Melodramat · 8 min czytania
Koniec Świata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Padał śnieg. Świtało. Znaczyło to, że przesiedział całą noc pisząc. Samotnie.
W zasadzie nie da się inaczej pisać, jak samemu, w spokoju. Mając pewność, że nikt ci nie przeszkodzi, nie zniszczy atmosfery niesamowitości. Tego niezwykłego uczucia, dreszczy przeszywających całe ciało z każdym nowym pomysłem.
Dlatego, między innymi pisał w samotności. Tak przynajmniej to sobie tłumaczył. Rzeczywistość była jednak trochę odmienna. Mówią, że prawda kłuje w oczy. To fakt. Jego oczy pełne były drobniutkich ranek. Tak jak jego serce. Obrzydliwy organ przepełniony krwią zmieszaną z nienawiścią i żalem. Do wszystkiego. Do otaczającej przyrody, która kiedyś cieszyła jego oczy, do przyjaciół, którzy już nie byli w stanie mu pomóc. Nawet do samego siebie i słów, które rodził w ogromnych bólach.
Nie wiedział o czym chciał pisać, gdy zaczynał. Po prostu bezmyślnie przelewał myśli na ekran. Natchnienie nadal nie przychodziło. Nie chciało przyjść już od wielu dni. Od tamtego feralnego piątku, kiedy to kat w białym ubraniu, przypominający rzeźnika, ogłosił jego wyrok.
Czy zastanawialiście się kiedyś jak miałby wyglądać koniec świata? Pewnie tak. Może wyobrażaliście go sobie jako nuklearną zagładę? A może tak jak opisuje go Biblia? Być może jeszcze inaczej. Prawdopodobnie jednak nie pomyśleliście o takim końcu świata, o jakim od dłuższego czasu on myślał, wiedząc, że ta właśnie wizja jest najbardziej prawdziwa. Przynajmniej dla niego…
Część 22 / 2
Co zrobilibyście, gdyby ktoś wam powiedział, że może objawić wam jedną z dwóch najważniejszych dat w waszym życiu? Datę, którą pisze się w encyklopediach, podręcznikach szkolnych, wreszcie na nagrobkach, obok daty narodzin. Cztery cyferki – rok. Datę śmierci. Bylibyście gotowi, na taką wiedzę? Przydałaby się Wam na coś? Zmienilibyście coś w swoim życiu? Chyba tak. Czerpalibyście z niego pełnymi garściami, wiedząc, że umrzecie za czterdzieści, czy pięćdziesiąt lat? Na pewno. A jak wyglądałyby Wasze ostatnie dwa miesiące? Spędzilibyście je radośnie wiedząc, że po ich upływie cienka nić waszego żywota zostanie przerwana? Wątpię. Nie bylibyście do tego zdolni.
A co gdybyście nie mieli tych pięćdziesięciu, czterdziestu, czy nawet dziesięciu lat? Gdyby do tragicznego końca pozostały tylko te dwa miesiące? Gorzej, gdybyście byli jeszcze młodzi? Gdybyście nie zdążyli jeszcze nacieszyć się życiem, mówiąc sobie: „Najpierw nauka, potem praca, a kiedy się już ustatkuję, tak gdzieś przed trzydziestką, będę mieć własny dom, samochód, może kogoś kochającego przy sobie, wtedy będę móc zacząć się dobrze bawić”? Żadne z Was nie chciałoby znaleźć się w takiej sytuacji.
A tak właśnie wyglądała jego przyszłość. Dwa miesiące i koniec. Śmierć! Sześćdziesiąt jeden dni. Sześćdziesiąt jeden nocy. Samotnych nocy. Kto zechce przytulić, czy chociaż szczerze porozmawiać z kimś chorym na AIDS… Wszyscy współczujecie takim ludziom… do czasu. Do czasu, gdy któryś z nich nie osiedli się koło Was. Gdy nie wtargnie w wasze życie z tą swoją okropną, śmiertelną chorobą, którą przecież nie można się zarazić przez rozmowę, dotyk, czy nawet pocałunek. Jesteście okropni! Pieprzeni hipokryci, myślący tylko, jak dogodzić sobie. Nawet kosztem innych.
Że co? Miał przyjaciół? Tak miał, ale oni byli tacy jak Wy. Zaspokajali tylko swoją potrzebę przyjaźni, akceptacji, może nawet miłości do drugiej osoby. Jak myślicie, co zrobili, gdy dowiedzieli się, że jest chory? Nie muszę tego mówić, przecież wiecie. Wy postąpilibyście tak samo. Nie zaprzeczajcie. Podświadomie myślicie: „Brudas, niech zdycha. Ćpał, albo uprawiał gejowski seks, niech teraz cierpi.…