Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 12 min czytania

Krasnale

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Botaniku, czy mógłbyś, PROSZĘ, zejść z mojej stopy?! Może się zdziwisz, ale to BOLI. - Dobra, Giełdowy, bez nerwów. Nie moja wina, że Kupczyk tak się na mnie pcha! - O, wypraszam sobie! Ja się na nikogo… - Uh, uciszcie się wszyscy! Chcecie obudzić cały szpital?! – Marzenka miała dość ich kłótni i dopiero po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się, czy to był taki świetny pomysł, by ich tu przyprowadzić. - To jest KLINIKA, a nie szpital. – sprecyzował Bibliofil, jakby to on był tym, który przychodzi tutaj co noc od tygodnia. - No JA już chyba wiem, że klinika. Nie wymądrzaj się tak. – odburknęła mała kobietka. – Okay, a teraz cicho sza!, bo nas pielęgniarka złapie i będzie koniec tej wycieczki krajoznawczej! – Na te słowa od razu zapadła zupełna cisza, bo żaden krasnal z obecnie zebranych raczej nie chciał odbyć spotkania trzeciego stopnia z człowiekiem. Chociaż to ciekawy paradoks, zwłaszcza, że oni właśnie idą SPOTKAĆ się z jednym z nich. Kiedy krasnale odkryły tajemnicę ich koleżanki, były oburzone. Marzenka od tygodnia przychodzi MIĘDZY LUDZI, a na dodatek SPOTYKA się z jednym z nich, pomimo, że ich istnienie jest chyba jedną z największych tajemnic historii tego miasta. Innych miast zresztą też. I w ogóle, całego świata. W każdym razie ludzie nie mogą się o nich dowiedzieć. A ona po prostu przychodzi pewnej nocy i ogłasza wszem i wobec: „No, słuchajcie, od czasu do czasu chodzę do takiego fajnego człowieka. No co? Przecież to nic złego chyba, nie?”. Och, ale ona nigdy nie zrozumie, że nie można tak po prostu pokazać się tym wszystkim ludziom. Większość z nich zapewne pomyślałaby, ze to jakieś żarty, a oni to jacyś przebierańcy, no ale tak czy siak nie można się tak ujawnić. Ludzie nie zrozumieją, dla nich krasnale istnieją tylko w bajkach dla dzieci! No, w każdym bądź razie rodzina stu piętnastu krasnali zamieszkujących Wrocław była oburzona postawą ich towarzyszki i od razu zabroniono jej dalszych wycieczek. Ale dlaczego ona miałaby słuchać? Pewnego razu powiedziała: „Ja idę. Kto chce, to idzie ze mną.” I tak piątka jej „rodaków” teraz właśnie podąża za nią ciemnym korytarzem pod nosem niczego nie spodziewającej się pielęgniarki. - To tam. – szepnęła Marzenka wskazując na drzwi z liczba dziewięć, która była tak przekrzywiona, że zapewne niedługo stanie się szóstką. Cała grupka podbiegła do nich szybko i razem na nie naparli, po czym bezszelestnie wsunęli się do salki. Wszystko tutaj było takie duże. Pod ścianą stało gigantyczne stalowe łóżko, obok którego stały dziwne dla nich przedmioty. Jakiś długi stalowy kij, z którego zwisały kabelki, a obok na stoliku czarne pudło z czerwoną lampką.

Stali tak przez chwilkę, kiedy nagle z łóżka podniosło się coś opatulone białym prześcieradłem. Giełdowy sapnął z przerażenia i skrył się za Bibliofilem, który z kolei o mało co nie zdeptał Życzliwka. Natomiast reszta – Botanik i Kupczyk dopadli drzwi, jakby chcieli przez nie przeniknąć i znaleźć się z powrotem na korytarzu. - Och, nie no, bez żartów, uspokójcie się, to tylko ON. – mruknęła zdruzgotana Marzenka patrząc na zachowanie jej towarzyszy. Nie pomyślałaby wcześniej, że są takimi tchórzami. Zwłaszcza, że setki razy chodzili niepostrzeżenie między ludźmi. Westchnęła i podeszła do łóżka. - Ojej, cześć! – usłyszała szept chłopca, który na łóżku próbował wyplątać się z prześcieradła. Mała kobietka wspięła się po zwisającej kołdrze i wgramoliła się ze zwinnością na stołek stojący zaraz przy nodze łóżka. - Totalnie cię za nich przepraszam, mały. – Mówienie „mały” to chłopca, który prawie trzy razy przewyższał ją wzrostem wydawało się zabawne. Oboje spojrzeli na skupione w grupce krasnale, które stały niepewnie pod drzwiami i wyglądały, jakby nie wiedziały, czy uciec przez drzwi, czy może pacnąć na podłogę i udawać nieboszczyków. - Przestańcie się tak trząść i chodźcie tutaj, on nic wam nie zrobi, to nie pies, on NIE GRYZIE. – zawołała cicho na swoich towarzyszy. - Ha, ha, no pewno, że nie. – chłopiec zaśmiał się, bo strasznie zabawne wydawało mu się to, że te małe stworki mogą się go bać. To już on bardziej boi się ich. Jeszcze pamięta, jak tydzień temu uciekał z wrzaskiem, gdy zobaczył swoją malutka przyjaciółkę po raz pierwszy. Bibliofil niepewnie spojrzał na niego, mruknął coś pod nosem i podszedł bliżej. Następnie z pomocą Marzenki wciągnął swoje małe ciałko na łóżko i usiadł w samym rogu, jak najdalej od człowieka. Kupczyk, Botanik, Giełdowy i Życzliwek niepewnie podeszli koło stołka, na którym siedziała Marzenka. Wszystkie sześć krasnali ubranych w śmieszne kolorowe płaszczyki i czerwone, lub zielone czapeczki patrzyło teraz na ludzkiego chłopca. Marzenka wiele im o nim opowiadała. Mówiła, że jest chory, ale na co? Białawka? Białaczka? Tak, to chyba to drugie, jakaś okropna ludzka choroba. Mówiła, że musi mieszkać w klinice z innymi chorymi dziećmi i że jest bardzo samotny. Botanik spojrzał na niego. Chłopiec uśmiechał się radośnie. - Jestem Życzliwek. – odezwał się po chwili ciszy jeden z nich. Za jego przykładem poszła reszta. - Mam na imię Daniel, miło was poznać. Też jesteście krasnalami. Fajnie. – chłopiec uśmiechał się radośnie i Bibliofil zastanawiał się, czy on naprawdę jest chory, czy tylko udaje. - Mów mały lepiej co u ciebie? – spytała Marzenka, ucieszona, że jej towarzysze jednak przełamali strach, co udowodnili wdrapując się na łóżko. - Eh… Marzenko… Jestem taki zmęczony już… – odpowiedział na pytanie, po czym sięgnął do głowy Kupczyka i zaciągnął jego mały kapelutek. - Ej, co jest? Chcesz dostać w nos? – właściciel okrycia głowy zamachał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%