Inne · 23 min czytania
Krakelura
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Odgłosy kroków milkły momentalnie w klatce schodowej. Wbiegał do góry szybko, jakby bojąc się czegoś, co mogłoby go spotkać gdyby zwolnił. Chyżo przeskoczył ostatnie trzy schody. Wpadł do ciemnego mieszkania i z pośpiechem zaryglował drzwi. Opadł na nie z ulgą. Przełknął ślinę. Na stole, w bladym świetle księżyca dostrzegł niedokończoną kolacje i kilka porozrzucanych pędzli. Oddech powrócił już do normalności. Spokojnie podszedł do stołu. Chciał dokończyć kolację, jednak podnosząc kanapkę do ust, spojrzał się w lewo i rzucił ją z powrotem na talerz. Wziął pierwszy z brzegu pędzel. Podniósł go do oczu i zaczął bacznie obserwować. Z wielką delikatnością macał każdy włosek. Postrzępiona rączka zdała mu się jednak ciekawsza. Miał wrażenie jakby czytał w niej jakąś zapomnianą historie. Zamknął oczy. Nieistniejące światy, rozciągające się wśród jaskrawych barw, gdzie ponad niezliczonymi połaciami purpury, rozciągają się nieskończone horyzonty, piękniejące wraz z wschodem tysiąca słońc... Usłyszał coś. Obejrzał się za siebie z trwogą, jednak nie dostrzegł niczego. Musiało to być skrzypnięcie starego drewna. Obrócił się w lewo i podszedł do stojącego na sztaludze obrazu. Był niedokończony. Malował go już tyle czasu. Ciągle jednak czuł coś nieokreślonego, o czym nie powiedział jeszcze na płótnie, choć wiedział, ze nie może tego zabraknąć. Światło księżyca padające przez okno, zdawało się zmieniać obraz. Był zupełnie inny niż przed wyjściem z domu. Nie przeszkadzało mu to. Znał go na pamięć. Każdy najmniejszy szczegół. Postanowił wykorzystać nowe oświetlenie i zaczął malować. Praca pochłonęła go całkowicie od pierwszego pociągnięcia pędzlem. Gdziekolwiek nie był, ten obraz był tam z nim. Widział go wszędzie. Czuł go zawsze przy sobie. Jakby całe życie, wyznaczony był tylko do namalowania tego właśnie obrazu. Nigdy wcześniej tego nie robił. Nie miał pojęcia o barwach, perspektywie czy świetle. Wiedział tylko, że musi ten obraz namalować i wiedział jak. Nie mógł określić czy koniec jest blisko czy daleko. Dopóki nie osiągnie tej jasności, dzieło nie będzie skończone. Tak! Przecież to było takie proste! Dążyć do tego jednego celu poprzez multum różnych barw, odcienie najbardziej egzotyczne jaki i te najprostsze. Przez światło płynące wprost z niego... Tak... Ale tyle czasu, poświęcił już tyle czasu. Co się z nim działo? Całe jego życia zamieniło się w ten jeden obraz. Z drugiej strony, musiał go dokończyć. Musiał.
*
- Jestem tego pewien, to jest właśnie to,jestem już tak blisko!
- Wciąż jesteś beztroskim marzycielem. To nie istnieje. A nawet jeśli gdzieś może być, to ani ty, ani ja tego nie osiągniemy.
- Nie! Ja wiem że mogę, wiem, że jestem blisko! Ale co z tobą? Przecież ty sam poświęciłeś temu dużo czasu, teraz nawet uczysz się fizyki. Przecież chciałeś...
- Chciałem. Chce. Będę chcieć. Ach, to są puste słowa, nie mogące istnieć rzeczywiście. Widzisz, czas. Czas wyraża tylko kolejność stanów materii, przedstawiając dowolny ruch, dowolny proces; czas jest miarą długotrwałości procesu, choć...
- Rozumiem do czego zmierzasz, ale...
- Choć z drugiej strony, czas jest też wymiarem obiektywnym, istniejącym poza materią, mogącym wprawdzie...
Część 22 / 6
- Wiem do czego zmierzasz. Jeśli coś ma istnieć poza materią i czasem to nie może istnieć rzeczywiście.
- Widzisz, więc sam sobie...
- Bzdura! Przecież ty sam w to nie wierzysz! Pamiętasz jak dyskutowaliśmy o tym jeszcze w liceum? Byłeś tym bardziej zafascynowany niż ja!
- Byłem? Jestem? To prawda, ale może i nie prawda? Sam przed chwilą powiedziałeś, że jeśli coś...
- Ach, więc po co to wszystko?
- Widzisz tego klęczącego psa?
- Tak.
- Obserwowałeś go wcześniej?
Część 33 / 6
- Co ma do tego ten cholerny pies...
