Fantasy · 26 min czytania
Kostuch, Wytrych i Miecz Święty ( tytuł roboczy )
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział I W karczmie panował okropny zaduch. Kurzyło się z potraw, z fajek i z dymiących głów gości, nie żałujących sobie wszelkich trunków w ten ciemny, deszczowy wieczór. Przy starych, dębowych stołach siedziały wszelkiego rodzaju indywidua, od zwyczajnych, spokojnych kupców, rozprawiających o ostatnich cenach gorzkiej reskiej i klepiących młodą, ładną służkę gdy ta podawała im trunki, miejscowych chłopków rozprawiających o tegorocznych zbiorach ( „kiepsko, pane, kiepsko” ), aż po co bardziej znanych w okolicy oprychów, jak Krzywy Ron czy Henry „Cmoknij mnie w pompę” Harrison. Gdzieniegdzie dało się nawet ujrzeć szerokie, brodate krasnoludzkie postacie, skupione w kilkuosobowych grupkach i gawędzące o własnych krasnoludzich sprawach i wychylających kufle piwa bez zmrużenia okiem. Na wolnym ogniu pośrodku sali, ledwo mieszcząc się pomiędzy tłumami, ustawiony był rożen z wbitym weń prosiakiem, którym wolno obracał pomocnik karczmarza, barczysty, dwudziestoletni chłop o tępym spojrzeniu i ciężkiej pięści. Pełnił on jednocześnie funkcję sprzątacza i ochrony „lokalu”. Gospoda ta, wciąż być może stojąca na swych lekko podgniłych fundamentach, zwała się „Pod Smętnym Bardem”, i miała swą krótką, acz bogatą historię. Kilkadziesiąt lat przed dniem w którym zaczyna się nasza powieść, w tej części Arduiny znanej jako województwo Reskie zapanowała wielka, niewidziana od setek lat susza. Plony szybko poumierały, a ceny żywności wzrosły do niebotycznych rozmiarów, najnędzniejszy bochenek chleba stał się luksusem na który prości chłopi nie mogli sobie pozwolić. Jak nietrudno się domyśleć, chłopstwo nie zechciało pozostać głodne zbyt długo, i ruszyło na zamek wojewody reskiego Hugranta, dysponującego zapasem pożywienia mogącym wystarczyć na długie tygodnie. Gdy jednak okazało się że cały chleb sczerstwiał pod wpływem klimatu, rozwścieczony tłum sięgnął po stare, dobre widły i zaatakował kasztel,który jakimś cudem ( wersje są różne, od zbawczej ręki Światła po zdradę służących, którzy przynosili obrońcom na murach złe rozkazy ) zdołali zdobyć. Po powieszeniu wojewody* (*- który i tak już prawdopodobnie nie żył, gdyż udławił się pajdą czerstwego chleba, którą uraczył go jego własny pachołek, jedenastoletni blond chłopaczek o mętnym spojrzeniu, zawsze tajemniczo skromnie ubrany ) i ograbieniu zamku, tłuszcza nie do końca wiedziała co ma ze sobą zrobić. Wtedy to pojawił się on. Chudy, wysoki jak tyka mężczyzna wlazł na sam szczyt stryczka, z wiszącym wojewodą u stóp, i nawoływał do ruszenia na stolicę celem „dostania tego co należy się biednemu człowiekowi”. Przedstawił się jako Rybalt, prosty śpiewak, i to jest wszystko co o nim wiadomo do dziś. Nowo obrany przywódca rozpoczął jednak od zaprowadzenia swojej armii na wieczorny odpoczynek do znanego nam już „Smętnego Śpiewaka”, wówczas skromnej, nienazwanej karczemki. Tam dokończył swego żywota, budząc się w środku nocy z niezbyt romantyczną, zardzewiałą rohatyną wbitą w pierś, tak że został przybity do łoża. Ostatnim, dziesięciominutowym tchnieniem wydał z siebie wtedy jeden z najpiękniejszych utworów jaki słyszała Arduina, nazwany potem „Balladą o Smętnym Śpiewaku”, romantyczną opowieść o losie darzącym równo łaską i karą. Od tego czasu gospodarz, łebski jegomość i prapraprzodek obecnego właściciela, własnoręcznie namalował szyld z bardem o przebitym sercu, nazwał swój przybytek i otworzył mieszek na nagle spływające zewsząd srebro. Jego praprawnuk dzielnie kontynuował dobrą passę karczmy, popełniając jedyny błąd