Inne · 20 min czytania
* KRES *
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"KRES"
„Byli tacy co rodzili się byli tacy co umierali byli też i tacy, którym to było mało (...) kto ci dał do ręki ostrą broń, zwyczajna ty wariatko!” frag. „Anatema na Śmierć” Edwarda Stachury
Zarzuciłem plecak na ramię i po raz ostatni spojrzałem na mój dom. Na idealnie kładzioną, czerwoną kostkę brukową, rabatki kwiatów podlewane co kilka dni przez ogrodników, na nieskalanie białą zewnętrzną elewację i na ojca, który w beżowym garniturze, na werandzie ćmił papierosa. Przymknąłem powieki, by ten widok utrwalić w pamięci jak zdjęcie z polaroida. Zwróciłem się w stronę bramy wyjściowej. -Adam! Gdzie idziesz?- usłyszałem krzyk ojca. Odwróciłem się za siebie po raz ostatni. -Do Marka!- odkrzyknąłem zdecydowanie. Przytaknął i znów się zaciągnął. Nie miałem zamiaru iść do Marka. Zmierzałem ku śmierci.
*
Nerwowo stukałam paznokciami o blat drewnianego stołu. Dźwięk głucho roznosił się po prawie pustym pomieszczeniu. Na przemian marszczyłam brwi i przeczesywałam włosy. Ze zdenerwowania. Oczy latały mi nerwowo pomiędzy czterema ścianami zatrzymując się na kanapie na której spała Ania. Miała dopiero cztery lata. Nadal ssała kciuk. Podeszłam do niej i zaczęłam ją palcem wskazującym gładzić po buzi. Czekałam aż się obudzi. Najpierw wyjęła zaślinionego paluszka z buzi, a dopiero potem spojrzała na mnie nieprzytomnymi oczami. -Maja?- zapytała przecierając oczka. -Słońce... w kuchni masz zrobione kanapki. Dziś przed przyjściem taty zabierze cię stąd ciocia Grażyna, dobrze?- tłumaczyłam. Kiwała głową. Nie wiem czy ze zrozumieniem, czy dla świętego spokoju. –Kocham cię. Pocałowałam ją w drobny, gorejący policzek. -Ja też!- krzyknęła. Pogładziłam ją tym razem po główce. Szeptałam cichutko: „śpij” dopóki jej czarne oczy z powrotem się nie zamknęły. Gdy zasnęła, ostrożnie wstałam i z kuchni zabrałam plecak. Zarzuciłam skórzaną kurtkę i wyszłam z domu rzucając pożegnalne spojrzenie na śpiącą w najlepsze Anię. Wyglądała jak mały aniołek, który spadł z nieba. Oddalałam się powoli. Z należytym namaszczeniem żegnałam mury, w których przeżyłam tyle lat. -Per aspera ad astra...- powiedziałam na pożegnanie. Ani. Na pocieszenie...
