Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 27 min czytania

Kroniki Białogórskie - rozdział siódmy.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

VII

Limuzyna rodowa Valentino Teratosso sunęła cicho przez most nad Białką z wysuniętą leciutko anteną radiową. Od kiedy młody następca tronu wsiadł do samochodu, telefon nie milknął. Dla postronnej osoby zdawać się mogło, że wykonywał niekończącą się serię kurtuazyjnych rozmów. Ale Valentino Teratosso znał bardzo dobrze podtekst każdego wypowiadanego słowa. W ciągu dwudziestu minut Fabiusz Aureliusz wydał co najmniej trzy wyroki śmierci, dwa razy nakazał wyciągnąć na światło dzienne czyjeś brudy, zlecił dwie kradzieże, nakazał zbezcześcić świętą księgę i raz nakazał porwać dziecko. Nie podobało się to głowie rodu Teratosso, szczególnie to ostatnie polecenie. „Przyjdź z dzieckiem, znajdzie się dla niego kołyska.” Nie chodziło o zastraszenie urzędasa czy jakiegoś konkurenta w biznesie. Dziecko miało być użyte w jakiś sposób podczas dzisiejszej uroczystości. Fabiusz od razu zapowiedział solidną rewizję planów – śmierć zarówno Camillo, jak i Bartnika nie była przypadkowa. Aby wypełnić kontrakt, będą potrzebowali małego wsparcia i chyba to wsparcie miało zapewnić dziecko. Zawsze unikał takich działań – rytualny mord na dziecku mógł wnerwić Czarnych. A jeśli jest z nimi ten, o kim mówiła naćpana wiedźma... Nigdy nie wiadomo, kto przemawia przez medium. Wtedy lepiej będzie, jeżeli Salvator wykończy Widłowskiego jak najszybciej, bo ich połączone siły dałyby odpór wszystkim kręgom Piekła. Nawet jeżeli Widłowski zdechnie, jak należy, to nadal pozostaje ten, który się kryje. - Spokojnie - powiedział Fabiusz. Odłożył telefon na siedzenie i wyjął ze schowka na drobiazgi starożytną szpilę do włosów. Sam Valentino umieścił ją tam niecały tydzień temu, za namową głosu Baala. Sama szpila miała blisko tysiąc lat, wykonana była z kolca Koltzdraaka – największego najeża zabitego przez Verga z Wideł. Końcówka lśniła jadem, wciąż wilgotnym, pomimo wieków używania jej w zamachach skrytobójczych. Fabiusz przesunął palcami po dwudziestocentymetrowej szpili i westchnął. - Biedny Koltzdraak... - Ironia w ustach następcy tronu mieszała się z jakąś dziwną tkliwością. - Pewnie jego potomstwo jeszcze śpi pod bagnami. Chyba czas je obudzić... Da to nam trochę czasu. Masz może trochę krwi na zbyciu? Zapytany Valentino odpiął guzik na mankiecie i podciągnął rękaw. Sięgnął po nóż do kopert, by upuścić trochę krwi. Nie miał zamiaru dać się ukłuć – umarłby nim by poczuł ból. Fabiusz tymczasem dojrzał coś za oknem. Zjechali z mostu i przejeżdżali przez dzielnicę biznesową. Na rogu stała wyjątkowo efektownie umalowana i ubrana młoda dziewczyna. Sposób, w jaki zaczepiała mężczyzn, sugerował, że mieli przed sobą typową prostytutkę. Mogła stać w środku dnia, dzięki prawu autorstwa pana de Marcia. Kilku klientów pewnie spytało, czy aby na pewno szczupła blondynka ma piętnaście lat (ustawa o pedoseksualizmie jeszcze nie przeszła do drugiego czytania). Fabiusz nacisnął przycisk interkomu. Z głośnika odezwał się głos kierowcy. Valentino specjalnie wybrał na ten kurs jednego z zaufanych ludzi, doświadczonego w mokrej robocie. - Słucham, proszę pana? - Zatrzymaj się przy rogu i otwórz tylne drzwi. Gdy wóz się zatrzymał, dziewczyna szybko podeszła i pochyliła się przy oknie. Jej bluzka nie zakrywała za wiele, w oczy