Psychologia · 12 min czytania
KRAN
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
1. Kap, kap, kap. Co to za dźwięk ? Pewnie kran. Kapie woda. W nocy nie chce mi się wstawać. Zresztą - to może być coś innego. A ja jestem zbyt zmęczony. Wczoraj też kapało. Zaraz – przed wczoraj także. Steve miał wrażenie, że cała rzeka przepływająca przez miasto przekapała przez ten jeden, popsuty kran. Jutro wstanie i naprawi. Minęło kilka dni, i „kap” zamieniło się w bardziej piskliwe i brzęczące „kip” – jakby ktoś podłożył pod strumień kropel blachę do pieczenia. Co dziwne, od tego czasu nie przyszedł dzień. Była jedna, długa, głęboka, czarna noc. Steve postanowił, że odliczy sto piknięć i wstanie. Rozkaże mięśniom, ścięgnom i stawom – „podnieście ciało, chcę iść do tej cholernej kuchni i zakręcić kran”. Ale kiedy wybiło sto puknięć, ciało odmówiło. Mózg wysyłał tysiące impulsów ponaglając organizm, jednak bez skutku. Zastrajkowały nerwy, odmówiły mięśnie i ścięgna. Jednak krew płynęła. Nie umarłem – pomyślał. Otworzę oczy i po prostu spojrzę na nogę - po wpływem wzroku właściciela skończy z tymi wygłupami. Później tak samo zrobię z drugą nogą i rękami. Kiedy opanuję sytuację pójdę się napić. Strasznie mnie suszy, ale nie pamiętam dlaczego. Wydaje mi się, że leżę tu od zawsze. Tak jakbym urodził się w tym ciemnym pokoju - nic nie mogę sobie przypomnieć. Po kolejnym odliczeniu rytmicznych uderzeń postanowił otworzyć oczy. Podniósł powieki, ale noc skorzystała z sytuacji i wlała się do głowy. Nic się nie zmieniło. Tylko kran kapał szybciej.
2. Wysoka, przystojna kobieta ubrana była w śnieżnobiały fartuch. Spod niego wystawał skrawek spódnicy i brzeg kremowego swetra. Miała wysokie czarne kozaki, które były przeciwieństwem obuwia lekarzy i pielęgniarek. Jakby dowodem osobistym profana na tle szpitalnego sacrum. Szła długim, oświetlonym jarzeniowym światłem korytarzem, tuż za pielęgniarką. Przeszły przez oszklone wejście i zatrzymały się przy pokoju 114. -Proszę nie być długo – pielęgniarka uchyliła drzwi wpuszczając kobietę. Pokój był nieduży, wyłożony do połowy białymi kafelkami. Podłoga miała jednolity beżowy kolor. Obok łóżka piętrzyły się urządzenia zbudowane z metalu, krzemu i plastyku. Te sztuczne mechanizmy były sprytniejsze od naturalnych ludzkich maszyn i albo pomagały im działać, albo całkiem je zastępowały. Panował tu półmrok, zresztą nic dziwnego – pacjent nie był z tych, co czytają książki i przekomarzają się z pielęgniarkami. Światło w tym miejscu byłoby czystym marnotrawstwem. Łóżko stało jakby na dodatek do tego happeningu techniki. Na łóżku pod cienkim przykryciem leżał nieruchomo człowiek. W obliczu niemocy i uzależnienia od prądu elektrycznego płynącego w miedzianych przewodach zamiast w komórkach nerwów, każdy wygląda podobnie. I nie ma nawet znaczenia czy to kobieta, czy mężczyzna, kiedy jednakowo przypomina kawał mięsa poddany doświadczeniom. Kobieta chwyciła oparcie krzesła stojącego pod ścianą i przysunęła je bliżej łóżka. Usiadła i chwyciła delikatnie rękę mężczyzny. Na tyle delikatnie, żeby nie przerwać sieci rurek i przewodów łączących go z maszynerią. -Cześć kochanie – powiedział cicho, jakby bojąc się obudzić śpiącego. Ale ona właśnie chciała go obudzić, chciała żeby ta ostatnia szansa okazała się zbawieniem, żeby wszystko wróciło do normy, żeby życie było takie jak dawniej, żeby wypadek nie był wyrokiem. -Stephen. Nie wiem czy mnie słyszysz, lekarze mówią, że nie. Ale ja nie wiem. Rozpłakała się. Przed przyjściem obiecywała sobie, że popłacze się później, nie przy nim. Ta ostatnia rozmowa miała być poważna i opanowana. Ale skoro mąż i tak nic nie słyszy to może popłakać się już teraz. -Proszę cię Steve, daj mi jakiś znak, że żyjesz, że nie jest jeszcze za późno. Pproszę cię. Leżący na łóżku mężczyzna nie drgnął. Odpowiedziała jej tylko maszyna swoim jednostajnym pik, pik i wykresem górzystego krajobrazu na małym zielonym monitorze przy łóżku.
3. Pokój pozostawał ciemny i bezludny. On sam nie mógł się poruszyć ani w żaden sposób zmienić tego układu sił pomiędzy nim a materią ścian i łóżka, na którym – jak mu się zdawało – leżał. Ciemność była gęsta i nic nie wskazywało na to, że może pomachać ręką, albo choćby poruszyć rzęsami, aby przewiać te drobiny czerni pokrywające jego i wszystkie sprzęty w pomieszczeniu. Czasami pokój się zmieniał. Oprócz kapania kranu w kuchni, usłyszał, że jest ktoś za ścianą. Był tam ktoś i chyba coś mówił. -Nie wiem, czy to wypada podsłuchiwać sąsiadów, ale zdaje się, że do mojego mieszkania nikt nie przychodzi już od wieków. Starał się z całych sił wyłowić jakiś strzęp słowa, jakieś zdanie, które pozwoli mu nazwać samego siebie i tego, kto może wejść do mieszkania rozganiając sadzę, zalepiającą wszystkie żarówki. Ale słychać było tylko dudnienie i niewyraźnie stłamszone odgłosy – widać ściana w tym domu była solidna. Może on sam jest zamożny i kupił solidny dom ? -Ile czasu żyję ? –Czy ja w ogóle jestem wśród żywych ? –A może to Czyściec. –A może zaraz stanę przed Bogiem i usłyszę wszystkie swoje czyny, których nie powinienem był popełnić ? Tylko jedna sprawa – nic nie pamiętam. Gdybym przypomniał sobie cokolwiek, to mógłbym się bronić. „Tak wiem, piłem wódkę. Ale pomogłem małej dziewczynce, której noga utkwiła między poręczą a ślizgiem zjeżdżalni. To ja ją wtedy wyciągnąłem. Proszę zważ te dwie rzeczy”. Ale nie pamiętam ani jednej. Jedyne co słyszę to te szepty za ścianą i dziurawy kran. To wszystko.
4. Wyglądało to na spotkanie rodzinne. Jakieś imieniny, albo święta, tylko bez uśmiechów, życzeń i muzyki. Przed starym domem, zarośniętym od dołu zieloną kołdrą mchu stały już trzy samochody. Było późne popołudnie i słońce wolno kryło się zza linią horyzontu rzucając śmieszne, długie cienie stojących ludzi. Chwilę rozmawiali poczym weszli do domu. W salonie byli już chyba wszyscy. Za stołem