Inne · 3 min czytania
Korzenie część 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Szacowne mury kościoła powstrzymywały wszelkie dźwięki, jakie mogłyby tu dochodzić z zewnątrz. Jeszcze przed chwilą bębenki jej uszu przewiercał na wylot gwar ulicy. Wielojęzyczny, podszyty kakofonią klaksonów i motocyklowych werbli. Różnica była kolosalna; powalała wprost na kolana, odkąd tylko z łoskotem zatrzasnęły się kościelne odrzwia, wysokie chyba na pięć metrów, zdobione dłutem anonimowego, osiemnastowiecznego mistrza. Wykonano je z drogocennego, czarnego dębu. Monstrualnych rozmiarów pień przebywać musiał pod wodą kilka wieków. Nabrał z ich upływem przedziwnej urody i jeszcze bardziej niezwykłych właściwości. Napisałem – dłuta? Przepraszam. To przekłamanie. Drewno kopalnego dębu jest znacznie twardsze od zwyczajnej dębiny; trwające przez stulecia procesy utleniania i krystalizacji czynią je mniej podatnym na obróbkę mechaniczną. Dłut musiało być co najmniej kilka… Szczerbiły się pewnie i tępiły szybciej, niż przywykł do tego bezimienny twórca. Jakkolwiek się nazywał, znał swoje rzemiosło. Podziwiając misterność dwustuletnich intarsji można było uznać, że w tym przypadku wyniósł je do rangi sztuki. Nie miała jednak najmniejszej ochoty podziwiać tutaj czegokolwiek. Z trudem łapała oddech, a poczucie odzyskanego bezpieczeństwa było chwilowe i jakże ulotne. Kościelna kruchta dawała tylko jego złudzenie, potęgowane różnicą temperatur tutaj i na zewnątrz. I tą ciszą, zawiesistą i nieomalże dotykalną… Woń kadzideł, przy ołtarzu pewnie bardziej wyrazista, docierała i