Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 10 min czytania

Kot Fantazyl

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zdecydowanie nie był to najlepszy dzień na spacer. Miałem wrażenie, że zmienność aury była jedynym pewnym elementem dnia. Ale skoro już wyszedłem z domu i dotarłem nad rzekę…

Przenikliwa wilgoć wpychała się rękawami pod kurtkę. Rozmiękła glina zachęcała mnie do współpracy z Ministerstwem Śmiesznych Kroków i Bractwem Tańców Psychodelicznych. Gdy wreszcie dotarłem na piaszczysty brzeg, usiadłem na gałęzi wielkiego powalonego drzewa i z zadowoleniem wziąłem głęboki wdech. Konar złamał się i wylądowałem w mokrym piachu. Cóż, jak widać wilgotne powietrze jest znacznie cięższe. Starałem się otrzepać spodnie, ale osiągnąłem efekt kolorów przecieranych, więc zaniechałem dalszej twórczości na własnej dupie i poszedłem opłukać ręce. Zanurzyłem ręce w wodzie. Buty same się zanurzyły w szlamie.

— Jasny gwint – powiedziałem sobie i cofnąłem się do drzewa. Usiadłem na pniu i spojrzałem na buty. — Ty wieśniaku. — Kręciłem głową z politowaniem. — Ech, chrzanić to. Wiosna idzie i to jest najważniejsze.

Znalazłem wygodną pozycję, ostrożnie nabrałem powietrza w płuca i szybko wypuściłem. W porządku, stabilnie. Teraz mogę się skupić się na widoku. Wyciągnąłem papierosa, zapaliłem i odprężyłem się. Woda gładko sunęła w cichości, ciężkie chmury płynęły na horyzoncie, a spomiędzy nich słońce raczyło raczej ówdzie niż tu. Spokój, cisza. To lubię. Bosko.

Kątem oka wychwyciłem ruch w krzakach obok. Wielki czarny kot skończył toaletę i energicznie machał długim ogonem. Przechylał łebek i patrzał na mnie. Miał w sobie coś demonicznego, ale że większość kotów ma coś takiego, zwłaszcza czarnych, nie odczułem niepokoju.

— Cześć, kocie — powiedziałem, pomachałem mu i wróciłem do zamyślenia.

Kot dostojnie podszedł, zatrzymał się i rzucał ogonem. Patrzył na mnie jakoś dziwnie, a w każdym razie ja poczułem się dziwnie.

— No co, kocie? — zagadnąłem najżyczliwiej, jak umiałem. — Jak życie?

Odniosłem wrażenie, że kot wzruszył ramionami. Odwrócił się, znów machnął mocno ogonem, poszedł do rzeki napić się wody. Wrócił, usiadł przy pniu i wlepił we mnie swe dziwne ślepia. Po chwili odepchnął się przednimi łapkami, oparł plecy o pień, rozsiadł się wygodnie. Tylne łapy lekko wyprostował, brzuch, który okazał się pokaźny, osunął się między łapami na piasek, prawą przednią łapkę położył na udzie, lewą między udem i brzuchem. Ogon miał wyprostowany przed sobą. Gdy już się umościł, przekrzywił łebek i spojrzał zagadkowo, a może badawczo. Teraz poczułem się nieswojo, niepokój rozchodził się po wnętrznościach. Kot to mrużył oczy, to otwierał szeroko, machał ogonem, przekrzywiał łeb i świdrował mnie. Poprawił się w swoim dziwnym siadzie i…

— Kopsnij fajka — powiedział.

Dlaczego mu podsunąłem paczkę? Nie mam pojęcia. Coś dziwnego zaczęło się dziać. Chyba to taki mobilny rodzaj osłupienia, czy raczej ogłupienia. Kot wyciągnął papierosa, chwycił go między pazury i spojrzał pytająco. Gdy nie reagowałem, przewrócił oczami.

— Przypalisz mi, czy mam szukać krzesiwa?

Włożył papierosa do pyska, gdy podsunąłem włączoną zapalniczkę. Zaciągnął się mocno, przytrzymał dym w płucach i powoli wypuszczał. Jego ciało nabrało jeszcze większego rozluźnienia. Oparł łebek o pień i znów się zaciągnął.

— Dobre — powiedział.

— Papierosy?

— Życie.

— Aha.

Kot był rozluźniony, ja sztywny. Zauważył to.

— Wyluzuj — powiedział nie patrząc na mnie. — Nikt nas nie widzi, więc jeśli ty sam nie będziesz się uważał za obłąkanego, to… no wiesz. — Zamknął oczy i delektował się papierosem. Właściwie to siedział dokładnie tak samo, jak ja siadam, gdy chcę pobyć sam nad rzeką. No, tylko brzuch mam mniejszy. Na pewno? Tak, sprawdziłem.

— Ile masz lat? — zapytał.

— Tydzień temu skończyłem pięćdziesiąt — odpowiedziałem, ale nie określiłbym siebie rozluźnionym.

— Winszować?

— Nie wstydzę się.

— Winszuję – lekko, lecz zauważalnie, skłonił głowę.

Czubek jego ogona leciutko się ruszał i miałem wrażenie, że tym mnie hipnotyzuje. Nie mogłem oderwać oczu.

— Potomstwo masz?

— Tak.

— To dobrze — pokiwał głową z uznaniem. — Dużo?

— Jedno.

— Odchowane i samodzielne?

Przytaknąłem.

— Mało — cmoknął kilka razy i zaciągnął się.— Ale ludziom to i nawet jedno wystarczy. — Kontynuował z zamkniętymi oczami.

— To bardzo indywidualne… — zacząłem i już miałem rozwinąć myśl o prawie do własnej drogi życiowej, ale kot nie dał mi szans.

— Co ty wiesz o indywidualizmie? — parsknął i machnął mocno ogonem.

Cóż, nie jednego kota miałem w życiu i o indywidualizmie kotów wiem sporo, ale czułem potrzebę, by bronić swojego gatunku i byłem gotów na zażarty spór. Przygotowywałem więc w myślach argumenty. Niektóre wydawały mi się tak celne, że już podkreślałem je machaniem rąk, gdy kot spojrzał na mnie i westchnął.

— Nie zazdroszczę ci, Facet. — Pokręcił łbem. Tak, było w tym geście współczucie.

— Czego?

— Tego, ile czasu ludziom zajmuje odchowanie potomstwa. — Jak powiedzieć, że mnie więcej niż zatkało? — I ile procent życia wam to zajmuje.

O co mu chodzi? Chce mnie wkurzyć? Wykończyć?

— No bo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%