biografia · 8 min czytania
Krawaty, muszki, szale i chusty umiejętnie wiązane
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Krawaty, muszki, szale i chusty umiejętnie wiązane” to tytuł książki, którą otrzymałem od matki na swe dwudzieste drugie urodziny, w lipcu 1991 roku. „Kochany Mireczku, życzę ci dużo zdrowia oraz sukcesów na uczelni” powiedziała matka, jak zawsze z wyrazem bolesnego smutku na twarzy. Zaznaczyła, że martwi się bardzo, by się nie garbił.
Trzymając książkę w obu dłoniach kilkakrotnie przeczytałem jej tytuł. Na okładce, na tle jasnoniebieskim, były zdjęcia muszek, krawatów i innych męskich akcesoriów mody. Nie byłem w stanie opisać swoich uczuć. Zawsze w takich intymnych sytuacjach z rodzicami czułem się bardzo niezręcznie. Podziękowałem więc serdecznie za prezent i uścisnąłem mamę.
Coś się tego wieczora we mniw zbierało, jakieś uczucie oburzenia i złości, a na widok samej książki wzbierały się we mnie mdłości. Niedobrze mi robiło się na samą myśl o krawatach, muszkach, szalach i jakichkolwiek chustach. Jak mogła matka Mirosława zakupić mi na urodziny tak zupełnie niepotrzebny prezent? Ale jak można się na mamę złościć?
Co do samego stylu ubierania się, były to bardzo trudne czasy. Na rynku nie było nic, wszelkie ubrania kupowała mi przez całe życie mama, nie miałem więc żadnej szansy pomyśleć, czy pasuje mi ta czy inna koszula. Poza kilkoma hippisami, którzy nosili rzeczy z lat sześćdziesiątych, nosiło się to co wszyscy inni nosili, chyba że ktoś miał krewnych za granicą. Nagłe zakupienie przez mamę książki na temat muszek i krawatów graniczyło z totalną abstrakcją, było po prostu niepoważne. Ale oczywiście, po prostu nie było co kupić i wpadła mamie w ręce książka o muszkach i krawatach. A może pomyślała, że upada komuna i że już za kilka lat będziemy wszyscy tacy eleganccy, książka o muszkach i krawatach na pewno stanie się nam wszystkim bardzo potrzebna? Najbardziej martwiła mnie jednak inna możliwość. Może mama próbuje mu zasygnalizować, że akceptuje moją pewną odmienność? Może to co bardzo przed całą rodziną usilnie ukrywałem było dla wszystkich po prostu oczywiste? W domu o takich sprawach się przecież nie rozmawiało, tak jak w każdym „porządnym” polskim domu. Nie było nawet słownictwa na tematy seksualności. Ale jeśli rzeczywiście ta książka to próba bezsłownej komunikacji, tym bardziej mnie denerwowało. To tak jakby ktoś próbował komunikować, że w klozecie można przeżyć, można się na przykład pięknie ubierać, a świat dzięki Bogusiom Kaczyńskim, „ulubieńcom kobiet”, jest przecież piękniejszy. Niestety, definitywnie nie byłem wtedy na etapie akceptacji kobiecego aspektu swej osobowości. Przez ostatnie dwa lata, w wielkiej tajemnicy, pracowałem bardzo pilnie ze swoim psychoanalitykiem w Krakowie nad zmianą swej seksualnej orientacji. I choć sesje z przystojnym doktorem Arkadiuszem były arcyciekawe, to jakoś nic z tej zmiany orientacji nie wychodziło.
Książka mamy dołączyła do kolekcji w mojej bibliotece w domu rodzinnym w Kielcach jako bolesny symbol nieumiejętności normalnej szczerej rozmowy, braku komunikacji, totalnego społecznego zakneblowania i całej tej mojej mizernej izolacji w tamtych czasach. Nie było u nas sposobu by normalnie zapytać mamę, dlaczego właściwie kupiła tę książkę. Z biegiem lat pomyślałem, że nawet jeśli ta książka rzeczywiście była próbą akceptacji mojej inności, to dla mnie zawsze pozostała pomnikiem braku szczerych rozmów w domu. U nas liczyły się szacunek, posłuszeństwo, dobre maniery. Byliśmy dla siebie bardzo serdeczni i chłodni zarazem. Ale, jak pamiętałem, mama miała swych ulubionych gejowskich artystów w mieście. Byli to rzeczywiście bardzo eleganccy mężczyźni, jeden był lokalnym aktorem, a drugi profesorem fortepianu na lokalnej uczelni. Obaj byli legendarni, a na dodatek, ten siwy aktor zawsze był otoczony grupką młodziutkich adoratorów.
W kilka lat później studiowałem już na stypendium za granicą, byłem bardzo zajęty, coming out do własnej matki nie zdawał mi się być nigdy sprawą najpilniejszą. Za granicą spotykałem