Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 28 min czytania

Kości l

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

“Na zawsze się składa z wielu teraz” Emily Dickinson Rozdział 1 Mark Tego dnia, w którym spakował plecak i wyruszył w podróż, chmury na niebie utworzyły nakładające się na siebie pasma fioletu i błękitu. Wyjrzał przez okno niewielkiego mieszkania w kamienicy stojącej w samym centrum miasta. Miasta, którego nazwa dla większości świata była obojętna, lecz dla niego stanowiła najwyższą wartość. Stanowiła punkt z którego rozpoczynały się wszystkie historie. To był zwykły poranek w Amherst. Grupka studentów przechadzała się wzdłuż parku w przerwie między zajęciami z filozofii, a wykładem z historii sztuki antycznej. Zielone trenczowe kurtki narzucone niedbale na ramiona, szare chusty owinięte wokół szyi świadczyły o tym, że było znacznie chłodniej niż sądził. Odsłonił zupełnie zasłony i otworzył okno. Zimne wrześniowe powietrze rozlało się po pokoju jak jesienna bryza. Jak morska bryza. Czy taka sama jak w ten wrześniowy dzień na plaży wiele lat temu? Tymczasem na ulicy kobieta na przystanku autobusowy ze znudzeniem przystępowała z nogi na nogę. Bladożółty szal owinięty wokół smukłej szyi falował w rytm przejeżdżających samochodów. Wszystko miało swój czas i miejsce. Nawet gdy nadjeżdżający z naprzeciwka Chevrolet Corvette wjechał w kałuże rozbryzgując resztki porannej mżawki na fałdach jej jasnego płaszcza, był nieodzowną częścia tego dnia. Kierowca jechał zbyt szybko jak na te okolice, ale w tym również nie było niczego niezwykłego. To wszystko razem składało się na obraz tego dnia w którym żył, tej chwili w czasie, a jednocześnie była to tylko powłoka zdarzeń, ponieważ niezwykłość tego co się miało wydarzyć kryła się pod powierzchnią. “Zaczyna się piękny dzień”-pomyślał, a potem powtórzył na głos, jak gdyby sam nie mógł w to uwierzyć. Jakby dopiero nadanie tym słowom formy sprawiało, że odzyskiwały one znaczenie. Zresztą dom był pusty i mógł zrobić co mu się rzewnie podoba. Mógłby spędzić ten dzień w zaciszu delektując się bez reszty tą nagłą wolnością, ale nie takie miał plany. Właśnie dzisiaj skończył czterdzieści lat i była to nie tylko liczba lecz pewnego rodzaju granica. Często, gdy mówił sam do siebie w myślach układając każde zdanie. Wiadomo siebie samego trudno oszukać, sobie samemu ciężko poświadczyć nieprawdę, a nawet gdyby próbował czy podświadomie wiedziałby, że jest to tylko fałsz. Czy gdzieś w głębi nie był świadomy tego, że kłamię? Zawsze zastanawiał się gdzie tkwi granica między tym co świadome, zależne od jago woli, a gdzie zaczyna się nieuświadomione, nieznane. Kim jest ta osoba, której istnienia nie może zrozumieć. Osoba, która intuicyjne potrafi wrócić do domu, gdy on pogrążony w swoich myślach, rozwiązuje sprawy ważkie jak kolor oczu kobiety siedzącej na przeciwko jego stolika w restauracji godzinę wcześniej, albo czy ten usmiech był przeznaczony dla niego czy dla mężczyzn siedzącego dwa stoliki dalej. Myśli zawsze stanowiły dla niego formę ucieczki od rzeczywistości. Czasami nawet zdarzało mu się, gdy był zupełnie sam, a bywał sam coraz częściej. Coraz bardziej oddalając się od ludzi. Coraz bardziej szukając samotności. Mówił do siebie tak, jakby tam w środku tkwił ktoś inny, ktoś komu wszystko trzeba wytłumaczyć. Zupełnie obcy, nieznany człowiek. Ktoś kto w środku ciemnej nocy wstaje z łóżka i przygląda się