rzucał się tatuaż na lewej piersi - „Belle&Tito4EVER.” - Witam pana... Jestem Belle... Daj tysiaka, to pokażę ci, co wiem... Po chwili dziewczyna siedziała obok Flawiusza, powoli przechodząc do dzieła. Valentino w swoich lokalach widywał nieraz takie obrazki i nawet nie był zanadto podniecony. Ponadto nie lubił kobiet łatwych, wolał zawsze poświęcić trochę czasu by zdobyć i rzucić, by zająć się następną. Ryzykował, ale zamiłowanie do ryzyka ród Teratosso wysysał z mlekiem matek (które też były niezłymi ryzykantkami wiążąc się z takimi, a nie innymi ludźmi). Zresztą, od kiedy umarła Tulia, Valentino stracił jakoś zapał do miłosnych podbojów i skupił się na wychowywaniu ich wspólnych dzieci. Igraszki Fabiusza z Belle stały się bardziej energiczne, co nie przeszkadzało obojgu prowadzić konwersacji. - Chcesz pojechać do stolicy? - Chcę... - Lubisz tańczyć? - Tak... - Jest w tobie tyle życia... - Nawet jeszcze nie wiesz... Fabiusz pytał, a Valentino szybko odgadł, jaki będzie finał. Nie zdziwił się, gdy prostytutka nagle przestała się ruszać. Sztywne ciało zsunęło się z następcy tronu, porażone neurotoksyną mięśnie rąk zesztywniały w makabrycznym ustawieniu. Fabiusz wodząc ręką nad szpilą, szeptał już formułę, za pomocą której chciał zbudzić najeże. Gdy zakończył inkantację, kolec pulsował purpurowym blaskiem. Gdy w końcu Fabiusz uśmiechnął się, Teratosso był pewien, że po bagnach biega już co najmniej dwadzieścia prehistorycznych gadów. Fabiusz włączył interkom i polecił zboczyć nieco z trasy, by wysadzić panią Belle pod jej domem nad Białką. Oczywiście wrzuci ją do rzeki przy pomocy szofera, by w razie czego zrzucić na niego winę. Tymczasem kontynuowali podróż, a Belle z pewnym wyrzutem wpatrywała się w Valentino zmętniałym wzrokiem. Fabiusz położył szpilę na siedzeniu i znów sięgnął po telefon. - Wysłałeś po zasoby ludzkie fachowców, których ci poleciłem? - spytał, wybierając numer. - Tak – odpowiedział Teratosso. Dostał polecenie wysłania pod wskazany adres dwóch ludzi. Nigdy nie wrócili, ale „fachowcy” potwierdzili przyjęcie zlecenia i podziękowali za poczęstunek. Ze słuchawki dobiegł Valentino przepity głos należący do Shaggy'ego – szefa bandy zajmującej się wymuszeniami, rabunkami i dilerką pod przykrywką zwykłego kibolstwa. - To dobrze. - Fabiusz kiwnął głową. - Shaggy? Dostałeś mój prezent? Dobrze, a wypróbowałeś go? To świetnie... Nie, nie potrzebuję takich informacji. Ale byłbym wdzięczny, gdybyś natychmiast udał się na Pole Ślepego Węża i poszedł do bunkra numer dwa zero zero zero jeden. Tak, wiem, że zrobisz to jak należy, zresztą, gdy będziesz w okolicy zajmie się tobą mój znajomy. Żegnam. Rozłączył się i wyjął z barku butelkę Kiteronu i trzy kieliszki. Nalał sobie, Teratosso, napełnił trzeci i chlusnął w twarz Belle. - Twoje zdrowie, kochaniutka. Mężczyźni przez kilka minut delektowali się winem, aż w końcu Fabiusz kazał zatrzymać limuzynę nad brzegiem rzeki. Gdy kierowca pomagał Fabiuszowi taszczyć ciało dziewczyny w kierunku rzeki, zmącony przez mocny trunek umysł Valentino szalał. „To wariactwo, ten młokos planuje chyba samego Złego ściągnąć nam na głowy. Jeśli się nie powiedzie, stracimy wszystko, w tym i innych światach... Ja chciałem tylko trochę ułatwić sobie życie, życie moich synów! To Baal sam do mnie przyszedł, bym go chronił przed Archaniołem! Teraz przez moją głupotę na całym świecie może rozpętać się piekło – gdy Baal dorwie się do tronu, wywoła wojny, sprowadzi głód, wypuści z laboratoriów wszelkie możliwe choroby... I to będzie moja wina, efekt mojej głupoty...” Umysł Valentino Teratosso znalazł w zakamarkach pamięci starą formułę, z czasów, gdy więcej czasu spędzał w Ghanacie Mar-Tii niż w Emiracie Marcji. Jako młody narwaniec, dla zaimponowania jednej z dziewczyn wspiął się na szczyt katedry św. Verga II. Wtedy usłyszał modlitwę, z której wtedy się śmiał, lecz dziś jej słowa jakoś same pchały się na usta, gdy Fabiusz z kierowcą przygotowali się do wrzucenia ciała do rzeki raźnym „raz, dwa i...”. - Święty Michale Archaniele, broń nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech go Bóg poskromić raczy, pokornie prosimy, a Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne złe duchy, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, Mocą Bożą strąć do piekła. Amen. (1) Gdy Valentino wyszeptał ostatnie słowo, dostrzegł powłóczącego nogami, wspierającego się na ramieniu kierowcy Fabiusza. Pomógł mu wsiąść i na jego prośbę nalał mu wina. Limuzyna lekko szarpnęła, gdy zjechała z chodnika na asfalt. Teratossso nigdy nie brał na posadę szofera nikogo, kto nie zna się na brudnej robocie, ale ten brak reakcji na mord w biały dzień trochę go przeraził. Fabiusz wypił jednym haustem i spojrzał obłędnym wzrokiem na Valentino. Z nosa pociekła mu wąska strużka krwi. Zacisnął pięść i uderzył Valentino w twarz. - Nigdy... więcej... tego... nie rób, ty... gnido... - wysyczał. Kazał przez interkom jechać do dzielnicy akademickiej. - Od teraz robimy tylko to, co ja każę i co mogę nadzorować. Dostaniesz ten swój kontrakcik i nasza umowa zostanie wypełniona, jasne? To dobrze, że twoi synowie są bystrzejsi od ciebie... Teraz muszę dopilnować, żebyś niczego nie spartaczył, zdrajco. Siedzieli w milczeniu, patrząc na siebie złowrogo. Obaj zerkali nerwowo za okna. Teratosso postanowił spić się do nieprzytomności. Po dwóch kieliszkach burbona miał szczerą ochotę wyjść z limuzyny i przepraszać wszystkich na ulicy. Trzeci kieliszek Fabiusz wytrącił mu z rąk. Kryształ rozbił się na setki drobinek. - Masz być trzeźwy, inaczej wypruję ci flaki - ostrzegł były następca tronu - Jak źle wybełkoczesz inkantację, to ja mógłbym sobie pogwizdać. Fabiusz znów zagłębił się w rozmyślaniach. Czasem zerkał z nienawiścią na coraz bardziej przerażonego Teratosso. Valentino przetrwał koegzystencję z Baalem dzięki silnej woli, twardemu charakterowi potrzebnemu ojcu rozrabiaków i Chanowi Zachodu. Potrafił się kilka razy postawić demonowi, zrobić coś inaczej niż ten chciał. Pewnie dlatego następnym celem Baala stał się młody, rozpieszczony przez dwór libertyn. Możliwe, że już za kilka godzin następca tronu stanie się marionetką krwiożerczego bożka. Już teraz Valentino miał problem z rozróżnieniem, kto do niego mówi. Po zakończeniu ceremonii Baal miał być na tyle potężny, by istnieć poza ciałem Teratosso, ale skoro już przerzucił się na Fabiusza, może nie chcieć z niego wyjść. Nie wróżyło to dobrze ani obecnemu cesarzowi, ani Imperium, czy jego mieszkańcom. W końcu, gdy wjechali do prawobrzeżnej części Starego Miasta, Fabiusz spytał pogardliwym tonem: - Masz przy sobie medalion z Kryształem Światła? - Oczywiście... - Valentino zawsze nosił go zawieszony na szyi. Był zbyt cenny, by narazić go na kradzież czy zwykle zagubienie. Przez sześćset lat należał najpierw do