Horror · 8 min czytania
Korecki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
No już, moja droga, przestań się bać. Przecież nie chcę cię zabić. Interesuje mnie tylko twoje wnętrze. Bezimienna kobieta nie wiedziała, co mogą oznaczać te słowa do momentu, w którym nie wyjął noża i szybkim ruchem nie rozciął jej wciąż żywego korpusu od mostka aż po samo podbrzusze. Czy mogłabyś już nie krzyczeć? Naprawdę mnie to irytuje! ‐ przypadkowo spotkany mężczyzna będący dla niej ostatnią osobą, którą spotka w życiu, najwyraźniej nie przepadał za zbyt donośnym krzykiem. Nie rozumiał, skąd jej nerwy. Przecież był z nią szczery. Naprawdę interesowało go tylko jej wnętrze. Umierająca kobieta nie była już świadoma tego, że przed chwilą została w brutalny sposób pozbawiona części wątroby, która trafiła do jednorazowej siatki, którą mężczyzna wyjął ze swojego płaszcza. Kiedy ją zaczepił, myślała, że starszy człowiek ma po prostu ochotę na małą pogawędkę. W czasie rozmowy zwróciła uwagę na ów płaszcz. Wydał jej się posiadać niecodzienną fakturę, której nigdy wcześniej nie widziała. Kiedy wyjaśnił, że jest to ludzka skóra na początku nie uwierzyła, ale sposób, w jaki to powiedział, przyprawił ją o dreszcze. Na przerwanie przypadkowego spotkania było jednak stanowczo za późno. Została przez niego sprytnie zwiedziona w odludną alejkę, którą ludzie raczej rzadko spacerowali. Była w tym gorszej sytuacji, że o dziewiątej wieczorem można było spotkać niewielu amatorów spacerów, w dodatku w tak ponurą pogodę. On lubił deszcz, doskonały sposób matki natury na pozbycie się nadmiaru krwi. Życzę Pani udanego wieczoru. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy – wyrwało mu się na odchodnym. Wrócił do domu jak zwykle po jedenastej wieczorem. Drgające światło oświetlało poszarzałą tapetę nikłą łuną. Z przyzwyczajenia przeszedł nad naderwanym fragmentem podłogi. Wolał nie budzić robactwa pod spodem. Wszedł do dużego pokoju i z czułością ucałował dłoń swojej żony. Przyzwyczaił się, że od dawna odpowiada mu milczeniem. Trudno. Wciąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego przestała się do niego odzywać. Przecież się starał, był przykładnym mężem. Denerwowało go to, że jest niedoceniony, ale nie poddawał się. Jak się dzisiaj czujesz? – zapytał się. Znowu cisza. Zostawił siatkę ze zdobyczą w kuchennej lodówce i poszedł na górę. Żona została w fotelu i znowu mogła wsłuchiwać się w ledwo słyszalną symfonię cichego skrobania wśród ścian. Ciemny korytarz na pierwszym piętrze był wyłożony wytartym linoleum. Niedaleko drzwi do pokoju jego syna znajdowało się legowisko Kropka – domowego psa. Podszedł do niego i pogłaskał po grzbiecie, Kropek zawsze to lubił. Mężczyzna rzucił mu piłkę, ale pies niespecjalnie się nią zainteresował. Zostawił futrzaka w spokoju i postanowił porozmawiać z synem o tym, jak spędził dzień. Z rodziną zawsze widział się dopiero wieczorem, ponieważ cały dzień spędzał w pracy. Był wykładowcą anatomii lokalnego uniwersytetu. Bardzo lubiany przez studentów, był znany jako doktor Korecki. Studenci zawsze mieli wrażenie, że osobiście poznał osoby, do których należały oglądane przez nich części ciała. Trudno nie odnieść takiego wrażenia, kiedy przy omawianiu serca, czy żołądka potrafił nawiązać do rysów twarzy byłego posiadacza danego organu. Uznano to jednak za jedno z jego wielu nieszkodliwych dziwactw. Sądzono, że jest samotny. Plotka głosiła o wielkiej tragedii w jego życiu, ale nikt nie potrafił sprecyzować, co dokładnie się stało. Zastukał lekko do pokoju syna. Brak odzewu. Słyszał tylko delikatne brzęczenie zza drzwi. Postanowił wejść do środka. Cholera, znowu zostawiłeś uchylone okno. Zobacz, ile tu much! – zaczął…