Akcja · 42 min czytania
Koszykarze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Koszykarze
Matista
Początek końca.
Wiedział, że może to być jego ostatnia decyzja. Jeśli się pomyli lub zawaha będzie pokarmem dla tych kreatur. Nie znał ich taktyki, sposobu rozumowania ani nawet do końca, czym są. Był za to pewny, że nie są ludźmi, ale za to uwielbiają naszą rasę za … smak. Widział jak porwali jego sąsiada, z którym czasem zamieniał kilka zdań w sobotę przy sąsiedzkim grilu. Zawsze rozbawiony a zwłaszcza po kilku piwach … gdy te dziwadła go ciągnęły nie wydawał się już taki wyluzowany.
Chciał mu wtedy pomóc, ale się bał. Widział dwie wielkie postacie, które z łatwością biegły ciągnąc sporego sąsiada jak zabawkę. Przekonał się, iż dla tych potworów to nie zabawka a raczej obiad.
Schowany w zaułku po przeciwnej stronie ulicy obserwował cienie trzech postaci. Nagle jedna z nich w magiczny sposób się rozmnożyła … te dwa potwory rozerwały tego biedaka. Odwrócił wzrok i jeszcze bardziej skulił się w cieniu budynku pralni chemicznej.
Ludzie zawsze opisywali kosmitów jako zielone małe ludziki z dużymi głowami, którzy chcą nam przekazać wiedzę, ale ich oczekiwania zostały bardzo poważnie zweryfikowane. Gdy chodzili posturą przypominali ludzi. Wyprostowana postawa, ponad dwa metry wzrostu, nogi, ręce. Reszta to już same różnice. Ciało pokryte skóra przypominająca łuski. Wielkie głowy względem ciała. Nie biegali też jak ludzie. W biegu przypominali gepardy. Nisko pochylone, poruszające się na dwóch parach odnóży i piekielnie szybcy. Szczęka pełna ostrych jak brzytwy zakrzywionych zębów. Idealne maszyny do zabijania.
Część 22 / 5
Nie skontaktowali się z rządem, żadnego państwa. Nadali tylko krótką informację niszcząc cała elektronikę na ziemi za pomocą naszych własnych satelitów. W ciągu trzydziestu sekund spowodowali chaos informacyjny. Czym są nasze informacje bez telewizji i Internetu? Plotkami, które przechodzą z jednych ust do drugich. Brzmi to niehigienicznie, ale tak jest. Przybyli na naszą planetę żerować a nie dyskutować. Ich zamiary były jasne zanim wylądowali. Bez broni, słów po prostu zaatakowali jak zwierzęta, ale tak musiało się stać skoro nawet przypominali gepardy, które ukradły skórę aligatorom. Ze zdjęć podanych przez rząd do publicznej informacji można było stwierdzić, iż ich statek wyglądał jeszcze dziwaczniej. Nie był to metalowa konstrukcja. Wyglądała na zbudowany z jakiejś żywej tkanki przypominającej ich skórę. Po informacjach na temat ich pojazdów zwiadowczych wynikało, iż są w całości zbudowane z tkanki.
Teraz kilka godzin po tych wydarzeniach musiał się skoncentrować na swoim zadaniu, które wyglądało tak żeby w jego tyłek nie wgryzł się żaden obcy. W tym samym zaułku, w którym przesiedział dobre dwie godziny ukrywając się znalazł starego forda mustanga. Wiedział, że nie będzie łatwo zdobyć benzynę do tego starego grata, ale nie miał zamiaru iść na piechotę ponad 100 kilometrów. Wyprawa do bazy wojskowej to jego jedyna szansa na przetrwanie trochę dłużej niż kilku godzin w mieście.
Plan był prosty. Dystrybutor nr.3 znajdował się po prawej stronie stacji lekko odsunięty od budynku. Zresztą i tak nie miał zamiaru płacić, ponieważ kasjer-potwór raczej nie potrafił liczyć, aby wydać resztę. Nie był też sam. Kręcili się tam jego koledzy i nie miał zamiaru sprawdzać czy już są najedzeni a może chcą jeszcze przystawkę.
Już prawie miał ruszyć w kierunku stacji, gdy za jego plecami dało się słyszeć przyśpieszony oddech. Jednym szybkim ruchem obrócił się i zamachną plastikowym kanistrem. Tylko kilka centymetrów zabrakło do celnego ciosu.