*** Przy szosie głównej E-40 od niepamiętnych czasów, na poboczu stała stodoła. Swojego czasu była schronieniem miejscowych narkomanów i dziewcząt lekkich obyczajów, lecz teraz nawet oni nie byli zainteresowani tą zapyziałą ruderą. W powietrzu unosił się odpychający zapach stęchlizny i starego siana, które już od kilku lat nie pachniało delikatnym zapachem wsi. Nie wiadomo było również kto jest właścicielem tego budynku. Czy specjalnie, czy przez nieuwagę – nie wiadomo – nie dochodzono do tego. Słońce delikatnie chyliło się ku zachodowi lekko pieszcząc promieniami dźwiękoszczelne ekrany przypominające mury oświęcimskie. Rzekomo miały pochłaniać hałas. Długi odcinek drogi ekspresowej był nimi zagrodzony. Dwa kilometry, wzdłuż drogi od stodoły mieścił się zajazd. Na parkingu stało zawsze mnóstwo samochodów. Dla wtajemniczonych powód był wiadomy. Pod mury zajazdu podjechał butelkowo-zielony opel. Zatrzymał się między dwoma topolami, którymi nakrapiany był parking. Kierowca cicho puścił radio. Kilkadziesiąt minut później z samochody wyszła dziewczyna. Zapięła ostatnie guziki dosyć kusej bluzki i obciągnęła spódnicę. Zarzuciła plecak na ramię. -Pieniądze.- powiedziała sucho spoglądając do wnętrza samochodu przez na wpół otwarte drzwi. Drobna szatynka unikała wzroku mężczyzny, który ociągając się szukał w spodniach portfela. -A co byś powiedziała, gdybym stwierdził, że ci nie zapłacę? Że nie jestem zadowolony z usługi? Nie odpowiedziała. Mężczyzna uśmiechnął się ukazując rządek idealnych, białych zębów. Docisnął do szyi krawat i spojrzał na nią wyczekująco. Nadal na niego nie patrzyła. Była onieśmielona jak nigdy. Facet w końcu przestał się z nią droczyć. Ze schowka wyciągnął gruby, skórzany portfel. -Jesteś nowa w tym fachu? Zaprzeczyła ruchem głowy. -Aha- westchnął. –Proszę!- powiedział z przesadną uprzejmością, puścił do niej oko i podał banknot. Nie widziała. -Należy się więcej. Za usługę specjalną... -Specjalną powiadasz... gdybyś nie była taka młoda, taka świeża i taka delikatna nie zauważyłbym tej usługi specjalnej. Ale masz... Podał jej drugi banknot. -Jak coś to dzwoń- znów mrugnął. Odwróciła się na pięcie i nic nie mówiąc poszła w stronę budynku. Głośno stukała wysokimi obcasami o betonowe płyty. Gdy doszła do schodów, zobaczyła znajome twarze. Dziewczyny nie liczące na nic w życiu, dbające tylko o niedaleką przyszłość. Pod tonami pudru, cieni do powiek i tuszu kryły się najzwyklejsze dziewczyny i najzwyklejsze, przyziemne emocje. -Cześć Majka!- krzyknęła najwyższa z nich, aby mieć pewność, że ją usłyszy. Odwróciła głowę, ale nie przystanęła nawet na chwilę. Pomachała ręką. -Nie dziś, proszę...- zniknęła w drzwiach zostawiając dziewczyny ze swoimi zdziwionymi minami. Nie witała się z recepcjonistką, tylko od razu pognała do łazienki. Przemyła twarz wodą, by zmyć z niej ślady życia. Ślady życia, które ją tak uwierało i które tak zepsuła. Nie patrzyła w lustro... nie chciała. Gdy już się odświeżyła i jako tako doprowadziła do porządku, poszła w stronę stolików dla gości przy barku. Usiadła na drewnianym krześle obitym purpurowym materiałem. Zaczęła szukać czegoś w plecaku. -Wychodzisz stąd!- usłyszała stanowczy głos. Podniosła głowę i zobaczyła twarz kelnera, który wskazywał palcem na drzwi, pod pachą dzierżąc pustą tacę. –Wiesz, że was wewnątrz nie może być! Wrogość biła od każdego słowa. Każde bolało ją dziś wyjątkowo. Nie dość, że była przepełniona nienawiścią do samej siebie, to jeszcze wszyscy dookoła udowadniali jej, że jest śmieciem. Że mogą pomiatać nią jak im się podoba. Najpierw mężczyzna w samochodzie, a teraz ten... -Ja tylko chcę wysłać list- powiedziała ostrożnie wyjmując z plecaka białą kopertę z naklejonym znaczkiem. Kelner nic nie mówiąc podszedł do drugiego stolika przyjąć zamówienie. Swoim koślawym pismem wykaligrafowała adres. Potem do koperty włożyła banknoty, które dał jej mężczyzna. Pośliniła jej brzeg, a potem dodatkowo je przyklepała – dla pewności. Pieniądze już jej nie były potrzebne. Ani tak. Wsunęła delikatnie kopertę do skrzynki pocztowej dla gości, wiszącej przed drzwiami, a potem poszła w stronę dziewczyn. -Mam do was prośbę. Tylko dokładnie ją zapamiętajcie... -Nie rozumiem...