Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 15 min czytania

Kotnik

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tak, to prawda, lubię zwierzęta, ale bez przesady. Much, chociażby, nie lubię, a to też przecież zwierzę... Najbardziej lubię koty, pewnie dlatego, że je mam. Gdybym miał psa, to pewnie najbardziej lubiłbym psy, ale psa nie mam. Chociaż je lubię, to jednak nie chciałem mieć ich w domu. Wiadomo, jest to obowiązek, człowiek się przywiązuje, robi się problem, kiedy się chce na dłużej gdzieś wyjechać, nie wspominając o ewentualnych wydatkach w przypadku choroby, szczepień itd. Kiedy nasz syn poszedł do szkoły, coraz częściej rozmowy moje z żoną dotyczyły jego jedynactwa, braku przyjaciela, kompana. O dziwo, jakoś nie przyszło nam do głowy, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zafundowanie mu braciszka, czy siostrzyczki... Tak to jest, jak się jest zapracowanym. Żona przekonywała mnie, że musimy sobie powiększyć rodzinę i, że koniecznie, musi to być kot. Nie pies, bo trzeba wyprowadzać rano na siku i na spacery, a oboje lubimy pospać, jak jest możliwość. W dodatku psy jednak trochę „czuć” w domu, nawet jak są często kąpane. A z kotem zero problemów. Wystarczy mu kuweta, dwa razy dziennie zapełnić miskę i problem z głowy. Do tego same się myją, są czyste i to takie mruczące pieszczochy.. Mieszkaliśmy wtedy, od niedawna, w wynajętym mieszkaniu, w wieżowcu na czwartym piętrze. Nasz syn nie znał tu nikogo, siedział sam w domu jak nas nie było... Tego dnia, kiedy moja żona wróciła z pracy z kartonem pod pachą, wystarczyło jedno moje na nią spojrzenie, by odgadnąć, że to żadne nowe buty, czy żelazko, albo inny sprzęt. Od razu miałem pewność, co w nim jest. Gdyby nie ten karton, mógłbym przypuszczać, patrząc na jej błysk w oku i rozpromienioną twarz, że oto wygraliśmy szóstkę w Totolotka, „nasi” zostali Mistrzami Świata we wszystkich istniejących konkurencjach sportowych, a za chwilę odwiedzi nas Papież, Prezydent, Premier i sto najsławniejszych osób Świata. Kiedy stawiała karton na podłodze widziałem, jak drżą jej dłonie z wrażenia. Gdy już go postawiła i zajrzałem do środka, ujrzałem dwoje przestraszonych oczu, próbujących schować się za własne, czarno - białe futerko. To był on. Kot. Czarno – biały, śliczny, około półroczny dachowiec. Zgadnijcie kto w te pędy popędził kupić kuwetę, piasek i jakieś żarcie dla nowego członka rodziny? Kiedy wróciłem zaopatrzywszy się w powyższe, kotek już zdążył napić się mleka i leżał skulony na kanapie, tam gdzie go żonka położyła, bojąc się ruszyć. Bardzo szybko się zadomowił i oswoił. Oczywiście niemal od pierwszego dnia zaczął udowadniać, że jest Mistrzem Świata w brojeniu, psoceniu, niszczeniu kwiatów, dokumentów, rachunków oraz mebli. Nikt nie wątpił, że jest w tym najlepszy. Szybko rósł, ale wciąż nie miał imienia. Nie mogliśmy się zdecydować na żadne, a on też na żadne nie reagował. Kilka dni był iksem, kilka igrekiem, ale jakoś nie mogliśmy się zdecydować na konkretne, ostateczne. Zaczęliśmy mówić o nim kotnik i po jakimś czasie tak zaczęliśmy na niego wołać. I tak już zostało, aż po dziś dzień. To jest jakby jego pierwsze imię, bo ma też drugie, które miało być pierwszym, ale się nie przyjęło. Pewnego razu jedząc kolację obserwowaliśmy Kotnika, który strasznie ubrudzony chodzeniem po dywanie i raczej zawsze czystej wykładzinie, mył właśnie swój dawno nie myty, bo co najmniej od pięciu minut, ogon. Niespodziewanie zawołałem : Wacek! A Kotnik przerwał natychmiast mocno zaawansowane szorowanie ogona i spojrzał na mnie pytająco, zapominając schować język. Patrzył przez chwilę, wciąż z wywalonym za zewnątrz językiem, nie pojmując