Duży czarny facet na oko po czterdziestce uchylił się od ciosu, ale utrzymał równowagę.
- Oni nie atakują z zaskoczenia – powiedział z lekki uśmiechem na twarzy. - Przepraszam Pana, ale myślałem, że to te bydlaki. - Może pomożesz mi wstać jestem trochę poobijany. - Tak oczywiście … jeszcze raz przepraszam – zmieszany pomógł wstać nowemu znajomemu. - Chyba nie jest zemną tak źle skoro dałem rade uciec tym dryblasom i na dokładkę zrobiłem unik jak karateka. - Dał Pan rade im uciec? - Nawet nabiłem jednemu z nich sporego guza. Widzę młody, że wpadłeś na dobry pomysł, ale obsługa na tej stacji podobno jest kiepska. - Poradzę sobie sam z tankowaniem – na dodatek był zabawny, choć Wergi miał dziwne uczucie, że nie może mu ufać. Wydawał się nie przejęty sytuacją a ta wręcz go bawiła. - Rozumiem, że znalazłeś jakiś samochód na chodzie bez tej chińskiej elektroniki? - Stary mustang, ale za to z klasą. - Dobry wybór, czyli oprócz dobrego refleksu masz też podobny gust do mojego. - O gustach się nie dyskutuje a na dodatek muszę się pośpieszyć. - Fakt te dryblasy dostały kilka prawych sierpowych, ale mogły mnie śledzić a ci na stacji też nie będą chyba tam nocować. Jak mogę ci pomóc? - Zostając tutaj i pilnując tyłów. - Oberwałem dość mocno i to chyba dobry pomysł mógłbym narobić hałasu rozwalając im głowy. - Samochód jest dwie ulice dalej w zaułku. Jak tylko napełnię kanister biegniemy tam i tankujemy brykę. - Plan na jakieś 10 minut a potem, co? – Zmarszczył brwi i czekał na odpowiedz. Opowiedział mu o plotce, iż najbliższa baza wojskowa będzie otwarta tylko do zachodu słońca, czyli jakieś osiem godzin. Miał to być tymczasowy schron dla okolicznych mieszkańców. Prawda była taka, iż większość ludzi została po prostu zjedzona przez nowych gości. Ulice były puste nie licząc porzuconych samochodów, które nie nadawały się do użytku przez ten dziwny impuls zaraz po przybyciu obcych. Był to chyba rodzaj broni, którą niszczy całą elektronikę. Naukowcy nazywali to impulsem elektromagnetycznym czy jakoś tak. - Nie jest to może plan w stylu Napoleona synu, ale lepiej taki niż żaden. – Mam nadzieję, że ten facet nie wpędzi mnie w jeszcze większe kłopoty – Pomyślał - Już czas. Nie ma, na co czekać. – Jedno szybkie spojrzenie na ulicę oraz stację i ruszył.
Powoli nie spiesząc się, aby nie popełnić błędu dotarł do małej wysepki z krzakami oddzielającej ulicę od placu przed stacją. Oprócz jego oddechu nie było słychać zupełnie nic. Odczekawszy parę sekund ruszył w stronę dystrybutora nr.3 w prawej części stacji. Pochylony jak najbardziej uważał, aby nie uderzyć kanistrem o ziemię.
Część 33 / 5
Po dwudziestu metrach dotarł na miejsce. Oparł się plecami o dystrybutor i nasłuchiwał. Spojrzał w kierunku uliczki gdzie miał czatować na tyłach jego nowy kompan. Nie było go tam. Wystraszony miał obraz przed oczami jak obcy rzuca się na niego i go rozszarpuje. Musiał działać. Facet jest dorosły. Wychylił się ostrożnie za dystrybutora, aby sprawdzić gdzie znajdują się gepardy. Kolejna fala strachu i niepewności nadciągnęła z otwartego morza. W budynku stacji nie było już „kasjera” ani reszty jego kompanów. Zauważyli go jak dobiegał do stacji a może gdzieś się zaczaili czekają aż zdradzi swoją pozycję. Najlepszym sposobem, aby się przekonać jest wykonać jakiś ruch. Skoro już tu był postanowił zaryzykować. Wstał do poziomu wysokości dystrybutora i prawą dłonią chwycił spust węża. Wąż zahaczył o coś po drugiej stronie dystrybutora i narobił hałasu.
