciałybyście pojechać na wakacje? - i uśmiechnął się desperacko uśmiechem człowieka, który czuje potrzebę porozmawiania pomimo lufy pistoletu przytkniętej do skroni. Jego oczy wrzeszczały: "Podchwyćcie ten temat! Podchwyćcie ten temat!". Jego żona niejako zrozumiała ten przekaz i już coś powiedzieć ( {i} pojedźmy na Florydę, na Hawaje, na Kubę, na Marsa {/i} ) ale Córeczka wyraźnie jeszcze nie potrafiła (nie chciała?) wysłuchać cichych krzyków mimiki twarzy swojego Taty. - Ja byłam pierwsza! Spytałam: Kiedy umrzemy? Ojciec zaczął się pocić. Skąd ona bierze takie pytania? Od śmierci Babci temat odchodzenia (bliskich w szczególności) z ziemskiego padołu był niejako tematem tabu, co definitywnie zagęszczało atmosferę w jadalni. Tego typu pytania wprawiały ich w żenujące zakłopotanie, jakby pytała, czemu nie może zamieścić kamery w ich sypialni. Była mała, ale nie była głupia. - Córeczko... - zaczął Tata. - Może później... - Odpowiedzcie mi! - kapryśna mina pod tytułem Ja - Chcę - Tego - Lizaka. - Czy można otworzyć okno? - przerwała słabym głosem Mama, której oczy powoli się szkliły. Ojciec doskoczył do okna jak gazela i otworzył je na oścież wpuszczając do jadalni świeże powietrze, ćwierkanie ptaków i krzyk jakiegoś człowieka: - Dzisiaj nastąpi Koniec Świata!

2.1

Skupił całą swoją siłę na podniesieniu jednej powieki. Dwie to na razie zdecydowanie za dużo, ale z jedną może się udać. Po chwili na jego oko padł rażący i stanowczo za jasny promień światła. Boże. Szybko zamknął oko i niezdarnie obrócił się na drugi bok. Poczuł, że leży na twardej podłodze. Powoli otworzył jedno i drugie oko i spostrzegł, że podłoga była nie tylko twarda, ale i brudna. Jak się tu znalazł? Wczorajszy wieczór był zagadką - nie pierwszą, zresztą. Od dłuższego czasu świadoma część dnia kończyła się jeszcze przed zaśnięciem. To, co działo się później było okrytę mgiełką tajemnicy, której za bardzo nie chciał odkrywać. Powoli podniósł się z ziemi. Wyczuł smród niemytego ciała i wyschniętego moczu. W głowie mu huczało. Boże. Jak mógł się tak stoczyć? Przecież miał dopiero... ile? Trzydzieści lat? Coś koło tego. Powinien mieć pracę, dom, żonę, dzieci, Boże, Boże, Boże. Nie, dość. Boga nie ma. Nie może Go być, skoro pozwala mi, swojemu rzekomemu dziecku tak się staczać. A jeśli jest, to chyba mnie nie lubi. Boże, moja głowa. Chciał się podrapać, ale zauważył, że ma na rękach stwardniałe już wymiociny. Kim się stałem? To się zaczęło w gimnazjum. Prymitywna fascynacja zakazanym owocem, wszyscy pili, na imprezach, czasem po lekcjach, ale zawsze przyjemnie. Pamiętał jak z dumą sobie opowiadali, kto gdzie puścił pawia, komu się film urwał, kto z kim się całował - a im ktoś bardziej tracił nad sobą kontrolę, tym wyżej się plasował w ich chorej młodzieńczej hierarchii. Boże. Chciał z tym skończyć. Codziennie rano chciał z tym skończyć i z każdym dniem było coraz gorzej. Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował i zauważył, że jego dzisiejsza sypialnia była w rzeczywistości jakąć piwniczką. Pod ścianą stały jakieś meble, a przez okno wpadały zbyt radosne promyki światła. Do zaćmionego kacem umysłu przedarła się przestroga ( {i} idź stąd, zanim cię ktoś nie znajdzie {/i} ) Boże, ale dokąd? Powoli zaczynały do niego docierać dźwięki zewsząd i Pijak zastanowił się, czy na pewno musi opuszczać to miejsce, jednak w następnej chwili odrzucił ten tchórzliwy pomysł. Rozejrzał się ponownie i jego wzrok napotkał schody. Zatarł w duchu ręce, pomyślał: "No, to do roboty", po czym zaczął po nich wchodzić. Po chwili wyszedł na stanowczo za jasno oświetloną klatkę schodową i nie zastanawiając się długo pchnął drzwi i wyszedł na słoneczny dzień. Zbombardowała go kakofonia odgłosów miasta i zakręciło mu się w głowie. Na pewno przechodzący ludzi wskazywali go palcami i drwili z niego. W pewnej chwili ktoś na niego wpadł. Pijak obrócił się i spojrzał głęboko w oczy... mężczyzny? Kobiety? Nie wiedział, jego stępiony umysł prawie w ogóle nie pracował; zrozumiał jednak bez trudu wykrzyczane przez niego/nią cztery słowa: - Dzisiaj nastąpi Koniec Świata!

