Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kariera · 20 min czytania

Koty

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Regularny, denerwujący stukot kół o stalowe szyny ustał i ekspres relacji Warszawa Centralna – Gdynia Główna wtoczył swoją wielką masę na stację Sopot Główny. Powoli wyszłam na peron i chwilę patrzyłam na mleczno-niebieskie niebo nad miastem. Sopockie niebo. Krótkie spojrzenie na dworcowy zegar i stłumiony okrzyk radości: miałam jeszcze mnóstwo czasu. Powinnam siąść gdzieś, wypić kawę, żeby mnie obudziła, przejrzeć notatki, krytycznie ocenić moje naiwne pytania. Postanowiłam jednak przejść się po mieście. Czas tu tak wolno płynie, wycisza, uspokaja. Miałam nadzieję, że i mnie uspokoi. Przeszłam przez dworzec i nieśmiałym krokiem weszłam na deptak. Warszawa, pociągi i telefony. Pośpiech, stres i hałas, wszystko to zostało gdzieś za mną, na peronie. Wszystko, co znam, co potrafię zrozumieć, znikło. Zostałam sama, w środku spokojnego, niepojętego miasta, w miejscu, gdzie świat odpoczywa. A przecież przyjechałam tu do pracy. Monciak (ul. Bohaterów Monte Cassino, o ile mnie pamięć nie myli, ale wszyscy tak określają tę jedyną ulicę) przywitał mnie świeżym powiewem poranka i bryzą od morza. Skierowałam swoje kroki ku niej, by w pełni skorzystać z moich nie-wakacji. Ulica, całe miasto, było jeszcze senne, dopiero się budziło, jak piękna kobieta w słoneczny ranek w leśnej głuszy, sama i szczęśliwa. Powoli otwierało oczy (żaluzje, okiennice, witryny sklepowe), przeciągało się w rytm falującego morza (nie było go widać, ani słychać, ale czuło się jego obecność), uśmiechało (kawa w małych kawiarenkach z wiklinowymi krzesłami i kolorowymi obrusami, leniwe melodie grane przez pierwszych ulicznych muzyków), odżywało (ludzie powoli wychodzili na ulicę i niespiesznie szli do pracy, zupełnie inaczej niż na Nowym Świecie). Ja też powoli oddychałam, powoli zmierzałam w dół ulicy, z nadmierną ciekawością oglądając stare, kolorowe kamienice, wąskie uliczki odchodzące gdzieś w bok, barwne sklepy i knajpy, jakże różne od tych, które dobrze znałam. Wiem, wyglądałam na turystkę, niewielki, mały plecak na ramieniu i firmowy aparat zawieszony na pasku (żebym, choć trochę morza ze sobą przywiozła). No i to ciekawskie spojrzenie. Tubylcy tak nie patrzą, nie widzą już czaru, który mnie, intruza, rzucił na kolana. Na mnie też nikt nie patrzy, obcy przybysz jest tu na porządku dziennym. Przeszłam koło kościoła garnizonowego, przy ulicy już ustawiali się artyści, wyjmowali obrazy, sztalugi. Przenośna uliczna galeria. Przelotnie zerknęłam na ich dzieła: od polakierowanego realizmu dzikich plaż, przez nic nie przedstawiające abstrakcje po naiwne, współczesne portreciki. Pejzaże, martwe natury (czasem zbyt dosłownie), kiepskie portrety. Młoda artystka w kolorowych, indyjskich ciuchach i płomiennie rudych włosach; stary facet, akademik, z krótko przystrzyżoną brodą, w granatowej, sztruksowej marynarce; kobieta w średnim wieku i gustownej garsonce (od naiwnych portrecików) miała