Akcja · 19 min czytania
Koronna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bronisław Giedroyć przechadzał się pogrążonymi w półmroku korytarzami Sejmu. Obrazy ze ścian śledziły każdy jego krok, a wielkie kwiaty przy schodach rejestrowały każdy oddech. Było pusto. Korytarze, jak co noc były ciche i ospałe, a przydymione światła lekko migotały w marmurowej szachownicy posadzki.
Mężczyzna przeszedł pod potężnymi drzwiami sali sejmowej. Minął łuk, a za nim tablicę upamiętniającą przewrót majowy i zatrzymał się na kilka kroków przed wysokim, skórzanym fotelem. Zza oparcia tlił się gęsty dym cygara.
- Zamknięte?- z fotela dobiegł zimny głos kobiety. - Tak - rutynowo wyciągnął papierosa. Musiał zapalić choćby po to by zająć czymś ręce. - Wejście zabezpieczone? - Taa... - mruknął i wydobył z kieszeni swoją wiekową zapalniczkę. Kobieca arogancja irytowała go najbardziej w świecie. Nawet nie próbował udawać, że jest przejęty zdawaniem meldunku. Wodził wzrokiem po ścianach zatrzymując wzrok to na kandelabrach, to na odległym fotelu prezydenckim, bądź na nie sprzątniętych gazetach pozostawionych przez niechlujne poselskie towarzystwo. Choć przez lata zdarzało mu się próbować, to nigdy nie pojął jak system oparty na darmozjadach mógł trzymać w swych demokratycznych łapskach władzę w tak wielu krajach świata. - Oddaliłeś strażników? - spodziewał się, że o to zapyta. Wprawdzie próbował, ale po krótkich negocjacjach z jednym, co stał przy drzwiach wejściowych, szybko odechciało mu się jakichkolwiek pertraktacji ze strażnikami. Już kilka razy ich oddalał i nigdy nie było problemu, wystarczyło pokazać odpowiednią odznakę. A dziś wieczór, wyjątkowo nic na nich nie działało. Gierdroyć być nieco zaskoczony, gdyż nie spodziewal się takiej arogancji wobec odznaki pułkownika GN i papierów podpisanych przez samego marszałka sejmu. - Tak i nie - fotel lekko drgnął- Chciałem, ale strażnicy coś chyba podejrzewają - szybko się usprawiedliwił. - BOR już - kobieta tylko cicho mruknęła. - Myślę, że nie - odchrząknął i zapalił papierosa. - Czemu? - kobieta odwróciła fotel by być twarzą w twarz ze swoim rozmówcą. - Marnotrawstwo naszych kontaktów - kobieta podniosła wzrok dotąd wbity w podłogę sejmowego balkonu. - BORowiki na zwykłych strażników? Jesteśmy w Sejmie. Łapówka tutaj to jak wypłata. Sypniemy groszem - na chwilę zamilkł. - I będzie cisza - spokojnie dokończył, gasząc nie napoczętego papierosa w popielniczce na kolanach kobiety. - Bronek - kobieta powoli zaczęła. - Co z tobą jest nie tak? - zaciekawiona wpatrywała się w starszą twarz mężczyzny. - Ze mną? - odparł zbity z tropu. - Właśnie z tobą - stwierdziła nie odrywając od niego wzroku. Zaintrygowany przyjrzał się swojej rozmówczyni. Z wyglądu mała kobietka. Ładna, acz