3.1

Starszy mężczyzna spojrzał na swoje odbicie w lustrze - zmarszczki, siwe włosy i wszystkie inne elementy składające się na wizerunek osoby w podeszłym wieku. Co zrobić - czas płynie, ludzie przychodzą i odchodzą; on półmetek definitywnie już miał za sobą. Nie ma się co obrażać, bać, czy martwić - co miał przeżyć, przeżył, wchodził teraz na ostatnią prostą i tylko od Boga zależało, jak długa jest ta prosta i jak szybko on ją przebiegnie. Wyszedł z łazienki, wszedł spokojnym krokiem do sypialni i spojrzał na swoją żonę, ukochaną istotę, która znaczyła dla niego więcej niż wszystko co miał i cieszył się jej obecnością każdego ranka, południa, czy wieczora, bowiem w jego filozofii życiowej osoba szczęśliwa i osoba samotna to dwie różne osoby. Kobieta poruszyła się leniwie, wyszła z ostatniej fazy snu i otworzyła nie do końca rozbudzone oczy zasłaniając je od razu ręką, gdyż ciepłe promienie spłynęły na jej twarz. - Dzień dobry. - usłyszała. Uśmiechnęła się. - Dzień dobry. - Jak się spało? - Ech, strasznie nudno, żadnych snów. Mężczyzna się uśmiechnął. - Nie to co u mnie. Parę minut później siedzieli już przy porannym śniadaniu, a dookoła unosił się delikatny aromat herbaty. Każde z nich czuło, że dzisiejszy dzień jest jakiś inny, wyjątkowy ( {i} wygląda jakoś młodziej {/i} ) ( {i} po raz pierwszy wstał wcześniej ode mnie {/i} ) ale nie wiedzieli dokładnie czemu. Jedli w milczeniu, co nie oznaczało, że nie mieli sobie nic do powiedzenia.Przez cały okres małżeństwa rozmawiali już na tysiące, miliony tematów, ale bynajmniej nie oznaczało to, że już nie mają sobie nic do powiedzenia. Każde z nich delektowało się tym porankiem - tą ciszą, spokojem i chociaż mogli teraz rozmawiać, oboje woleli nie. Milczenie jest złotem. Szalona mucha wleciała przez otwarte okno jadalni i zaczęła krążyć po jadalni, a jej bzyczenie było głośne niczym tabun wystraszonych słoni. Mężczyzna wstał powoli, patrzył chwilę na nawiedzonego intruza, po czym jednym pewnym ruchem złapał owada do pięści. Zawahałsię przez chwilę, po czym ruszył do okna i wypuścił ją na słoneczny poranek. Kobieta się uśmiechnęła. Mogła powiedzieć "cóż za piękny dzień", albo "pyszne śniadanko", ale wiedziała, że byłoby to równie bezsensowne jak wskazanie kostki masła i oznajmienie: "to jest masło". Jej mąż widział to co ona i doceniał to w równym stopniu. Za dużo ludzi gada niepotrzebnie. Po chwili zapytała: - Mamy dzisiaj coś istotnego do roboty? - Jeśli uważasz spacer po parku za robotę, to tak. Powietrze pachniało pięknie. To był jeden z tych dni, kiedy wiesz, że jest już lato i możesz sobie pozwolić na spacer w koszulce z krótkim rękawkiem, jednak nie ma jeszcze tych upałów, które sprawiają, że wszyscy wyglądają, jakby dopiero co wyszli z wody. Szli wolnym krokiem podziwiając drzewa, które rosły wraz z nimi i ciesząc się wzajemną obecnością i spokojem. Nagle na dróżce pojawił się dziwny człowiek biegnący w ich kierunku; gdyby ktoś się ich później spytał jak ów wyglądał, nie wiedzieliby. Przebiegając koło nich szepnął - jednak w tej boskiej ciszy brzmiało to jak krzyk: - Dzisiaj nastąpi Koniec Świata!