dlaczego wszyscy zwijamy się ze śmiechu na kanapie... Jacyś porypani, czy co? Tym sposobem zdradził, że ma na imię Wacek. Nazywamy go tak czasami, ale częściej jednak Kotnik. W rok po tym jak kot powiększył naszą rodzinę, przeprowadzaliśmy się na wieś, gdzie właśnie skończyliśmy, na tyle, by móc zamieszkać, remont naszego, kilka miesięcy wcześniej kupionego domu. To był początek października, a Kotnik miał wówczas jakieś półtora roku. Był już dużym, ale wciąż jeszcze młodym, głupiutkim, żądnym zabawy i psot kotem. Kiedy już obwąchał wszystkie nowe kąty naszego domu, zapragnął wyjść na podwórko, na świeże powietrze, tym bardziej, że po pierwsze, nie był na dworze ( nie licząc wyjść na balkon) od ponad roku, a po drugie duże, podwójne drzwi tarasowe naszego parterowego domu,otwierały się wprost na trawę na naszej posesji. Kiedy zaczął miauczeć i drapać nowe drewniane drzwi, nie było wyjścia. Trzeba było je mu otworzyć. Nie wspomniałem, że poprzedni właściciele domu mieli psa, który mieszkał z nimi i kotkę, oswojoną, ale trzymaną na zewnątrz. Kiedy się wyprowadzali zabrali tylko psa. Została nam podarowana w spadku, co nie bardzo nam pasowało, w przeciwieństwie do Kotnika. Po kilku godzinach pierwszego spaceru Kotnik wrócił, najadł się do syta, chwilę poświęcił na umycie się, a następnie zaczął znowu domagać się wypuszczenia go na dwór, stosując metody, które poskutkowały za pierwszym razem i, jak się później okazało, za każdym następnym. Wiedziałem, że to zew natury wzywa go do do świata, który do tej pory oglądał jedynie z balkonu. Dlatego nie zdziwiło mnie, choć trochę martwiło, że nie wrócił na noc. Kiedy rano zobaczyłem go przed drzwiami tarasowymi ledwo go poznałem. Byłem przerażony! Nasz czarno – biały, dotąd, czyściutki, wymuskany kotek, leżał brudny, jakby taplał się w błocie, ponadto był cały podrapany, kulał... W pierwszej chwili sądziłem, że w tak brutalny sposób stracił „dziewictwo” z jakąś wamp - kotką, ale otwarte rany w okolicy ogona i na głowie, zakrwawione ucho, były świadectwem tego, że nasz Kotnik stoczył pierwszą swoją walkę. Raczej nie o kotkę, ale o teren, z kocurem, który do czasu pojawienia się naszego kota był „władcą” tych włości. Tę pierwszą potyczkę nasz Kotnik przegrał sromotnie. Kilka dni przeleżał prawie nic nie jedząc, a z ran z okolic ogona leciała krew z ropą. Postanowiliśmy go więcej nie wypuszczać na podwórze, ale kiedy tylko wydobrzał, zew natury wezwał go ponownie. Nie było wyjścia, albo drzwi do renowacji, albo wypuszczamy Kotnika z domu. Wybraliśmy to drugie. Sytuacja powtarzała się kilkakrotnie. Wracał wiecznie pobity, ale już nie tak mocno jak za pierwszym razem, brudny, trochę nabierał sił i znowu drapał w drzwi, domagając się, by go wypuścić. Jego rywalem, z którym toczył takie zajadłe pojedynki, był, stary już, kocur sąsiadów, mieszkających dwa domy dalej. Często obserwowałem go, jak pojawiał się na naszym podwórku żądny spuszczenia manta naszemu kocurkowi i przechadzał się bezczelnie demonstrując kto tu rządzi. Widać po nim było, że takich walk stoczył w swoim życiu bardzo wiele. Nazwaliśmy go Uszaty, ze względu na poszarpane prawe ucho. Do walk między Uszatym, a Kotnikiem w pewnym momencie dochodziło niemalże codziennie. Wiedzieliśmy, że Kotnik musi sobie teren wywalczyć, a, że był dużo większy od Uszatego i pewnie silniejszy, ten dzień zbliżał się nieuchronnie. Kilka razy zaalarmowany hałasem walczących ze sobą kotów, wybiegałem na podwórze, czasem w piżamie, a bywało, że boso, z parasolką, lub z kijkami od nart i z latarką, próbując rozdzielić walczące kocury, a przede wszystkim…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kotnik — czytnik · opowiadania