w postaci zatrudnienia śpiewaka, mającego cieszyć publiczność swym głosem i przypominając o legendzie Rybalta. Efekt był raczej taki że goście zatykali częstokroć uszy aby nie słyszeć jęków które wydawał z siebie ten nieszczęśnik. Nawet jednak on, śpiewając o „dziewczynie z Litochoro”, nie był w stanie wystraszyć przybysza który właśnie wszedł do sali, przynosząc ze sobą chłodną aurę deszczowej nocy i wzbudzając swym wyglądem konsternację wśród gości. Przybysz ubrany był w szeroki, ciężki płaszcz, o wypłowiałej, kiedyś być może jasnobrązowej barwie, spod którego widać było jedynie stopy w butach z twardej skóry o okutych podeszwach oraz grube, skórzane rękawice. Twarz ukryta była w mroku kaptura, a gdy światło ogniska na moment rozjaśniło pomieszczenie jaśniejszym płomieniem, ukazało niemłodego, zmęczonego mężczyznę o ciemnym zaroście przetykanym siwizną. Nieznajomy omiótł wnętrze i gości spojrzeniem, po czym niespiesznie, stawiając długie, ciężkie kroki, podszedł do karczmarza, grubego jegomościa o rozlanej twarzy, płaskim nosie i błyszczącej łysinie, który siedział za ladą i dłubał w nosie, co jakiś czas wołając na służącą bądź chłopca. Nieznajomy usiadł przed nim na małym, drewnianym stołku, który niebezpiecznie zachrobotał pod ciężarem mężczyzny. - Siądź lepiej na drugim, pane – mruknął grubas, wskazując krzesło obok, wyglądające niewiele zresztą lepiej. Mężczyzna usłuchał i przesiadł się. - Daj mi, proszę, piwo – odezwał się wcale miłym dla ucha tenorem, niezbyt pasującym do całej postaci, nawet jeśli był to tenor człowieka zmęczonego, który widział wiele i robił jeszcze więcej. - Zawołaj służoncą, jeztem zajęty – odburknął gospodarz. Wyjął palec z nosa i w zadumie przyjrzał się znalezisku, jakby wcale nie przejmował się obecnością gościa. - Wolałbym dostać je z twoich rąk, karczmarzu. O ile wcześniej je wytrzesz. Nie mam szczęścia do kobiet – odparł spokojnie klient. Karczmarz zerknął na niego leniwie, po czym wytarł palec w fartuch i niespiesznie odszedł od lady, by po chwili powrócić z pełnym kuflem piwa. Po dłuższej chwili kufel był pełen tylko w połowie. - Niee, tego nie da się pić – mruknął nieznajomy – nie masz czegoś mocniejszego? - Zawsze mogem ci dać Złoto Kalksteina, ale to drogi trunek, pane – odparł gospodarz, nagle z odrobiną pokory w głosie, pilnie przypatrując się gościowi. Tamten oparł się prawym ramieniem o kant ławy i zamyślił, stukając palcami o blat. Po chwili twierdząco pokiwał głową. Grubas ponownie zwlókł się ze stołka, stękając przy tym z wysiłku, i wolnym krokiem poprowadził gościa do spiżarki. Praktycznie cały sufit pomieszczenia zasłonięty był przez pęta kiełbas i kawały wędzonego mięsiwa. Całą jedną ścianę zajmował kredens, pełen serów, chleba, czosnku i innego jedzenia, dzieląc miejsce z koszami pełnymi owoców. Naprzeciwko stały beczułki z piwem, między innymi jedna szczególnie wielka, o wysokości dorosłego człowieka i szersza nawet od właściciela, który właśnie do niej podszedł. Karczmarz uchwycił ją po obu stronach i od toczył na bok z łatwością znamionującą wielką siłę, niespodziewaną pod zwałami tłuszczu i zawalonym brudem, niedobrze pachnącym fartuchem, odsłaniając przemyślnie ukryte, nieduże drzwiczki. Pogmerał chwilę w kieszeni i wyjął z niej mały kluczyk, którym przekręcił zamek w drzwiach. Oczom dwójki ukazało się wąskie, zatopione w mroku przejście, prowadzące, jakżeby inaczej, w dół. - Idźcie pierwszy, pane – odezwał się karczmarz, podając nieznajomemu zapaloną pochodnię. Tamten wziął ją bez słowa i, pochylając się, wszedł do tunelu. Za nim, z trudem przepychając się przez drzwi i następnie zamykając je, wlazł karczmarz.