gwiazdom, szukając wzrokiem tylko tych, które migoczą jakby miały za chwilę zgasnąć. Jakby porządek wszechświata krył się w rozpadzie, a prawda tkwiła wyłącznie w tym co może za chwilę zniknąć. Mówił do niego słowami, które same chciałby usłyszeć. “Życie jest przecież samo w sobie linią. Gdzieś się musi zaczynać. Gdzieś musi dążyć. ” Traktował tego drugiego człowieku jak zaginionego brata . Łączyło ich wszystko. Ten sam wyraz twarzy przy goleniu. Te same niebieskie oczy na tle perłowych kafelków i delikatne zmarszczki na czole. Niewielki zarost, codziennie niemal identyczny, jakby jego ciało przeciwstawiało się subtelnym procesom przemiany nie pozwalając mu zmienić wyglądu. A może tylko on nie potrafił dostrzec różnicy. Do tej pory zaginiony, nagle jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności został mu oddany. Człowiek bez przeszłości. Zupełnie tak samo jak jego przeszłość wydawała się pokręcona i niejasna Jego głos brzmiał dziwnie obco. Brzmiał tak jakby ściany pochłaniały dźwięki, a następnie wyrzucały je zdwojoną siłą Gdyby mógł wyznaczyć moment zwrotny. Moment w którym wszystko uległo zmianie z pewnością byłby to ten dzień. Ten poranek w środku zbyt słonecznej, ale wciąż zimnej jesieni. Pory roku, w której ptaki snuły się po niebie dużymi zakolami, a jasnoskrzydłe jaskółki wydawały ciche piskliwe dźwięki świadczące o nieuchronnie zbliżającej się zimie. A może to wcale nie zima zmusiła ptaki do nieustannego ruchu tylko to niebo rozpadające się na trzy różnokolorowe pasma. Błękit, fiolet i żółć. Otworzył szerzej okno. Dźwięki miasta nasiliły się. Woń świeżego pieczywa z restauracji na parterze drażniła jego nozdrza nieprzyjemnym poczuciem porannego głodu, ale nie na tyle by zmusić go do zjedzenia czegoś. Dopiero trzeci dzwonek telefonu wyrwał go z zadumy. Poniósł słuchawkę tylko po to aby usłyszeć niekończący się monolog dziekana zaniepokojonego takim obrotem sprawy. W końcu urlop na początku semestru to rzecz niespotykana w kręgach akademickich- szczególnie wśród tak młodych pracowników. Teraz, gdy linie światła padającego na drewnianą posadzkę przeobraziły się w długie mgliste pasma, a do mieszkania przedostawały się przez czerwoną, flanelową zasłonę cienisto krwawe plamy, które pozostawiały na białych ścianach ulotną poświatę czerwieni. Gdzieś z głębi korytarza ze szpary w drewnianych drzwiach chłód wędrował coraz głębiej w kierunku przedpokoju. Czuł na gołych stopach powiew wiatru. Teraz wiedział, że wszystko mogło być zupełnie inne niż pierwotnie przepuszczał. Czasami zdawało mu się, że jest bohaterem nie swojej historii. Zwłaszcza w dni w których słońce przebijało się przez chmury jasnymi promieniami nie dając ani odrobiny ciepła, zastanawiał się czy jego życie byłoby takie same gdyby potoczyło się gdzieś indziej. Czy byłby w stu procentach tą samą osobą którą jest teraz. Zegar na ścianie wystukiwał właśnie dziesiątą. Słońce otoczyło kontury chmur jasnymi, niemal złotymi promieniami, wtapiając strzępki światła w szarzejący horyzont. Ptaki poderwały się do lotu. Rozbiegane czarne kreski wśród barw. W oddali migotały światła reflektorów samochodów jadących autostradą na wschód. Ale czy jakiekolwiek życie jest tak naprawdę wyjątkowe. - Czy nie jesteśmy skazani na powielanie wciąż tych samych schematów Wspomnienia krążyły po jego głowie jak mydlane bańki. Każde z minuty na minuty było coraz bardziej obce. Amherst leżało zaledwie dwie godziny jazdy