rozłożone farby i białe płótna. I czekała. Stali obok siebie, obok siebie rozkładali swoje dzieła, razem przyciągali niemieckich turystów i sopockich nowobogackich chcących popisać się lokalną sztuką współczesną. Ruda dziewczyna uśmiechnęła się zadowolona z efektu, niewielkie abstrakcje ułożyła kolorystycznie: niebieskie, zielone, pomarańczowe. Ja też się uśmiechnęłam, jak to miło, że ludzie mają tylko takie problemy. Schodziłam dalej. W ogródku snobistycznej restauracji kelnerzy rozstawiali krzesła i stoły, rozkładali nienagannie uprasowane obrusy, sprytnie przypięte, by nie zwiał ich sopocki wiatr. Kawałek dalej, mała kawiarenka, od dawna otwarta, serwowała poranną kawę i ciastka (rogaliki z czekoladą niestety już wyszły, zostały pączki, a za pączkami nie przepadam). Straciłam szansę na kawę, spokój i myśl. Roześmiane dziewczyny szły spóźnione do szkoły. Czterdziestoletnia kobieta otwierała kiosk z pamiątkami. Niebieskie, okropne dzwonki przyjemnie przerywały ciszę miasta (były straszne, z plastikowymi delfinami i muszelkami, jaskrawo pomalowane drewno i szkło, tych kilka ładnych ginęło w tłoku jarmarkowego szajsu). Kawałek dalej klarnecista, (jeśli ten dziwny, srebrno-czarny instrument dęty, to był klarnet) próbował zagłuszyć dzwonki łagodną, jazzującą melodią. To pierwszy muzyk, jakiego zobaczyłam. Miał staroświecki garnitur i czerwoną koszulę. Wrzuciłam mu kilka groszy, skomentował to radosnym pasażem. Powoli wszystko zaczynało żyć, ja schodziłam dalej, widziałam już fontannę, widziałam okropne wejście na molo. Wchodziłam głębiej w ten magiczny świat, a byłam coraz bliżej niechcianej rzeczywistości. Weszłam do księgarni, by kupić plan Sopotu, swój przezornie zostawiłam w domu, na stole. W nocy po raz kolejny oglądałam miasto i szukałam ulicy, dla której tu przyjechałam. Szukałam jej na świeżutkiej mapie, siedząc na ławce na molo. Przy niej właśnie mieszkał cel mojej wyprawy polarnej. Cel nazywał się Magdalena Wójcicka. Ulicę, a nawet dom, bo mapa była bardzo dokładna, znalazłam prędko. Już nie raz szukałam tego adresu, wymyślałam trasy, którymi można tam dotrzeć, wyobrażałam sobie dom, całą okolicę, to, co powiem, o co zapytam... Widziałam nawet ładnie złożony artykuł, może nie na pierwszej stronie, ale mądry, ciekawy (o Pulitzerze nie marzyłam, ale jakby się zastanowić...). Ale zamiast z radosnym uśmiechem realizować te fantastyczne wizje, siedziałam na ławce, patrząc na morze i nie mogłam się ruszyć. Żołądek i serce odmawiały posłuszeństwa. W ustach mi zaschło, trzęsły się moje spocone ręce. Po prostu tego nie cierpię. Wywiady, zapoznawanie się z ludźmi, których nigdy potem nie zobaczę, sztuczne uśmiechy, słowem mnóstwo spraw, które są nudne i niewdzięczne, ale niezbędne w tej pracy (tu należałoby zadać pytanie, dlaczego właściwie ją wykonuję, ale sama nie znam jeszcze odpowiedzi). W TEJ pracy potrzebna jest też odwaga, a ja jestem strasznie nieśmiała. A teraz jeszcze obce miasto (urocze, ale onieśmielające), obcy ludzie i stara dziwaczka, z którą muszę się zmierzyć.