nic wspaniałego. Taka przeciętna twarz. Nic nie zdradzający wzrok, a jedynie zimny, oprany z uczuć podobnie jak głos. Choć już kilka razy Bronisław był świadkiem, kiedy chyba jednak nieopatrznie kobieta zerwała z chłodnym tonem i wydała kilka zdań w swoim naturalnym, lekko skwierczącym, ale zdecydowanie cieplejszym głosem. - Więc? - zapytała przerywając Bronisławowi rozmyślania. - Więc... - niepewnie zaczął. - Ze mną... - zastanawiał się, czego od niego oczekuje, a co może powiedzieć. - Przepraszam - mruknęła i zaczęła przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza. - Eee... Co? - zdezorientowany zapytał. - Telefon. - Ach - Bronisław chrząknął niedbale i oddalił się ku balustradzie balkonu kilkanaście metrów dalej przewieszając przez nią kurtkę. Udając, że tępo wpatruje się w ogromną flagę z godłem, rozpostartą na ścianie za miejscem marszałkowskim, wyostrzył słuch tak by nie uronić ani słowa z rozmowy przez telefon. Tak jak w wielkiej przestrzeni sali sejmowej, tak i tuż przy nim zaległa niezmącona cisza. Gdy chwilę potem Bronisław obejrzał się za siebie, ujrzał już tylko wyświechtany fotel z popielniczką. - Dobra - stwierdził aż nadto głośno. - Jest - dodał jakby od niechcenia i powoli wyszedł z balkonu na szary hol Sejmu. Z budynku sączył się niecodzienny spokój, a w zimnych ścianach zalegała niespokojna cisza. Czuł się nieswojo. Za dobrze znał zakamarki tej marmurowej opoki kartoniarzy, krętaczy i szachrajów. Mimo że znał ten budynek bardzo dobrze, wprawdzie pracował tu dobre kilka lat, to jednak czuł się teraz wyjątkowo dziwnie. Może to, dlatego że rzadko bywał w tych ścianach wtedy, kiedy były prawie opustoszałe. Przywykł do sejmowego zamętu i gwaru, a nie do parlamentarnej ciszy. Skierował się do wyjścia. Pod drzwiami stał jeden strażnik, drugi zaś siedział kilkanaście kroków dalej na krześle tuż pod jednym z tych wielkich sejmowych okien. Był wyraźnie pochłonięty pisaniem smsa. - I co robisz bęcwale? - rzucił Bronisław przechodząc obok strażnika. Ten właśnie dopalał papierosa. Nie miał popielniczki, a popiół spadał wprost na marmury. Strażnik spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony uwagą. - Posprzątasz? - Giedroyć łagodnie zapytał. - Chyba - dojrzawszy wyraz twarzy swego oprawcy natychmiast dodał - Tak. - Świetnie - stwierdził zadowolony - Posprzątaj - zwrócił się do drugiego strażnika, który natychmiast oderwał się od komórki i pospiesznie schował ją do kieszeni. - Ja? - zapytał, choć dobrze wiedział, że chodzi o niego. Giedroyć tylko znacząco spojrzał, a strażnik powoli, bez pośpiechu i wyraźnie zirytowany wstał i ruszył ku schowkowi ukrytemu pod wielkimi sejmowymi schodami. Bronisław lekko się uśmiechnął. Pewnie nie na długo mu się ta lekcja przyda, pomyślał.