Tym czymś była miotła z drewnianym kijem ustawiona obok. Pierwsza myśl, jaka mu przebiegła po głowie to „chyba mam zawał”. Nie to po prostu skok adrenaliny, która wyostrzyła zapachy i dźwięki na około niego. Był tu już dobre kilka chwil, ale dopiero teraz poczuł specyficzny zapach stacji. Woń spalin i gazu LPG uderzyła z całą siłą. Wbrew pozorom miał szczęście, ponieważ to jedyna rzecz, jaka go uderzyła w głowę. Nie sprowadził na siebie kłopotów tą przeklętą miotłą. Nie czekając na kolejne niespodzianki przystawił spust do kanistra i napełnił go do pełna. Wiedział, iż może to być za mało paliwa, aby dojechać na tym do bazy. Po drodze na pewno będzie jakaś opuszczona stacja lub inny samochód, którego spuści benzynę. Nie odkładając na miejsce węża znów w pochylonej pozycji pognał na przeciwną stronę ulicy. Tym razem nie zatrzymał się przy krzakach. Jeśli ktoś miał go zauważyć dawno to zrobił.
Ucieczka.
Gdzie on się podział? Zjadły go te potwory czy po prostu uciekł? Nie mógł go szukać, ponieważ ktoś mógł znaleźć jego. Skończyłby jako kolacja lub, co najwyżej jako podwieczorek. Zresztą nie podobał mu się ten gość. W ciągu tych kilku godzin od początku tego horroru kulinarnego nie potrafił pomóc sąsiadowi, ponieważ bał się o siebie. Teraz ledwo znalazł żywego człowieka a ten wyparował. Mając nadzieję, że nie został ostatnim przedstawicielem swojego gatunku ruszył do samochodu. Pogrążony w myślach otworzył drzwi od strony kierowcy. Chwycił klucze, które tam zostawił nie obawiając się o kradzież tego staruszka bez kropli benzyny w baku i znowu ta sama myśl „zawał jak nic”. Na siedzeniu pasażera odnalazł się jego nowy kolega.
- Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. - Miał Pan czekać naprzeciwko stacji! - Nie Pan tylko Teo od Teodora a poza tym te dryblasy z tej stacji wyszły tylnym wyjściem w kierunku mostu. - Myślałem, że Pana załatwili. - Mów mi Teo i jestem ostatnią osobą, którą te dryblasy łatwo by sobie poradziły. - Dobra TEO tankujemy i spadamy z tego dużego talerza. – Chwycił ponownie kluczyki, aby otworzyć zbiornik paliwa. - Może bruderszaft? - Benzyną? Mówią mi Wergi od Wergiliusza. - Zabawny gość i zabawne imię. - Moi rodzice po prostu mieli poczucie humoru a ja za to płaciłem w piaskownicy. - Faktycznie to imię nie ułatwia życia, ale za to jak przedstawisz się tym dryblasom może zaczną się śmiać i kupisz nam trochę czasu. - Miło, że okazałem się przydatny. Napełnił bak mniej więcej do połowy.
- Chyba starczy. – Powiedział do siebie szeptem. Wskoczył na siedzenie kierowcy i przekręcił kluczyk. Z przyzwyczajenia zerkną w lusterko i zobaczył jednego z tych brzydali. Ten chyba w dzieciństwie miał wypadek, ponieważ wyglądał paskudniej od kolegów. Wergi nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu. Położył tylko stopę na pedał gazu. Tamten piękniś też ani drgną. Trwało to już dobre kilka chwil aż zapomniał, że na siedzeniu pasażera siedzi Teo. Zerkną na niego. - Co tak się przyglądasz? Jedziemy czy nie? - Lepiej zapnij pas. – Na twarzy Wergiego można było dostrzec przelotny uśmiech. Jednym szybkim zestawieniem ruchów wrzucił wsteczny i docisną gaz do podłogi. Silnik zawył na wysokich obrotach. Samochód po chwili chwycił asfalt i ruszył do tyłu na tego brzydala. Teo nie wiedząc, co się dzieje już bez ociągania zapiął pas i zerkną na Wergiego potem w tylną szybę. Zobaczył chyba największego z tych obcych jak do tej pory. Poza tym nie grzeszył urodą. Dryblas ruszył na nich, ale to oni dwa mieli przewagę. Jeszcze kilka metrów. Co ten potwór ma zamiar zrobić? Skoczy i wpadnie przez tylnią szybę? Trzy, dwa, jeden i właściwie nic wielkiego. Odgłos przejechanego progu zwalniającego o jakieś trzydzieści kilometrów na godzinę za szybko. Tylna szyba była cała tak samo jak oni i samochód. Żadnego krzyku czy jęku. - Chyba coś przejechaliśmy! – Teo zaczął się śmiać. Po chwili łzy napłynęły mu do oczu ze śmiechu. Wergi tylko się przyglądał z zadowoleniem nowemu koledze i dumą, że wpadł na pomysł rewanżu na tych obcych. Bezwładna kupa mięsa leżała przed samochodem. Odpiął pas i wyszedł. Zrobił zaledwie dwa kroki a to coś o drgnęło i spróbowało wstać. Wystraszony szybko wskoczył do mustanga i wrzucił jedynkę. I znów to samo uczucie tylko nieco słabsze.