- Zauważył przed chwilą, że jego pan coś mu rzuca. Szybko ruszył przed siebie aby przynieść mu to z powrotem. Gdy dobiegł na miejsce, niczego tam nie znalazł. Jego pan nic mu nie rzucił. Pytanie, czy pies przemieszcza się w przestrzeni, czy przestrzeń zmienia się na około psa? Jeśli wziąć pod uwagę prędkość średnią psa, przechodząc do granicy, przy założeniu, że do zera dąży...
- Odpowiedz po prostu na moje pytanie!
- Wybacz, ale chyba puściłem je mimo ucha. Mógłbyś powtórzyć?
*
Wstał z łóżka i podszedł do sztalugi. Noc była ciemna, bez włączanego światła mógł jedynie rozróżniać kontury przedmiotów. Nie miał jednak ochoty widzieć czegokolwiek. Przeszedł kilka razy po pokoju i ostatecznie wrócił do łóżka. Spojrzał na zegarek. Było zbyt późno by próbować zasnąć, lecz zbyt wcześnie by wstać. Gdyby choć na chwilę mógł uwolnić się od obrazu i móc normalnie zasnąć! Z drugiej strony, nie był do końca pewien, czy nie śpi cały czas. Jakby wszystko co się działo było snem. I ten obraz. Ten obraz jak ze snu, choć prawdziwy. Przecież on musiał istnieć! Był gdy zamknął powieki i był gdy je otwierał. Obraz był snem przeniesionym do rzeczywistości. A może, rzeczywistość została oszukana i dała się wciągnąć w sen? Do czego może być zdolna? Czy może istnieć jakaś granica? Czy za tą granicą może być... Jednym z nielicznych wspomnień jakie udało mu się zachować, był krajobraz jakiejś doliny. Była podzielona rzeką na dwie części. Z jednej strony kwitły przepięknie drzewa. Zwierzęta radośnie żyły w harmonii ze sobą. Druga strona była całkowicie inna. Istoty podobne do zwierząt było potwornie wychudzone, bardziej przypominające martwych niż żyjących. Cały obszar stanowił wielką wyjałowioną pustynię. Sama rzeka również była wyraźnie podzielona. Z jednej strony płynęła krystalicznie czysta woda, z drugiej natomiast czarny, mętny szlam. Nie był do końca pewien, czy to jego wspomnienie. Ale z drugiej strony czyje mogłoby być? A może po prostu nie spotkał się jeszcze z tym widokiem, tylko kiedyś później zobaczy go i stanie się to jego wspomnieniem. Któż może przewidzieć jakie wspomnienia są komu zapisane? Czy nie na tym to właśnie polega? Na odszukiwaniu własnych wspomnień?
*
Część 44 / 6
Lubił tu przychodzić ze względu na otoczenie. Siadał na ławce i zamykając oczy zaczynał słuchać. Szumy i trzaski, szepty i śpiewy, łączyły się w cudowne fugi, które idealnie dopracowane, pod majestatyczną dyrygenturą natury otwierały niezliczone bramy, do miliona różnych wszechświatów, przychodzących i odchodzących wraz z następującymi głosami. Jakby cały chaos przekształcił się nagle w zharmonizowaną pieśń, w rzędy kolorów który go otaczały, które wznosiły go ponad wszystko co mógł ogarnąć rozumem. Jakby... Gdy otworzył oczy, było już ciemno. Postanowił wracać do domu. Coraz bardziej czuł, że zbliża się do końca. Pracował jeszcze więcej i rzadziej odpoczywał. Przychodził ten moment a on to wiedział. Cieszył się. Był tak pochłonięty myśleniem o tym, że dopiero w połowie drogi do domu poczuł padający deszcz. Nie pamiętał czy to lubi. W tym momencie jednak strasznie się radował ze spadających na niego kropel. Jakie to było proste! Pierwszy raz od dłuższego czasu wszedł do domu szczęśliwy.
*
Noc była chłodna. W przeciągu całej doby, temperaturę na pustyni rzadko kiedy można nazwać przyjemną. Mrok nocy rozświetlało dogasające ognisko. Gawędziło przy nim dwóch mężczyzn. Trzeci natomiast chrapał głośno kawałek dalej.
- Nie ufam mu. Podróżujemy razem kilka dni, a on wymówił przez ten czas tylko kilka słów - Rapido Antonio skończył i pociągnął solidny łyk parszywej whiskey. Od razu zrobiło mu się cieplej. - Jak on może spać tak lekko ubrany!