Już dojrzał za przydymioną szybą czekający na niego samochód, gdy przypomniał sobie, czego zapomniał i musiał zawrócić na balkon. Z oporem pokonał zmęczenie i przyspieszył kroku ku schodom wiodącym na piętro, by zaraz potem móc jak najszybciej znaleźć się w samochodzie, dotrzeć do domu i zmyć z siebie trudy tego dnia. Na balkonie, w miejscu gdzie wcześniej stał, wisiała przewieszona kurtka. Chwycił ją szybkim ruchem ręki i byle szybciej pobiegł do samochodu. - Oj, niestety - usłyszał kobiecy głos. Bronisław uważnie się rozejrzał, ale nikogo nie dojrzał. - Też bym chciała pojechać do domu, ale... - kobieta wyszła zza kolumny. - Dokończ - rzekł z rezygnacją. - Ale to jest chyba... ta... noc - dodała dziwnym głosem. Zimnym i obojętnym jak miała w zwyczaju, mocnym, ale także niezwykle drżącym. Mało kto by zrozumiał ten jej dziwny stan, ale Bronisław w tym momencie wydawał się czuć to samo. W ciągu kilku sekund stała mu się bliższa niż przez pół roku wspólnego działania. Pewnie była to sprawa czekającej ich wspólnej doli i nie doli. - Ile mamy czasu? Srebrny zegarek mrugnął na nadgarstku kobiety. - 57 minut - westchnęła - Sama już nie wiem, niby dużo, ale przecież to tak mało. Zwykle minuty, a... - spojrzała zakłopotana na Bronisława. - Wątpliwości? - cicho mruknął jakby do siebie. - Może strach - dodał jeszcze ciszej. - Ja też miewam te zmory. - Ja nie - zaprzeczyła z fałszywą mocą. Spojrzał na nią ze zrozumieniem. Nie szło jej kłamanie, a zapomniała jak czuły jest na nie jej współpracownik. - Jesteś jeszcze młoda. To dlatego - powiedział ze zrozumieniem i rzucił kurtkę na fotel. - 57 minut - zakłopotana rzuciła by zmienić temat. - Może usiądźmy i się napijmy? Zawsze to lepsze niż roztrząsać nasze strachy. - Nie piję - mruknęła niedbale. - Eee tam.. Każdy pije. - Nie piję - powtórzyła i oparła się o ścianę. - Ja piję czystą, a ty palisz. A jeszcze inny bije talerze. Każdy pije. - Co za filozofia - mruknęła z kpiną. - Usiądź. - Postoję. - Kto przyjedzie? - Dzierłoński Bronisław znał go z dawnych lat, kiedy jeszcze obaj uczyli się zawodu w ośrodku szkoleniowym w Puszczy Białowieskiej. Może nigdy nie miał z nim wielkich kłopotów, ale ich wzajemna niechęć, czy wręcz wrogość, była znana nawet wśród profesorostwa. Adam, bo tak miał na imię, był tak popularny i lubiany, że wielu się dziwiło ich wzajemnej antypatii. Nikt nawet nie pomyślał, a na pewno nie podejrzewał jak ten człowiek potrafi się wić i promować z dobrej strony. Na całej uczelni tylko Bronisław dostrzegał to, czego nie widział nikt inny. Dziwnym zbiegiem okoliczności Adam miał świetne oceny, a bawił na każdej imprezie. Dziwne też było to, że wielu z tych z którymi pseudo się przyjaźnił, nieciekawie skończyło. Acz oczywiście nikt tego nie wiązał z Adamem. W Bronisławie odżyło na nowo uczucie niesprawiedliwości. - Znasz go? - napomknął siląc się na spokój. - Znam. - Heh... To śmieć, co wpełzł do nas wprost z wywiadu. Sam nawet nie wiem czy mu ufać. A... - A Korona mu ufa. - dokończyła. - Taaak ufa. Każdemu ufa, a później się okazuje, komu, do którego stopnia - dodał z satysfakcją i nadzieją w głosie. - Ta świnia nie dostała się do nas przypadkiem. - stwierdziła. Ucieszyła się, że znaleźli wspólny temat. Przynajmniej na chwilę znalazła ukojenie nerwów. - To były, a może i wciąż, agent pałacu. - Nie wiem. Ale Koronie jest potrzebny. Skoro go tak wyciągnęli w górę. Za wysoko siedzi by był tylko dobrym agentem koronnym. - Może i tak - stwierdził męski głos. W drzwiach stał mężczyzna w czarnym płaszczu i kapeluszu. - Mój tatuś mnie ustawił, to chyba jasne? Agent? Może i potrójny - dodał z przekąsem. - Tatuś - prychnął Bronisław. - Wciąż się na tobie nie poznał, co? - Bronek rodzice kochają dzieci i zawsze będą się o nie troszczyć. A przy okazji. Co tam słychać u twojego tatusia? Bronisław spojrzał na niego z wściekłością. - Ile już tato wyskrobał więziennej…