- powiedziała jedna, marszcząc brwi. -No ale dobrze. Jak sobie życzysz. O co chodzi? -Powiedz Marcinowi, że nie chcę go znać. -Co ty opowiadasz? Ty przecież... -Nie- przerwała jej. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. –Powiedz, że między nami już nic nigdy nie będzie. -Co ty pieprzysz? -Przekaż, dobrze? Przytaknęła. Maja pożegnała się z dziewczynami, a potem poszła w stronę domu. Jednak, gdy przechodziła przez skrzyżowanie, nie skręciła do drogi prowadzącej do jej miejscowości. Poszła dalej – szosą szybkiego ruchu, tuż obok jadących samochodów. Idąc już trzecią godzinę, za ekranami zobaczyła niepozorną szopę. „To jest to!” Skręciła w prawo i przesmyknęła się przez przejście między ekranami. Chwilę potem dotarła do opustoszałej szopy. Zachowywała się cicho, choć nie było wyraźnej potrzeby ku temu. Kiedy podeszła do wrót zobaczyła, że są otwarte. Przejechała opuszkami palców po szorstkim drewnie. Oparła czoło o deskę. Zagryzła wargi. Oddychając ciężko rozchyliła wielkie drzwi. We wnętrzu było bardzo ciemno. Jedynym źródłem światła były nierówne szczeliny między deskami, a których była zbudowana szopa. Bała się tego miejsca. Było obce, nieprzyjazne, a poza tym miało być tym ostatnim. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Rozejrzała się po nowym miejscu i rzuciła gdzieś w kąt swój plecak. Jej oczy już przyzwyczaiły się do ciemności. Nagle coś poruszyło się w kącie. Krzyknęła przerażona i momentalnie przywarła do ściany zbudowanej z pustaków, która była pokryta grubą warstwą pajęczyny. Serce chciało wyskoczyć jej z piersi. Uspokoiło się dopiero, gdy z kąta wyskoczył czarno-biały kot i pomknął ku wyjściu. Odetchnęła z ulgą. -Co się stało!?- usłyszała kolejny odgłos. Nie odgłos – głos! Krzyknęła po raz kolejny i zaczęła się wycofywać. Doszła do drzwi i po raz kolejny omiotła wzrokiem wnętrze szopy. -Dlaczego krzyczałaś?- ten sam głos znów do niej przemówił. Mogła w każdej chwili uciec, lecz za punkt honoru postanowiła sobie odnalezienie źródła głosu. Nie musiała długo czekać. Z ciemności wyszedł chłopak, na oko kilka lat od niej starszy i stanął przed nią z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę nie umiała odezwać się słowem. -Kim jesteś? Właścicielem?- odpowiedziała pytaniem na pytanie. -Nie- zaśmiał się chłopak. –Ale to zabawne... chciałem cię zapytać o to samo. Wcale jej nie było do śmiechu. Milczeli chwilę, oboje nie wiedząc, co powiedzieć. -Co tutaj robisz?- chłopak przełamał się pierwszy. Nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie chciała zgrywać uprzejmej, prawdomównej, czy dobrej. Nigdy nie chciała. Ale co było jej po kłamstwie, gdy w kieszeni spoczywał nóż? -Chciałam popełnić samobójstwo- powiedziała po chwili zastanowienia. Chłopak w odpowiedzi spiął brwi. –Ale nie próbuj mnie od tego odwodzić... jestem pewna słuszności mojej decyzji i nic tego nie zmieni. -To dlaczego mówisz, że mam nie próbować odwieść cię od tego? -Bo wiem, że nic z tego nie będzie. A ty po co tutaj przyszedłeś? Przecież nie mieszkasz tu- spojrzała na jego dżisny i śnieżnobiałą, markową koszulkę adidasa. –Nie wyglądasz na biedaka... Ta szopa wyglądała na opuszczoną... -Bo taka jest- odpowiedział zdecydowanie. –Nie jestem żebrakiem, nie uciekłem z domu, nie szukam sensu z życia i nie umówiłem się tu z dziewczyną, by spędzić uroczą noc na sianie.…