samochodem od wybrzeża. Sprawdził tę informację na jednej ze stron internetowych. Poświęcił tym poszukiwaniom niespełna piętnaście minut. Wśród wszystkich nieprzydatnych rzeczy, którymi zaprzątał sobie wolny czas, ta wywarła na nim największe wrażenie. Ostatni raz widział morze na żywo dziesięć lat temu, gdy razem ze znajomymi ze studiów wynajęli mały domek koło Rhode Island. Nigdy się nie zastanawiał nad tym, czy chcę je znowu zobaczyć. Jednocześnie świadomość tego, że coś było tak blisko, a zarazem tak daleko w pamięci , tak daleko na osi czasu który przeminął, zasmuciła go. Mógłby przysiąc, że gdzieś na granicy świadomości, gdyby tylko skupił uwagę, gdyby wystarczająco się wyciszył, to z pewnością usłyszałby między warkotem samochodów, stukaniem śmieciarki Main Street szum morza. Paradoksalnie wiedział, że nie miało to znaczenia. Czas i miejsce. To tylko odgórnie ustawione ramy. Wiedział, że nazwy były jedynie punktami na mapie, odnośnikami, według których został poukładany świat. Każdy punkt sam w sobie nie miał przecież znaczenia. Liczyły się odniesienia. Osie według, których zbudowana była jego historia. Odległości zostały wyznaczone. Granice dawały poczucie przynależności. Trajektorie ruchu biegły po liniach wyznaczonych przez drogi. Rozumiał, że nie ma znaczenia skąd wyrusza. Springfield. Pittsfield. Amherst. Liczył się cel do którego zmierzał. Oczyma wyobraźni widział ścieżki, którymi mógł podążać. Drogi, które stały przed nim otworem, gdyby tylko wiedział czego​ tak naprawdę pragnie. Zawsze myślał, że czas nie jest linearny. Jest kaskadą nagłych wybuchów, których kolejność wyznaczają krótkie przebłyski świadomości. Z drugiej strony nigdy w życiu nie był tak daleko w sensie metafizycznym od tego kim był kończąc studia. Mieszkał tutaj z przerwami od niemal dwudziestu ośmiu lat. Z przerwami na studia i krótki epizod pracy w podrzędnej bostońskiej gazetce jako redaktor działu Łowiectwa. To był jego rodzinny zakątek. Przesiąknął nim jakby każdy fragment przestrzeni wyrył na jego skórze blizny, pozostawił ślady, których nie można było zetrzeć. Niewielka blizna na lewym nadgarstku, to pamiątka po skaleczeniu, którego nabawił się, gdy przechodząc przez płot nad trakcją kolejową, zaczepił koszulą o wystający gwóźdź. Czasami dotykając lewego policzka czuł ból i gorąco jakby nie było to tylko wspomnienie, lecz dosłownie przed chwilą dostał pięścią w twarz od Ethan’a ostatniego dnia szkoły. Już nawet nie pamiętał twarzy dziewczyny, o którą się pokłócili. W przeszłości ze spokojem mógł powiedzieć, że znał to miejsce tak jakby było przedłużeniem jego istoty, ale nie teraz. Teraz wszystko uległo zmianie. Patrząc na świat z perspektywy okna na drugim piętrze starej kamienicy jego życie zdawało się być jedynie fotografią. Obrazy nachodziły na siebie. Sceny życia tworzyly marnie przemyślana kompozycją w której centralny punkt obrała miłość do kobiety, której nigdy tak naprawdę nie znał. A może przeszłość istniała tylko w jego głowie. W jego wyobrażeniu o sobie. A to co pamiętał tak naprawdę znaczyło coś innego. Czy mógł tak bardzo mylić się co do samego siebie? Przed wejściem do kamienicy stała kobieta. Miała na imię Slavie. Poznali się parę lat temu. Przypadkowo. W jednej z tych kawiarni w których w powietrzu unosi się zapach świeżo upieczonych rogalików z czekoladą, a ekspres do kawy wydaje cichy, ale stanowczy dźwięk przelewającej się w jego wnętrzu czarnej płynnej mazi. Kupując