1.2

( {i} to się nie dzieje naprawdę {/i} ) - Kochanie,... ( {i} dzieje naprawdę to się nie dzieje nap {/i} ) - Kochanie? (To. Się. Nie. Dzieje) - Kochanie!!! Chcąc nie chcąc otworzyła oczy. Zobaczyła zaniepokojony wzrok męża, niedokończone śniadanie, okno, które zostało na powrót zamknięte i usłyszała histeryczny płacz córki. - Nic ci nie jest? To co się działo przed otwarciem okna było osobną zamkniętą sprawą. Przestało istnieć. Skończył się sen, zaczął się koszmar. Jak mogli tak gwałtownie zareagować na nawiedzone krzyki jakiegoś szaleńca? ( {i} bo on mówił prawdę {/i} ) Nie! Chociaż... Musiała przyjąć do wiadomości fakt, że to nie był zwykły krzyk, prawda? To było jakieś...proroctwo? Przepowiednia? Mniejsza o to, ważne jest, że ona wie, po prostu wie, że to jest prawda. Dzisiaj przestaną istnieć. Niech to szlag. - Kochanie, pomożesz mi ją uspokoić? Nie, kurna, nie, tylko nie ten ton pod tytułem Jakby - Co - To - Nie - Bij. Czy on nie widzi tego, czy on tego nie czuje, że dzisiaj będzie już po nas? Chyba nie ma sensu uspokajać rozpłakanego bachora w obliczu Końca Świata, nie? - Kochanie... - Żadne "kochanie". Chyba słyszałeś ten krzyk przed chwilą? - No tak...ale chyba nie chcesz mi powiedzieć, że w to uwierzyłaś? - a z jego oczu bije wyraźny komunikat: "Ja w to wierzę". - Uwierzyłam i to równie mocno jak ty. - To jakieś szaleństwo. SZALEŃSTWO. - zaakcentował ostatnie słowo patrząc na nią wymownie. - Świat jest szalony i nic na to nie poradzisz! Zamiast sprzeczać się niepotrzebnie, kiedy i tak wszyscy wiemy, że mam rację, pomyślmy lepiej, co w obecnej sytuacji możemy zrobić. I ucisz małą. - Dobrze, dobrze, spokojnie. - Tata starał się uspokoić sytuację, ale szło mu to równie dobrze jak przechodzenie przez ściany albo fruwanie w przestworzach. - Załóżmy, że masz rację. Załóżmy, że dzisiaj świat się skończy. Co możemy wobec tego zrobić? - No właśnie nad tym teraz uważam, że powinniśmy się zastanowić, ale nie zdołamy nawet się skupić, dopóki nasza córka się drze, dlatego proszę - uspokój ją wreszcie, bo tracę nerwy. - Kochanie, spokojnie, wszystko się jakoś ułoży... - Gówno mnie obchodzi, czy się ułoży! Nie chcę siedzieć bezczynnie podczas apokalipsy, chcę coś robić i UCISZ WRESZCIE TEGO PIEPRZONEGO BACHORA!!! No proszę, pomyślała, nie przypuszczałabym nigdy, że jestem do czegoś takiego zdolna. Normalnie odkrywam siebie. Co za dzień. Mąż stał przez chwilę jak wryty, jak gdyby ktoś mu właśnie po raz pierwszy w życiu przyłożył, a on sam nie był pewny, jak się ma wobec tego zachować. Po chwili ocknął się, spojrzał niepewnie na żonę po czym ruszył do pokoju uciszać wreszcie tego pieprzonego bachora. Płacz dziecka zaczął cichnąć, został wyparty przez ssące odgłosy wciągania własnych smarków, aż wreszcie całkowicie ucichł. W tym domu nie było tak cicho od wieków, pomyślała Mama. Następnie pojawili się: on, niepewnie patrzący to na żonę, to na córkę; ona, ze spuszczonymi oczami i jeszcze trochę nierównym oddechem. - Słuchajcie... - zaczęła w miarę spokojnie Mama, ale zaraz przerwała, bo coś spadło jej na głowę. Spojrzała do góry i ujrzała rysę, pęknięcie biegnące przez cały sufit, przypominające korzenie jakiegoś egzotycznego dwuwymiarowego drzewa. Nastąpiło lekkie tąpnięcie i kolejna porcja tynku spadła na głowę jej i jej rodzinie. - O, kur...