* Ani gruby gospodarz, ani nieznajomy mężczyzna nie zauważyli przypatrującej im się z ukrycia pary oczu. Należały one do raczej niskiego i szerokiego osobnika, ubranego na czarno z wyjątkiem dużych, dziwnie wyglądających gogli o metalowych obwódkach i niebieskich szkłach zdobiących mu czoło, położone przez Matkę Naturę tuż pod wyjątkowo zarośniętą głową, przypominającą sławnego Fredricha Chopenberga, sławnego muzyka znanego z tego że często gubił nuty we własnych włosach. Jego skupioną twarz zdobiła brązowa broda, spleciona w pięć krótkich warkoczy, z których jeden właśnie moczył się w kuflu piwa. Przez pierś przewieszoną miał małą torbę. - Hej, Hareg, na co się tak patrzysz? – spytał go jeden z kompanów, niemłody już człowiek ze śladami ospy na ciele i wyrazem twarzy jakby miał zamiar skopać swoją babcię. Szturchnął krasnoluda ramieniem. Ten kiwnął głową w stronę zakapturzonego przybysza, po czym postukał palcem w torbę. Zadzwoniło metalicznie. - Aaa, to takie buty – ospowaty zarechotał, ukazując dentystyczne Eldorado – myślisz że ciężką ma sakiewkę? Nie wygląda na takiego co mu się przelewa – krasnolud szepnął kompanionowi coś do ucha, po czym zrobił tajemniczą minę i zamilkł. – Znaczy się że tajne? No dobra, nie chcesz to nie mów. A przywalić mu nie będzie trza? Krucho u mnie z forsą, a pić trza. Złodziej pokiwał głową, sięgnął do kieszeni i położył przed bandziorem parę sztuk srebra. Tamten zgarnął je szybko ze stołu nadzwyczaj zręcznym ruchem i momentalnie zawołał na służącą. Krasnolud zdążył jeszcze usłyszeć „twoje zdrówko, Hareg!”, po czym wtopił się w tłum, ze wzrokiem utkwionym w swój cel, aktualnie wstający z krzesła i podążający za karczmarzem. Po długiej chwili i parokrotnym użyciu łokci, w końcu przelazł przez ciżbę i dostał się do spiżarki. Pierwszym co rzuciło mu się w oczy były drzwiczki, niczym nie osłonięte po przejściu karczmarza i tajemniczego nieznajomego. Złodziej ostrożnie do nich podszedł, popatrzył przez dziurkę od klucza i… poczuł jak ktoś chwyta go za kołnierz i podnosi w górę. Został obrócony niczym kociak, po czym spotkał się twarzą w twarz z pomocnikiem karczmarza. Barczysty chłop wpatrywał się głupio w krasnoluda, lecz jego pięść już podnosiła się do góry, zaciskając wszystkie pięć palców w czymś co miało być lekką wersją uderzenia tarana. Krasnolud nie tracił ani chwili, wymierzając swemu przeciwnikowi cios czołem. Dało się słyszeć brzdęk, po czym złodziej opadł na ziemię, a pomocnik padł na wznak, wciąż z głupim wyrazem na twarzy. Hareg sięgnął w głąb swej fryzury, i po chwili wyciągnął stamtąd metalową płytkę, lekko wygiętą pośrodku. Popatrzył złośliwie na leżącego, po czym odrzucił żelazo i powrócił do drzwi. Przyjrzał