Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Aktualności · 12 min czytania

Konik

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W pewnym mieście zapanowało wielkie poruszenie. Nie była to duża miejscowość, ot niewielka mieścina jakich wiele wszędzie. Zresztą sama nazwa to wskazywała, dumna tablica „Tu zaczynają się Wsiegdzierzyce” postawiona, a jakże inaczej, na solidnych dwóch prętach zalanych betonem pośród łąk i zieleni. Jakiż kontrast! – pomyślał Marcin wysiadając z busa. Nigdzie nie ma budynków jak okiem sięgnąć, tylko łąki i pola a beton dumnie stoi, jakby pokazywał gdzie kończy się królestwo natury a gdzie zaczyna cywilizacja. Zdumiony tym widokiem podszedł bliżej i zobaczył ubytki na betonie. Pierwsza myśl, to po co komu beton na tym pustkowiu? Zamartwiał się, tak, obszedł znak kilka razy, lecz odpowiedzi jak nie miał tak nie miał. Dedukcja nie była jego mocną stroną i Marcin doskonale o tym wiedział. Jednak rozmyślania przerwał mu widok nadjeżdżającego drewnianego wozu z wysłużonym starym koniem. Zmęczony, zziajany, poobijany wierzchowiec ciągnął całą menażerię, którą prowadził stary chłop. Marcin nie zapałał do niego sympatią z miejsca. Nie wiedział jednak czy to efekt tego, że miał długą niezadbaną brodę z którą przypominał dzikusa wyjętego z jakiegoś buszu, czy też zapach spirytusu, który momentalnie opanował całe otoczenie. Owy jegomość zatrzymał pojazd, popatrzył badawczo na przybysza po czym palnął z mostu: - Pan do miasta, zgadza się? - po czym wyrzucił niedopałek na jezdnię. Marcin nie wiedząc co powiedzieć, bowiem nie przywykł do takich widoków tylko pokiwał twierdząco głową. - To wsiadaj Pan a nie stoisz jak słup soli! – machnął ręką chłop i zrobił miejsce obok siebie wyrzucając na pobocze stary telewizor i stos makulatury. Zdziwiło to przybysza. Nie wiedział bowiem czemu ktoś od razu mu zaufał i po co wyrzucił coś co wiózł? Po co miałby się telepać na sam skraj pustkowia, daleko od miasta z tym wszystkim. By mu zaimponować, zagrozić, przestraszyć a może pokazać swoje bogactwo? Myślał Marcin tak myślał i myślał aż w końcu zanim chłop ogarnął lejce, które trzeba napomnieć iż wypadły co można tłumaczyć trochę gorszą motoryką spowodowaną prawdopodobnie zawartością butelki, która spadła i potłukła się o jezdnię, zapytał: - Proszę Pana, czemu Pan to wiezie i wyrzuca? Przecież to bez sensu! Chłop podniósł wysłużoną czapkę, podrapał się po głowie jakby ktoś go uświadomił co właśnie zrobił. Przewracał oczami w jedną i drugą stronę szukając rozwiązania aż w końcu odparł: - Robię co mi każą. Wójt kazał to wyrzuciłem. Po czym jak gdyby nigdy niż trzasnął biczem i krzyknął: - Logika, wio! Tak też powolnym krokiem rumaka ruszyli w kierunku miasta. Jadąc asfaltową drogą, która jak okupant cywilizacji pośród bezkresu lasów i łąk Marcina złapały różne refleksje. O pięknym błękitnym bezchmurnym niebie, które jest nad ich głowami, o lesie w którym śpiewają ptaki a gdzieniegdzie można zobaczyć przeskakujące przez drogę sarny jak atleci przez płotki. Wtem, rozważania przerwał wielki odgłos spadających drzew. Huk jaki się wtedy rozległ spłoszył konia, który zaczął się szamotać. Woźnica w dość ostrych słowach zwyzywał konia, drwali i jeszcze coś zostało na teorie o ich matkach. Niewiele jednak z tego Marcin zrozumiał bowiem cały czas a to drzewa a to odgłos siekier skutecznie odbierały ciszy wolną przestrzeń. - Znowu Ci robotnicy, nie wiem ki czort ich przysłał czy co z tej plebani!? - powiedział chłop. - Jak to z plebanii. Kim oni są? Co się dzieje? - zapytał Marcin bardzo zaciekawiony Chłop obejrzał się we wszystkie strony patrząc czy ktoś ich nie słyszy po czym przysunął się do Marcina, który raczej pamiętając zapachy nie był z tego tytułu zadowolony, zaczął mówić półszeptem: - Bo wie Pan, ten las to Wójta i Księdza powód wojny jest. Wójt chce to chronić co by dali mu pieniądze za obronę przyrody czy co tam wymyślają, a Ksiądz na złość! Chce z tego drewna Kościół budować. Dlatego co jakiś czas tutaj przychodzą i wycinają ukradkiem drzewa a gdy przybywają chłopy od Wójta to zabierają się stąd. Nocką jednak czmychają i znowu jakieś prace robią. A komu to u licha potrzebne! Wszak kościół mamy! - To po co w takim razie wycinają? - Po to by zrobić Wójtowi na złość, ot co! - Jak to? Wójt nie może im zagrozić? - Nie może, bo to nie nasz las jest! Marcin zdziwił się nieco tej pokrętnej logice lecz wolał zachowawczo nie drążyć. - A Pana jakie licho tu w ogóle do Wsiegdzierzyc przywiało? - Mam nauczać w tutejszej szkole – odpowiedział z dumą. Chłop szyderczo się roześmiał: - No to Panie powiem na początek, że niepotrzebnie żeś się Pan tak ubrał, jak na ślub! - stwierdził spoglądając na jego garnitur. - Jak to? - Po prostu, połowa będzie patrzeć na Pana jak na elegancika co pracą się nigdy poważną nie zajmował a druga połowa jak za złodzieja z wielkiego miasta! Za lasem ich oczom objawiła się miejscowość. Nie była ona spora, ot jedna duża droga a obok niej domki, jak w starych westernach. Architektura, styl? Marcin łudził się, że zobaczy tu coś takiego, albo betonowe klocki, albo drewniane chaty. Jedyne co wystawało ponad ten marazm to wielki kościół z wieżą, która górowała nad całą miejscowością jakby chciała rzec iż oni tu panują. Przejeżdżając przez miasto Marcin widzi dwójkę ludzi, młode chłopaki które grają w karty i piją piwo. Na oko, dwadzieścia parę lat. Nie wyróżniali się niczym szczególnym, zwyczajni miejscowi. Nagle jednak zaczęli rozmawiać o – i tu wielkie zaskoczenie – filozofii. Kant, Sofokles, Kartezjusz przewijali się przez ich słowa jakby rozmawiali o czymś zupełnie powszechnym. Nie spodziewał się tego, gdyż nie ukrywał po swoim wyrazie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%