Psychologia · 22 min czytania
Królewna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stanął przy oknie. Obejrzał się po chwili przez ramie. Wzrok przyzwyczajony juz do mroków jego pokoju pozwalał dostrzec mało wyraźne kontury łoża. Z niesmakiem spojrzał ponownie za szybę. Padał deszcz, krople deszczu ślizgały się po szybie, widok jesiennej nocy nie napawał optymizmem. Poczuł w końcu nie przyjemny chłód na nagim ciele. Dręczyło go sumienie, jakże prosty i skomplikowany wynalazek ewolucji, czy jak niektórzy woleli, Boga. Zawrócił, stąpając po puchatym dywanie wślizgnął się do łóżka. Zakrył i przytulił się do swej wybranki. Delikatność jej skóry nie pozwalała sama z siebie na brutalność w każdym i pełnym tego słowa znaczeniu. Ze wszystkich swych prostych sił dążył by ona była szczęśliwa, by zaspokoić jej pragnienia. By móc być oparciem, poradą, radością, odwołaniem w razie problemów. Jakże często czuł się wobec jej nie godny, nikły, malutki, nie potrafiący w żaden sposób jej sprostać, dorównać. Każde słowo mogło stać się rozkazem. Każdy gest błogosławieństwem. On był tylko dla tego że ona była. Uwielbienie, idealizacja uczuć i pragnień. Smak porażki czy zwycięstwa; nie miało to znaczenia. Zaznał on już wiele cierpienia, wiele walk i bitew stoczył już sam ze sobą. Zwycięstwa, tak nikłe i rzadkie nie pozwalały jednak by się poddać, oddać przeznaczeniu o ile gorszemu od przegranej. Przesuwał palcami dłoni po jej twarzy, gładził najdelikatniej jak potrafił jej włosy, czoło, policzki. Był pewny swego, radosny szczęścia którego nigdy już nie zazna. Wszelkie ponure myśli odeszły kiedy tylko znalazł się przy niej. Nie było już wartości, jej perfekcyjność stworzenia nie ma sobie równych. Jakże malutkim się czuł, robaczkiem. Postanowił już, będzie jej bronić, będzie ją ubóstwiać, będzie ją kochać, cokolwiek to słowo znaczy. Tylko tak mógł się spełnić. Zasnął spokojnie, nieświadom momentu kiedy to się stało. Śnił dobrze. Ranek przywitał go jak zawsze w dobrym nastroju. Wstał lekko, najciszej jak potrafił, by nie zbudzić swej księżniczki. Zabrał ubranie z krzesła, i spokojnym krokiem wszedł do łazienki by obmyć się i ubrać. Śniadanie jak zawsze lekkie i przyjemne, mleko, płatki. Czas na prace, siódma trzydzieści, pewny krok do drzwi, buty, wyjście; ledwie słyszalne przekluczenie zamka w drzwiach. Ten moment był wyczekiwany, kobieta powoli wstała, nie mrawo podeszła do stołu w holu. Sprawdziła czy drzwi są zamknięte. Podniosła słuchawkę telefonu, wybrała numer... - Mamo? On... znowu mnie zgwałcił... - Spojrzała na duże lustro wiszące w korytarzu. Rozwichrzone włosy, sińce na całym ciele, stara szrama na zgięciu łokcia po szpikulcu do lodów. Kiedy to z romantyczna kolacja, stała się kolejną histeryczną walką o przeżycie, po tym jak drżącą ręką ze strachu, przypadkiem wylała kieliszek wina na jego spodnie. Zaciągnął ją do sypialni, pomieszczenie to jest wytłumione dźwięko szczelnymi ścianami, tak że sąsiedzi niczego nigdy nie usłyszeli i nie usłyszą. Pod lewym okiem ślady sińca z zeszłego tygodnia; wiedziała że brak piwa w domu jest nie dopuszczalny, ale zapomniała że w tamtym dniu są rozgrywki ligi mistrzów. A piwo i mecz to jedność. Łza, powoli spłynęła po policzku, nieszczęśliwie popłynęła na rozciętą wargę, kolejny ból. Głos w słuchawce rozbudził ją z przeszłości. - ... zawsze byłaś zakałą rodziny, co ty sobie myślisz. Jak ty sobie chłopa wybrałaś. Należało ci się widać. Przecież Wiktor to złoty chłopak, złego słowa na niego nie powiem. Mogłaś mu po prostu powiedzieć że nie chcesz. Zawsze byłaś słaba, teraz jesteś już nie młoda i słaba; ja ci już nie pomogę. Swoje lata mam, i nie chce słyszeć o problemach. Powiedz