Wzięłam głęboki oddech (morze też oddychało, spokojne, szaro-brązowe, chłodne), policzyłam do dziesięciu (nie lubię tego, liczyłam krzykliwe mewy latające nad molem i szukające karmiących je staruszków) wstałam i powoli skierowałam się do wyjścia.

*

Magdalena Wójcicka. Parę tygodni temu nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że ktoś taki istnieje. Potem krótki telefon od nadgorliwego naczelnego, żeby zbierać informacje o aktywistkach, społecznicach i innych takich ambitnych kobietach. Właściwie od razu miałam zająć się zbieraniem informacji o Wójcickiej, gdzie mieszka, co robi, czy jeszcze żyje i działa. Oczywiście ociągałam się, szukałam ciekawszych tematów, prosiłam o przeniesienie, ale naczelny z uśmiechem rzucił mi na biurko starą teczkę z archiwum z wycinkami na temat p. Wójcickiej. Zaczęłam je przeglądać i odtąd ta szalona biografia zabierała każdą wolną chwilę. Magdalena Wójcicka urodziła się w Sopocie w 1950 roku jako jedyna córka sprzedawcy antyków i nauczycielki francuskiego. Od dziecka zajmowała się porzuconymi: psami, kotami, ptakami, pewnie nawet mrówkami wypędzonymi z mrowiska. W 1970 roku rozpoczęła studia medyczne i jednocześnie zaangażowała się w kampanię na rzecz pomocy samotnym matkom. Od ‘75 prowadziła poradnię dla nastolatków, od ‘77 organizowała rodziny zastępcze dla dzieci z domów dziecka. Sama wzięła do siebie jedno dziecko (‘80 rok, dziewczynka, lat 3), ale wychowywanie nie wyszło, gdyż zbieranie datków na internowanych okazało się ważniejsze. Parę lat później prowadziła akcję „Czyste rzeki, czyste życie”, czy coś podobnego (chwilowo i ona zachłysnęła się powiewem ekologizmu zza oceanu, ale przeszło jej to równie szybko jak i fascynacja wegetarianizmem i kulturą hinduską). Kiedy prowadziła schronisko dla zwierząt, ojciec zachorował i kilka miesięcy sam prawie spędził w szpitalu, w tragicznych warunkach. Kiedy organizowała przyjazd do kraju Polaków z Kazachstanu, czy Rosji, jej przybrana córka została aresztowana za kradzież i trafiła do poprawczaka (MW nie poniosła żadnych konsekwencji niedopilnowania dziecka). Kiedy jej matka umierała (sama, bo ojciec nie wychodził już z domu), zajęta była kampanią samorządową. Potem nagle znikła ze świata, nie było więcej notatek w prasie, wywiadów w mediach, spektakularnych akcji, podczas których ta chuda, wysoka kobieta w zabawnym koku szarych włosów wygłaszałaby gorące przemowy w obronie czegoś lub kogoś. Od prawie 10 lat nikt o niej nie słyszał. (to, oczywiście, nieprawda; jej fundacje i schroniska nadal działały, a, jeśli moi rozmówcy byli dobrze poinformowani, ona sama nadal prowadziła działalność społeczną, tylko już na lokalną skalę, udzielała porad, doradzała w procesach sądowych, publikowała skromne artykuły w pomorskich biuletynach prawicowych) Fascynujące życie. Tylko, po co poświęcać temu cały artykuł w naszym magazynie? Ja rozumiem, pismo dla kobiet, feministki, ich historie, życie, aktywność, itd., Ochojska, Kwaśniewska, ale, po co ładować do tej trójcy sopocką bojowniczkę o prawa wszystkich (a w szczególności obcych, dalekich i nie-ludzi??). Niestety, moje racje sobie, a szara rzeczywistość sobie i moje cudne pisemko chce rozpocząć działalność filantropijną i w dziale Co ja teraz robię, lub innym w tym stylu, przywracać ludzkiej niepamięci stare, ambitne kobiety. Zdążyłam już przejść pod torami i ulicą Podjazd zbliżałam się do przelotowej alei Niepodległości; musiałam się zdecydować, którą drogą dojść do celu; zamiast tego wymyślałam w myślach naczelnego, Wójcicką, głupie pomysły, cały świat, niewdzięcznych ludzi i bzdurne tematy i szłam prosto przed siebie. Plecak miałam wypełniony notatkami, hipotetycznymi pytaniami, dyktafonem (z zapasowymi kasetami, MW podobno kocha rozmawiać) oraz najcudniejszą…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%