latte z dodatkową porcja mleka, omyłkowo zabrał jej kubek. Zapytała go wówczas czy wie gdzie jest najbliższy postój taksówek. Dopiero przyjechała z zagranicy na studia. Teatrologia. Podała swoje imię. Obce. Nie pytał z którego kraju pochodzi. Wtedy też z drzew spadały kolorowe liście, a powietrze osnute było przez poranną mgłę, jakby to chwilowe piękno, te powidoki, miały sprawić, że każdy kto na nie spojrzy na chwilę ulegnie wrażeniu, że wszystko było i trwać zawsze jak spektrum, podstawa która nie ma prawa przeminąć. Gdy mijał ją niemal codziennie w drodze do pracy, zawsze mimowolnie zastanawiał się czy ta pierwsza rozmowa była tylko krótką wymiana informacji czy niewinnym flirtem. Już wtedy chciał ją zaprosić na kawę. Tak naprawdę wiedział o niej tylko kilka nic nieznaczących szczegółów. Na przykład piegi utworzyły na jej policzkach ciekawy wzór, który z oddali wyglądał jak doskonale przemyślany tatuaż. Delikatne kropki kontrastowały z błękitnymi oczami. Brązowe włosy, sięgające do ramion, zawsze w nieładzie, zawsze smagane wiatrem, którego było tutaj dużo niezależnie od pory roku. Wyszła z psem na spacer. Trzymała papieros w rękach nonszalancko strzepując popiół na chodnik. Ubrana była w lekki, plisowany płaszcz z koronkami po bokach. Z pod spodu wystawały skrawki czegoś, co mogło być nocną koszulą. Wyglądała jak monument ozdabiający wejście do parku. Fragment krajobrazu. Ostatnio często mu się to zdarzało. Obserwował świat z zupełnie innej perspektywy. Krótko ścięty buldog szczekał na szarego kota sąsiadki z naprzeciwka. Wabił się King. Spojrzała w jego stronę. Uśmiechnął się nienaturalnie ściągając górną wargę. Tak naprawdę przyglądał się całej sytuacji z rosnącym zaciekawieniem, bo zdał sobie sprawę, że wszystko wokół stało się obce, jakby to, co do tej pory miało znaczenie nagle przestało istnieć. Nie było to nagłe objawienie. To uczucie narastało w nim stopniowo jakby ktoś powoli pompował balon. Lada chwila rozciągająca się pod wpływem powietrza powłoka pęknie z hukiem i rozsypie się na miliony drobnych kawałków. Ten sam krajobraz, który towarzyszył mu codziennie rano podczas posiłków, gdy wypijał kawę siedząc na parapecie okna, teraz wyglądał tak drastycznie inaczej, że nie mógł zrozumieć, dlaczego wcześniej tego nie dostrzegał. Równo przycięte krzewy bukszpanu. Drzewa ustawione w precyzyjnej odległości od siebie. Chodnik z siateczką pęknięć na pozór identyczną, co ta widziana lata temu, gdy po raz pierwszy uczył się jazdy na rowerze. Te same struktury betonowych płaskorzeźb, puzzle ułożone z płytek chodnikowych, przez które ciągnął walizkę na studia i te same, gdy wracał, teraz wyglądały zupełnie inaczej. Tak naprawdę wszystko było inne. Nieznane. Nawet te pozornie nienaruszone elementy przestrzeni zmieniały się. Wzór pęknięć powiększył się pod wpływem nacisku stóp, które przechodziły tą drogą nieustannie przez te wszystkie lata. Czas płynął nawet, gdy wydawało mu się, że stoi w miejscu. Nigdy nie wyrzucał kartek z kalendarza. Łudził się, że będą mu jeszcze do czegoś potrzebne. Przechowywał je w szafce w kuchni, wierząc, że te dni kiedyś powrócą, lecz to była tylko iluzja. Naiwny sen. Teraz dostrzegł, że jego życie tak naprawdę biegło w przód nawet, jeżeli on sam tkwił w miejscu. Nie było rady. Musiał pogodzić się z tym ruchem. Musiał zaakceptować odejście Margaret. Gdyby chciał opowiedzieć komuś o…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%