białogórskiej linii Lupusiaidów, potem do rodu Teratosso. Nieoszlifowany kamień wielkości kciuka nie był jednak cenny ani ze względu na swą wielowiekową historię, piękną, bursztynową barwę, czy kunsztowną, złotą oprawę. Był odłamkiem broni, którą przodkowie Aureliuszów terroryzowali ćwierć istniejącego świata. Olbrzymi kryształ, dzieło upadłego anioła został rozbity wiele tysięcy lat temu przez Archanioła. Każda jego drobina mogła zniszczyć lotniskowiec, posiadając kawałek wielkości pięści nie trzeba wydawać fortuny na sto bomb atomowych. Podając go człowiekowi, któremu do ucha szeptał Pan Zagłady, Valentino Teratosso naprawdę chciał opanować drżenie rąk. Mimo to kamień omal nie wypadł mu z rąk. Gdy Fabiusz zaczął cichą inkantację, Valentino zatkał uszy. Ten kawałek mógł zmieść całe centrum z powierzchni ziemi, zabić wszystkich w okolicy, skazić powietrze... - Tak, to na pewno zajmie Widłowskiego. - przyznał Fabiusz, wyrzucając klejnot za okno limuzyny. - Zneutralizować go mogą tylko posiadając dwa inne. Jedyny w okolicy znajduje się koło gniazda najeży. Ale tam za pięć minut będą grasowały najeże, prawda? Nawet ja nie wiem, gdzie ono jest dokładnie... Poza tym nadal potrzebowaliby trzeciego. Tak więc, zapewne Czarni wyniosą go daleko poza miasto. To da nam czas... Fabiusz nacisnął przycisk interkomu i bardzo uprzejmie poprosił kierowcę, by gnał na Academicianę, jakby miał za sobą grzyb atomowy.

Alicja i Marek modlili się o przeżycie. O ile dziewczyna była pobożna i każdy dzień zaczynała od modlitwy, o tyle wyczynem godnym mistrza rozwoju duchowego było nakłonienie de Marcii do powtarzania w kółko „Ratujcie, bogowie!”. Potrzebne są do tego: jeden student z wymiany międzynarodowej, piętrowy autobus i immunitet dyplomatyczny. Gdy zapłacili za naleśniki (Kucharzo-Zamiataczo-Kelner bardzo dziwnie patrzył na Alicję, gdy ta sama z siebie odniosła talerze), narzeczeni zobaczyli jadący z zawrotną prędkością od krawężnika do krawężnika czerwony, obklejony reklamami piętrus. Cały wóz huczał od machających przez otwarte okna, rozbawionych studentów i żywej, równikowej muzyki. Studenci pobrzmiewali w rytm muzyki, wysmarowani pastą do butów, ubrani w pstrokate koce imitujące plemienne stroje środkowego Pharhastu. Ktoś na przodzie wozu rozpiął prześcieradło z napisem „Nangobus zaprasza!”. Alicja i Marek nie zdziwili się za bardzo, gdy kierowca pomachał do nich i zatrzymał pojazd, lekko tylko wspomagając się latarnią. Nango Jbaane, książę wioski Jbaane w Demokratycznej (choć zdaniem politologów, demokracja występuje tam tylko w nazwie) Republice Natusi wyskoczył zza kierownicy i czym prędzej uściskał Alicję. Mierzył grubo ponad metr dziewięćdziesiąt, ponadto kilka lat występowania w roli gwiazdy uniwersyteckiej drużyny lekkoatletycznej pozwoliło mu wypracować solidną muskulaturę. Dziewczyna na chwilę straciła możliwość oddychania. Najchętniej kopnęłaby Jbaane w klejnoty rodowe, ale bała się, że mu je urwie. Byłaby to jednak zbyt wielka kara za kilka uścisków i przyjacielskich pocałunków w policzek. W końcu Nango zakończył powitanie. Na własne szczęście, bo Alicja już planowała urwanie mu jakiejś mniej strategicznej części ciała. - Alitia! Jak zdrowi? - spytał, podając rękę Markowi. Jakoś wylewny był tylko przy witaniu się z ładniejszymi koleżankami. - Ładny woza, no nie? Marek spojrzał na

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%