- Amigo, to swój chłop! Jak dasz mi wreszcie pociągnąć z tej butelki, to opowiem ci o nim coś więcej - odparł radośnie Lisse Pierre. Towarzysz podał mu whiskey - Przedstawiłem ci go jako Dużego Mike, jednak jego pełne imię brzmi Michaił Stiepanowicz Kakarnikow. Pochodził z jakiejś biednej rosyjskiej rodziny, ale dosłużył się stopnia oficera w carskiej armii. Niestety, na skutek jakiejś sprzeczki z przełożonym (szczegółów nie wiem) został zdegradowany i osadzony w jakiejś twierdzy na Syberii. Fachura już następnego dnia po przybyciu uciekł! Traf chciał, że spotkał grupę badaczy z Alaski którzy zgodzili się go zabrać ze sobą. Wylądował w Klondike w samym 1897! Później przeniósł się do Dawson, gdzie go poznałem. Ledwo sklejał zdania po angielsku, lecz po francusku mowił całkiem nieźle. Spodobał mi się, toteż powiedziałem mu, że gdy znudzi mu się Alaska niech znajdzie mnie w San Francisco. Niedawno przyjechał i oto jesteśmy tu w trójkę.
- A czego ty szukałeś w Dawson?
- Szczęścia oczywiście! - odparł śmiejąc się Pierre. Opróżnił butelkę do dna i zapalił fajkę - No, ale opowiedz mi więcej o jutrzejszym szczęściu.
Część 55 / 6
- Karawana z Albuquerque powinna być w Benson o jedenastej. Jadą do Tucson z niewyobrażalną ilością szmalu. Podobno burmistrz , urzędujący tam od 1891 roku doprowadził miasto do takich zysków, że nadwyżkę chce przechować w Forcie Lowell - Rapido Antonio urwał. Na twarz jego wspólnika wstąpił grymas zdziwienia - Coś nie tak?
- Myślałem, że Fort Lowell został zbudowany by chronić osadników przed najazdami Apaczów.
- Tak też było, ale wszystko uległo zmianie po Vendetcie Wyatta Earpa. Zaczęta tam również składać pieniądze. Mniejsza jednak o to. Złapiemy ich jeszcze przed Benson. Złoto jest silnie zabezpieczone, więc w trójkę nie mamy żadnej szansy by je zdobyć.
- Czyli co zamierzasz zrobić?
- Dowódca będzie miał przy sobie coś znacznie cenniejszego.
- Kamienie?
- Blisko. Ostatnio, na prowadzonych w pobliżu Albuquerque wykopaliskach, znaleziona zaginioną kolię wicekrólowej Meksyku z połowy osiemnastego wieku! Burmistrz, nie wiedzieć czemu, uznał że przechowa ją razem z nadwyżką pieniędzy.
Część 66 / 6
- Rozumiem. Teraz szczegóły.
Michajił Stiepanowicz otworzył oczy. Miał jakiś koszmar. Mimo tych kilku godzin snu cały czas czuł się zmęczony. Słyszał, jak jego kompani o czymś dyskutują. Nie był jednak w stanie nic zrozumieć, gdyż nie znał hiszpańskiego. Na Alasce przynajmniej klimat dawał mu namiastkę ojczyzny. Tutaj czuł się zupełnie obco. Język, ludzie, nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć. Ci dwaj towarzysze wydawali mu się przyjaźni, ale niczego nie był pewien. I ten planowany rabunek. Nigdy nie nic nie ukradł, zawsze był uczciwy. Tylko ten jeden raz... Ale teraz musiał być drugi raz. Nie chciał tego robić. Był to jednak jedyny sposób żeby zdobyć pieniądze na powrót do ojczyzny. Osiedli się pod innym nazwiskiem w jakiejś odległej guberni i wszystko się ułoży. Poczuł, że ktoś go szturcha. Był to francuz. Uśmiechnął się do niego i zaczął mówić.
- Plan jest taki. - Pierre mówił po francusku, robiąc przerwy gdy widział że Rosjanin nie nadąża. W tym samym czasie Rapido Antonio podszedł do konia poszukać piersiówki. Gdy wrócił oby dwaj jego towarzysze siedzieli wpatrzeni w żarzące się już ognisko. Rosjanin zwrócił się ku niemu i wypowiedział kilka słów po francusku. Nie mógł nic zrozumieć więc zwrócił się do Francuza po tłumaczenie.
- Co powiedział?
- Dobry plan - Pierre odłożył fajkę i odwrócił głowę do Antonia. - Ale czy się uda?
*
Postanowił wejść jeszcze do sklepu. Zdawało mu się, że o czymś zapomniał. Kątem oka spojrzał na mężczyznę stojącego przy wejściu. Coś było nie tak. Jakby go obserwowano. Pokiwał głową i ruszył przed siebie. Po chwili obejrzał się. Mężczyzna szedł za nim. Przyspieszył kroku. Nie wiedział co ma zrobić. Wskoczył w pierwszy z brzegu rząd półek. Szedł szybko cały czas oglądając się za siebie. Starał się unikać spojrzeń. W pewnym momencie zorientował się, że jest na jakiejś większej sali. Znów spostrzegł ten wzrok. Wycofał się