Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 6 min czytania

KONTRABAS NADOLSKIEGO

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Waldemar Pasiński: „KONTRABAS NADOLSKIEGO” – wyimek z powieści „Wejście w arkana, czyli autoportret z filmem””

- Najlepiej pamiętam Helmuta Nadolskiego. – rzekł Raduy. – Słyszeliście o nim? To taki łysy brodacz jak ruski pop – cały w czerni i gra na płonącym kontrabasie. - Chcesz powiedzieć, że on na koncertach pali kontrabas?! – Dyzma Nikodem nie mógł się nadziwić. - Nie, bracie. Takie zdjęcie w „Jazz Forum” było: basetla wielgachna jak trumna fajczy się równo, a Helmut, nie zważając, że wszystko się jara, smykiem, który także się jara, na płonącym pudle wycina te swoje jazzy. Mówię wam, fotka w dechę! - Pewnie lepsza fotka niż muzyka. - Skądże! Nigdy nie słyszeliście Helmuta Nadolskiego?! - Nie, ja się z tym nazwiskiem nigdy nie spotkałem. - Słyszałem jedną jego płytę. – rzuciłem. – Zrobił ją z Niemenem i Olgierdem Łukasiewiczem. Płyta nosiła angielski tytuł „Meditations”, chociaż recytacje aktorskie były po polsku. Poza tym widziałem kilka spektakli z muzyką Nadolskiego. Jak pamiętam, muzycznie opracował „Wroga ludu” Ibsena. - Ej, krzyżak! Masz łeb sześć na dziewięć! Tego, że Helmut posuwa na kontrabasie w teatrach, to ja nie wiedziałem. Ale to do niego podobne. Nie zdziwiłbym się nawet, prawda, gdyby Helmut rzępolił na pogrzebach. Jest czarny i ponury jak karawaniarz, a jego muzyka tak samo przyjemna jak uśmiech nieboszczyka. Do kopidołów i artykułów żałobnych, prawda, tą swoją muzyką na ostatnią posługę świetnie by pasował. W każdym bądź razie z graniem Nadolskiego zetknąłem się dopiero na Pomorskiej Jesieni Jazzowej. A może to było na Jazz nad Odrą? Chuj go wie. W każdym bądź razie na festiwalu. No i na tym festiwalu Helmut miał pecha. Akurat kiedy zaczął wycinać te swoje przepiękne smutasy, kiedy się rozgrzewał, prawda, zarządzili przerwę. Przerwę organizacyjną. Chyba chodziło o wymianę sprzętu nagłaśniającego, jakąś naprawę, czy co. W każdym bądź razie koncert przerwali, Helmut Nadolski przestał ciachać smykiem po strunach, odstawił pudło do kąta i poszedł se golnąć. Tam był taki bar, więc wszyscy chodzili na piwo albo na jednego głębszego. Najwięcej w knajpie było, prawda, muzykantów, bo tym od przebierania po strunach i klawiszach palce się plątały, ci, co dmuchali w trąbę dostawali zadyszki, a ci, co okładali bębny, od machania pałkami byli zmęczeni. Więc wszyscy oni jazzowali przy piwie i bigosie i omawiali numery muzyczne, jakie kolejno będą ze sceny grzać. A tymczasem na scenę powłaziły jakieś złote rączki i w kablach mieszały. Tu coś podmieniły, tam coś podokręcały. Tu jakiś fachowiec popukał w mikrofon, tam inny w reflektorach przewracał, czyli normalka. Ale na scenę z nudów…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
KONTRABAS NADOLSKIEGO — czytnik · opowiadania