lepiej kiedy się doczekam wnuków... Dzieci, Wiktor twierdzi że kocha dzieci. Raz jednego chłopca wtrącił pod wózek widłowy, tylko dla tego że zbyt głośno bawił się samolotem w super markecie, całe szczęście że kierowca był czujny. Dziecko, biedaczek dostał ostrą reprymendę od swojej matki za coś czego nie było jej winą. Dla czego nie stanęłam w jego obronie? Nie chciałam popełniać ponownie błędu kwestionowania decyzji męża. Nie chce już liczyć na łód szczęścia kiedy to, prawie mnie udusił w windzie; gdyby nie wejście tego ochroniarza. Miałam szczęście... miałam szczęście? Uwielbiam niemowlęta, ale boje się mieć własne dzieci. Boje się jak przeżyję ciąże. Boje się tego że w końcu będzie chciał mieć potomka, a ja urodzę mu córkę. Boje się. - Potrzebuję pomocy... - Ni to myśl ni to decyzja. Nigdy nie byłam zdecydowana, pewna swego, zawsze ktoś mnie wyręczał. Boje się męża, swoich decyzji. Jedno wiem jednak na pewno nie chcę tak żyć; Wiktor wydawał się złotym mężczyzną. Po miesiącu wiedziałam że chcę za niego wyjść. Ideał kobiety, miał wszystko; karierę, wygląd, dom, pieniądze, był romantyczny, zawsze o mnie pamietał, taki troskliwy. Jak by już wiedział z góry czego taka jak ja potrzebuje. Czytał w mych myślach, od razu zgodziłam się kiedy poprosił mnie o rękę, to był drugi miesiąc naszej znajomości. Kochałam go, ten wieczór należał do moich najpiękniejszych. Kochaliśmy się całą noc, było wspaniale. Ile to już, miesiąc od ślubu? Ślub mieliśmy na trzeci dzień od oświadczyn. Trzy miesiące, te trzy miesiące zamieniły moje życie w koszmar. Nie, nie chce tak żyć. Wolałabym umrzeć. Ucieknę, zabiorę pieniądze które zbieramy na nowy samochód. Wyjadę, daleko... za granicę. Tam mnie nie znajdzie, do mamy nie pojadę, nie zrozumie mnie. Przynajmniej ten jeden raz sama podejmę decyzję. Chce być pewna siebie, bezpieczna. Trzask i buczenie w słuchawce telefonu rozbudził ją z tych myśli. Nastał czas decyzji, nie ma odwrotu, albo ucieknę i spróbuję się ustatkować od nowa, albo zostanę i... Nie, ta decyzja odpada, spojrzała na zdjęcie ślubne, wzięła je w dłoń. Przyjrzała się swemu wybrankowi. Zamachnęła się, odrzuciła swoją ciemną przeszłość, zdjęcie przeleciało cały hol, słusznym dźwiękiem ramka roztrzaskała się o ścianę w kuchni, szkło pokryło całą podłogę. Myśli jej były szybkie, ruchy zdecydowane. Pakowała się chaotycznie, byle by jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce. Dwie torby już czekały, spojrzała na zegarek, za pięć ósma. On wróci o szesnastej, zacznie jej szukać po chwili kiedy się zorientuje po jej zniknięciu. Pewnie pojedzie do mamy. Nie znajdzie mnie tam. W tym czasie będę już w pociągu jadącym do Berlina. Kroki pod drzwiami, trzask przekręcanego zamka. Rozwarcie ich. I w nich stanął on. Wysoki mężczyzna, z wyglądu na lat dwadzieścia jeden. Krótko ostrzyżony, blondyn, z kozią bródką. Ubrany jak zawsze w czerń. Wzrok zza jego okularów nie wróżył niczego dobrego. -Musimy w końcu kupić ten nowy samochód, Magdaleno. Zalałem świece, spóźnię się do pracy i znowu zanosi się na deszcz. Odczekam chwile w domu, zanim znowu podejdę do tego grata. Halo... Magdo, jesteś tu? - Postąpił kilka kroków. Odłożył teczkę na szafkę z butami. Spojrzał na dwie torby leżące w korytarzu. - Magdalenko, ktoś do nas wpadł? Jesteś tu czy nie?- Głos stał się bardziej szorstki. Głośne kroki jego ciężkich butów roznosił się po całym mieszkaniu. Stąpał ku sypialni. Zauważył brak zdjęcia na stoliku w gościnnym, gdzie stał telefon. Postanowił później zapytać o to, gdzie podziało się zdjęcie. -No, jesteś. Martwiłem się o ciebie. Dla czego się nie odzywałaś? Moja ty królewno.