- Tak dla pewności, że nie wstanie. Teo znowu wybuchną śmiechem. Ruszyli wyjeżdżając z tego przeklętego miasta. Mieli do przejechania jakieś sto kilometrów i siedem godzin do zachodu. Zostawili za sobą wielkie i dla odmiany ciche i ciemne miasto. Wjechali na autostradę mijając rozbite i porzucone samochody. Na horyzoncie było widać kilka słupów dymu i obraz zniszczenia. Nad głową mignęła im tablica informacyjna z napisem Los Angeles.
Część 44 / 5
Spotkanie.
Jechali już dobrą godzinę. Droga nie okazała się łatwa. Po paru kilometrach musieli zjechać z autostrady, gdy zobaczyli przed sobą cysternę zagradzającą trzy pasy. Teraz jechali jednopasmową drogą a na około nich puste połacie ziemi.
- Wergi właściwe to, w jakich okolicznościach poznałeś naszych nowych wrogów? - Może dziwnie to zabrzmi, ale jeden z ich statków zaparkował mi w ogródku a właściciel dostał lanie. Potem to już z górki ucieczka z domu tylnym wyjściem i schowanie się w najciemniejszym miejscu, aby nie zostać obiadem. Po pierwszej panice wyszedłem z ukrycia i znalazłem tego Mustanga. Resztę już znasz. - A rodzina? Mieszkałeś sam? - Sam jak palec. Rodzina mieszka w Europie ja tutaj spełniam swój Amerykański sen, który przerodził się w koszmar. - Tak te bydlaki lądują w ogródku i psują cały dzień. - To też, ale koszmar zaczął jak straciłem pracę przez ten kryzys i chcieli mi zabrać dom. Teraz mogą sobie go wziąć nawet z zawartością ogródka. A twoja historia? - No na pewno nikt mi nie wylądował w ogrodzie. Prowadzę hmm a raczej prowadziłem zakład fryzjerski. Miałem klienta na fotelu, gdy jeden z tych dziwadeł wpadł do zakładu i zaczął ganiać klienta. Rozszarpał go a potem, rzucił się na mnie. Dałem nura na zaplecze i tylnym wyjściem wyskoczyłem na ulicę. Myślałem, że byłem sprytny, ale tam już czekał jego kumpel. Dostał, odemnie pokrywą kontenera na śmieci aż nakrył się łapami. Chwilę biegu na oślep i znalazłem ciebie czającego się za rogiem. I tak w skrócie to wyglądało... uważaj!
Hamulce zapiszczały jak szalone. Przed nimi rysowała się sylwetka statku. Był to chyba inny rodzaj niż te zwiadowcze. Dużo dłuższy i tylko nieznacznie wyższy. Ociekał śluzem tak samo jak ten w ogródku Wergiego. Statek przeorał dużą cześć pustkowia otaczającego L.A. zostawiając za sobą rów głęboki na około trzy metry. Zatrzymał się dopiero na wzniesieniu, na którym była położona droga. Oboje bez słowa zerknęli na siebie pytająco. - Co robimy? – Spytał Teo. - Omijamy i spadamy stąd byle dalej od tego. - Nie korci ciebie żeby zobaczyć czy ma perskie dywany w środku? - Niech zgadnę już zdecydowałeś? – Wergi miał złe przeczucia. - Idziesz czy zostajesz? - Jak nas złapią ty robisz za pierwsze danie.