się zamkowi i prychnął z niezadowoleniem. Sięgnął do torby, z której wyjął długi, wąski pasek metalu, który włożył pomiędzy drzwi a framugę i powoli posuwał w górę, aż usłyszał dźwięk spadającego skobla. Pokiwał głową z dezaprobatą, starając się przypomnieć sobie gorzej chronione drzwi, po czym otworzył je na oścież. Oczom jego ukazał się ciemny, wąski tunel o schodach prowadzących w dół. Widząc to, krasnolud ponownie sięgnął do swej torby, tym razem wyjmując z niej małe drewniane pudełeczko. Gdy je otworzył, ciemności korytarza zostały rozjaśnione przez delikatne światło promieniejące z małego kamyczka o barwie księżyca. Był to tak zwany księżycowy promień, rzadko spotykany klejnot, ceniony zarówno przez kolekcjonerów jak i wszelkiego rodzaju „ludzi pracujących nocami”, przynajmniej takich których stać na wydatek rzędu kilku tysięcy talentów bądź… kradzież takiego przedmiotu. Złodziej popatrzył w mrok, popatrzył za siebie, westchnął i zanurzył się w ciemności.
* Schodów było dużo. - Długo jeszcze, karczmarzu? – spytał podróżnik, pokonując kolejny stopień za stopniem – Nie wiem jak długo idziemy, ale straciłem rachubę przy trzysetnym stopniu. - Się pane nie martw, jeszcze tylko trzy pajonki, czternaście poszczerbionych kamieni i wypalona pochodnia – odparł grubas, pomrukującp od nosem – i byndziemy w domu. - Czyli ile mamy schodów do przejścia? – dopytywał się niecierpliwie nieznajomy. Karczmarz rozcapierzył grubą dłoń i zaczął powoli liczyć palce, najpierw prawej ręki, potem lewej. Spojrzał na swoją prawą stopę, potem lewą. - Eee… dwadzieścia… Nieznajomy otarł z ulgą czoło. - I mnóstwo. W półmroku zabrzmiał plask, jakby ktoś uderzył się po twarzy. Po chwili nieznajomy skierował wzrok w dół i zaczął zastanawiać się ile już widział pękniętych kamieni. *
Z otępienia wyrwał go głos gospodarza, twierdzący że „to tutaj”. Brodaty gość rozejrzał się wokoło. Faktycznie, w kącie była pajęczyna, w ścianie widać było pęknięty kamień, a tuż obok niego stojak z dawno już wypalonym łuczywem. Do całego obrazu nie pasował tylko jeden szczegół. - Nigdzie nie ma drzwi – odezwał się brodacz. Po chwili w jego umyśle zapaliła się lampka, i uderzył się w czoło. „Głupku!”, pomyślał, „idziesz do pracowni mistrza Kalksteina i oczekujesz że będą do niej prowadzić drzwi” Hmm… jak by to… - Aha! – zakrzyknął, po czym stanął na jednej nodze, podskoczył dwa razy i zaklaskał. Dziwny taniec najwyraźniej był efektywny, jako że gdy tylko przebrzmiało echo klaśnięcia, nasza dwójka usłyszała zgrzyt odsuwających się niemalże pod ich nogami kamieni. Po chwili ich oczom ukazała się nieduża szczelina z wiodącą w głąb drabiną. Z głębin wydobywało się odległe światło, jakby bardzo daleka pochodnia.…