- Wszedł do sypialni. Położył się na łóżku. - Skarbie.., a z resztą. Śpij sobie jeszcze. Później mi opowiesz gdzie podziało się nasze zdjęcie i skąd się wzięły te torby na korytarzu. Idę sobie zrobić kawę, tobie również przyniosę. Gwałtowny ruch spod pierzyny, został natychmiast stłumiony przez silną rękę mężczyzny. Dało się wyczuć szybszy oddech osoby będącej pod fałdami pierza. -Spokojnie kochanie, leż. Ja się zajmę w końcu przyniesieniem kawy do łóżka. Wiem że to nie weekend ale przynajmniej raz się na coś przydam. - Uśmiech na twarzy, poklepanie tej części łóżka którego kształt dawał największe złudzenie tego że pod nim znajduje się głowa.- Zaraz wracam, czekaj tu na mnie. - Kolejne ciężkie kroki, zamknięcie drzwi za sobą. Miała bardzo niewiele czasu. Wyskoczyła z łóżka w pełnym ubraniu. Zgrzana i spocona. Adrenalina buzowała. Okno, jedyna droga ucieczki, ten mały widok na świat, był jej jedyną nadzieją. Dziecko by przez nie przeszło, czy jej się uda. Nie ma nic do stracenia. Od okna do ziemi dzielą ją jakieś półtora metra. Upadek na betonowe płyty nie będzie najmilszą sprawą, lecz w porównaniu z jej zdenerwowanym mężem upadek będzie porównywalny do kociej gracji spadania na cztery łapy. Szarpniecie za klamkę otwierająca okno. Brak skutku. Okno było przewidziane tylko do uchylania nie do otwierania. Silne pociągnięcie, plastik się gnie, lecz nie chce ustąpić. Postanowiła się uwiesić całym ciałem. Udało się, zawiasy pękły z trzaskiem; i w tym momencie w drzwi sypialni przekroczył Wiktor. W jednej dłoni trzymał pałkę w drugiej broń. Strach sparaliżował ją tylko na chwilę, gotowa była skoczyć. Lecz ta chwila wystarczyła. Padł strzał. To oznaczało koniec, brak odwrotu, brak nadziei, brak ratunku. Z postrzeloną nogą nie mogła się ruszać. Lotka która wbiła się w jej udo nie pozwalała na poruszanie lewą nogą. Paraliż członków ciała postępował coraz bardziej. Aż znieruchomiała. Jedyne co pozostało to bezsilne opadnięcie na podłogę i krzyk. Szybko do niej dostąpił, rzucając pałkę i broń na łóżko. Przycisnął całym ciałem do podłogi, zdarł firanę. Związał jej ręce. Spoliczkował ją kilka krotnie. Ona będąc w szoku, nie potrafiła uczynić nic. Tylko łzy, tylko bezmiar oczu, mówił wszystko czego nawet mędrzec nie potrafiłby odczytać z tej sceny. Przycisnął kolanem jej klatkę piersiową. Był zimny, wyrachowany. Pewny siebie, jak by już wiedział co czynić w takich sytuacjach. Wyjrzał przez okno, na placu parkingowym stały dwa samochody, parking był przeznaczony na pięćdziesiąt miejsc. Zaczynało padać. Wszelkie odgłosy będą jeszcze bardziej stłumione. Uśmiechnął się, spojrzał na swą młodą małżonkę. -Nigdzie nie odchodź, kochanie. -Wstał, ściągnął okrycie łoża, obejrzał się. Ona wyglądała tak dostojnie, niczym śpiąca królewna z bajki; jak gdyby spała, z tą różnicą że miała otwarte oczy, uśmiechnął się. Podszedł do niej i związał jej nogi w kostkach i na wysokości ud. Wziął ją na ręce, położył na łóżku. Poprawił jej grzywkę, troskliwie prze tarł łzy na jej policzku. -Nie płacz. Nie płacz proszę, już dobrze. Teraz jesteś bezpieczna. Tak bardzo Cię kocham, wierz mi cierpię bardziej niż ty... przepraszam. - Cios twardą pięścią w głowę spowodował omdlenie. - Leż spokojnie. Wyszedł. Wkroczył do kuchni, zajrzał do najwyższej szafki nad kuchenką, przeglądał wszelkie medykamenty, zaklął pod nosem i wyciągnął fiolkę tabletek, strzykawkę i buteleczkę. Spojrzał na torby leżące w korytarzu. -Przyszedłem w czas. Już nie uciekniesz królewno. - Spojrzał za siebie, pod zlewem leżało lekko uszkodzone zdjęcie. Wziął je do rąk. Popatrzył smutnym wzrokiem, odłożył fotografie na stół kuchenny. Spokojnym krokiem odszedł w stronę sypialni. Usiadł na brzegu łoża. Podniósł skrępowane ręce, położył je na…