Wysiedli z auta nie odwracając wzroku od ogromnego statku. Miał jakieś pięćdziesiąt metrów długości i góra siedem wysokości. Wyglądał bardziej jak duża rura niż statek. Do tego ten dziwny materiał, z którego był zbudowany ociekał śluzem, który błyszczał w słońcu. Na całej długości było widać tylko jedno miejsce, które mogło być wejściem. Cztery na dwa metry tkanki w innym odcieniu wydawało się być drzwiami. Obok nich znajdował się symbol spirali.
- To chyba dzwonek. - Na co czekasz dzwoń może ktoś otworzy – Wergi jednak modlił się żeby nikogo nie zobaczyć po drugiej stronie. - Na trzy i dzwonie - Przestań Teo to nieszklana pułapka. I znów ten moment wyczekiwania aż kolejna cegła spadnie im na głowę. Ostatnia była na tyle duża, że zrobiła małe przemeblowanie w ogrodzie Wergiego. - Jeśli kochasz życie to nie ruszaj tego. Obaj obrócili się jednocześnie słysząc głoś rozsądku za plecami. Rozsądkiem okazała się naprawdę urocza blondynka, która chyba przeszła tyle samo, co oni. Potargane włosy sięgające ramion nawet w tym nieładzie wyglądały tak samo świetnie jak ich właścicielka. Teo nie był wstanie wydusić słowa czy to z zaskoczenia czy po prostu został onieśmielony. Wergi nie zapomniał języka w gębie i zdołał wydusić coś z siebie. - Co ty tu robisz? - To samo, co wy obserwuje duży statek koszykarzy. - Koszykarzy? – Zdziwiony nową nazwą zastanowił się nad nią. - Miałam chłopaka koszykarza, który jadł i był brzydki i jakoś dziwnym trafem ta nazwa pasowała do tych obcych. Teo nic nie powiedział zastanawiając czy ona tak na serio czy tylko żartuje. - Dobra Panowie idziemy zanim właściciele statku wrócą.
Część 55 / 5
Cała trójka wsiadła do Mustanga. Wegi chciał się spytać, co robiła obok tego statku, ale nie wiedział jak się nazywa. Nie mógł zaczepić w stylu „Ej ty, co tam robiłaś” więc wpadł na genialny i błyskotliwy plan aby się spytać jak ma na imię.
- Tak właściwie to nie wiemy jak masz na imię. Ja jestem Wergiliusz dla znajomych Wergi a ten drugi mniej przystojny to, Teo czyli Teodor. - Ja nie mam żadnego zdrobnienia od imienia i możecie mówić do mnie po prostu Abi. - Właściwie to można to skrócić do Ab.- Teo znów uaktywnił swoje ciekawe poczucie humoru. Tym razem rozśmieszył Abi. - Co robisz sama daleko od miasta? – Spytał Wergi. - Wszystko zaczęło się jakiś trzy, cztery godziny temu jak z koleżankami byłyśmy w drodze do L.A. Zobaczyłyśmy kilka śladów na niebie jak nam się zdawało po samolotach. Chwilę później zatrzymałyśmy się w sklepie przy drodze żeby kupić coś zimnego do picia. No i wtedy jeden z tych statków wylądował na drodze przed sklepem. Wysiadły z niego dwie postacie, które od razu rzuciły się na jakiegoś faceta, który starał się uciec do samochodu. Becki zamknęła wejściowe drzwi, ale to tylko przykuło uwagę jednego z nich i wtedy … ja nie mogłam nic zrobić. - Spokojnie nie musisz nam opowiadać wszystkiego ze szczegółami. - Ale ja chce! Myślałam, że już nigdy nie zobaczę twarzy człowieka po tym, co te potwory zrobiły w sklepiku. Schowałam się w toalecie z Pegi, która chyba najlepiej zareagowała, czyli schowaniem się a nie zgrywaniem bohatera. Jak wrzaski ucichły w sklepie chciałam wyjść i pomóc ale dobrze wiedziałam że … że nic już się nie da zrobić. Po jakiś dziesięciu minutach jeden z tych koszykarzy wszedł do toalety. Miałam zamiar wyskoczyć na niego i nie dać się po prostu tak zjeść, ale zanim zebrałam się na odwagę to drzwi od kabiny obok gdzie schowała się Pegi wyleciały z hukiem aż cały rząd kabin się zatrząsł.