2.2

To niemożliwe. Pijak kręcił się zdezorientowany w kółko, oczy miał rozszerzone, a oddech urywany. Usłyszał jedno głupie ( {i} wcale nie takie głupie {/i} ) zdanie, a jego świat, jego śmierdzący zapijaczony świat stanął na głowie. Dzisiaj? Dzisiaj? To niemożliwe. Starał się sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czuł się podobnie - podobnie przekonany. Czasami kiedy był naprany, goście baru - również wstawieni, choć nie aż tak - dla zabawy próbowali mu wmawiać, że jest Supermanem albo Kaczorem Donaldem i choć czasami prawie w to wierzył, to jednak cząstka świadomości (ta, której nie dało się schlać) mówiła mu, że jest sobą - daj już spokój daremny głupcze, chodźmy stąd. A tym razem? Tym razem całe jego ciało, cały jego umysł uwierzył. To niemożliwe. NIEMOŻLIWE. Jasne, możesz sobie wmawiać i tak jutro cię już nie będzie. Nie! Czas wziąć się w garść! Pierwsze co poczuł, to był strach. A teraz? Teraz pojawiła się stanowczość. I desperacja. Przypomniało mu się dzieciństwo. Matka powiedziała mu podczas jednego z niewielu okresów swojej trzeźwości o wrażeniu. Wrażeniu, jakie robimy na innych i o tym, że jeśli zaprosi cię kolega lub babcia, to żeby zrobić dobre wrażenie, trzeba się ładnie ubrać, żeby nie wyglądać jak brudas z ulicy. Pijak więc postanowił. W głębi duszy nie uważał, że jest zły, musiał więc zrobić dobre wrażenie, zmazać brudy, oddać duszę do prania. Postanowił iść do spowiedzi. Jednak postanowić coś, a coś wykonać, to dopiero połowa roboty. Pijak niedziele spędzał w doborowym gronie przyjaciół absolwentów z Finlandii, ta kolejka na mój koszt stary druhu, toteż nie był do końca zorientowany, gdzie w okolicy są jakieś kościoły. - Przepraszam, gdzie tu jest jakiś kościół? Starsza kobieta, której spojrzenie jednoznacznie sugerowało jej stosunek do takich ludzi jak on, niemalże prychnęła. Jak kot, pomyślał. - A na co to panu? Normalnie może zacząłby się kłócić, ale w tej sytuacji nie miało to absolutnie żadnego sensu. Nie było na to czasu. - Chcę się wyspowiadać. Kobieta, wyraźnie zdumiona, choć starała się to…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%