Pegi nawet nie krzyknęła a ja wiedziałam, że za chwilę moja kolej. To był jakiś cud, ale nic się nie stało. Ten bydlak wyszedł nie sprawdzając ostatniej kabiny. Siedziałam tam dobrą godzinę jak nie więcej. Zebrałam się w sobie i uchyliłam drzwi kabiny. Zobaczyłam ogromną kałużę krwi i od razu odwróciłam wzrok. Znów uchyliłam delikatnie drzwi od toalety. W sklepie było zadziwiająco spokojnie i nie zastałam widoku jak po tornado. Tylko te duże plamy krwi na podłodze. Potem poszukałam broni za ladą i znalazłam to.
Wyciągnęła za spodni jakiś pistolet. - Standardowy Glock dla picu, ale i bubu potrafi zrobić jak trzeba – Teo wyciągnął rękę po pistolet, ale Wergi nie chciał, aby jedyną broń trzymał właśnie on. - Ja to wezmę. U mnie będzie bezpieczna. Dziewczyna niechętnie oddała pistolet a Teo powiedział tylko – Jak tam chcesz. - Dobra ruszamy. Nie mam zamiaru czekać na właścicieli tego cygara. - Dokąd? Teo powiedział o planie znalezienia bazy wojskowej oddalonej dobry kawałek od L.A. .
Ostatni bastion.
Wergi wiedział mniej więcej gdzie znajduje się baza, ale nie znał dokładnej lokalizacji. Miał nadzieję, iż jadąc tym pustkowiem będzie łatwo ją zauważyć. - Dobra drodzy turyści szukamy zabudowań na horyzoncie. - Mam nadzieje, że znajdziemy tą bazę. Abi miała już dość tego długiego dnia z tą ogromną ilości krwi. Zastanowiła się czy widziała w swoim życiu tyle krwi w jakimś filmie. Starała się jak mogła, ale nie znalazła w pamięci. Przypomniała sobie scenę ze sklepu. Pełno plam a właściwie małych jeziorek krwi i zero ciał. Zamknęła oczy, aby odgonić te złe obrazy. Wtedy odezwał się Teo. - Chyba problem się rozwiązał sam. Na horyzoncie zdawało się, iż wyrasta las małych drzewek. To byli ludzie. Tacy sami jak oni. Zgubieni i szukający schronienia. Otaczali wejście do bazy szczelnym półkolem ściśnięci do granic możliwości. Jedni napierali na drugich. Mustang po pięciu minutach dotarł do tej ludzkiej granicy. Ludzie nie zwrócili na nich uwagi nadal przekrzykując się w jednym celu, aby ich wpuścić. Na strażnikach nie robiło to wrażenia, ponieważ znali swoje rozkazy i byli gotowy przestrzegać zasad nawet w takim parszywym dniu. - A myślałem, że to w poniedziałek o szóstej rano jest tłok w autobusie. – Powiedział Teo z tęsknotą do swojej definicji tłoku. - To, co robimy ustawiamy się w kolejce czy robimy podkop? - Teo ten problem chyba też się sam rozwiąże już za moment. Teo spojrzał w niebo za wszystkimi. Tylko on nie spanikował. Jedni rzucali się w kierunku bramy inni uciekali na pustkowie. Nad ich głowami pełno statków podobnych do tego z pustkowia. Tłum miał już gdzieś zasady czy groźby, jakie padały ze strony strażników. Nie bali się, iż otworzą ogień prosto w nich. Woleli taką śmieć niż zjedzenie na miejscu przez tych dryblasów. - Chyba wpadliśmy z deszczu pod rynnę. - Stwierdziła Abi Jeden z żołnierzy ubrany w inny mundur z większą ilością błyskotek na piersi chwycił megafon i rykną na tłum. - Wpuścimy wszystkich tylko nie napierajcie na bramę! Musimy ją otworzyć! Ludzie posłuchali władczego głosu starszego faceta może jakiegoś generała. Bramą zastukała i zaczęła się otwierać. W środku było zadziwiająco pusto i Wergi zastanawiał się gdzie oni chcą wszystkich pomieścić. Wtedy jak na rozkaz jego myśli w ziemi otworzyła się pokrywa, której nie było widać z tego miejsca. Była nie spora tylko ogromna. Wyszło z tej pieczary na oko jakiś pięćdziesięciu żołnierzy. Ustawili się przy wyjściu jeden za drugim. Ludzie wlali się przez bramę, która otworzył…