Fantasy · 37 min czytania
Kroniki Białogórskie rozdział VIII.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
VIII
Wybór trasy przez Academicianę okazał się błędem. Pradziad Wszystkich Aut utknął na światłach koło przedszkola ulokowanego przy jakiejś bocznej uliczce. Ktoś najwyraźniej uznał, że o jedenastej wszystkie dzieci będą chodzić w kółko po pasach, trenując poprawne przechodzenie. Dlatego od kilkunastu minut co najmniej dwudziestu kierowców kwitło w korku, podziwiając nowy, elegancki budynek jeszcze nieotwartego przedszkola. Turski chętnie skorzystałby z jakiegoś pierwszego lepszego komunikatu i włączył sygnał, ale uliczka była stosunkowo wąska, więc żaden z dwóch stojących przed nimi TIR-ów i tak by mu nie ustąpił. Najwyżej kilku jego towarzyszy niedoli miałoby nieprzyjemności. Nie było też mowy o wspólnym, radosnym przejechaniu na czerwonym – kamera pod białym, brudnym daszkiem migotała złowrogą, czerwoną lampką. Koledzy by mu może odpuścili, ale nie chciał kusić sztucznej inteligencji. Korzystając z wymuszonego postoju, Hoża rozważała różne hipotezy dotyczące śledztwa. Nie podobała jej się narzucona przez Brutus masa wątków. Pani prokurator mocno wierzyła w prostotę świata, oraz w to, że taka masakra nie może być zbiegiem okoliczności. - Możemy tu mieć różne kombinacje zabójstwa szlachcica z premedytacją, zabójstwa w afekcie, spowodowania wypadku samochodowego, zabójstwa plebejusza z premedytacją... - wyliczała. - Zapominasz, Młoda, o kradzieży akt, przemycie i nielegalnym posiadaniu broni. - Seweryn miał mieszane podejście do takich składanek. Z jednej strony, musieli badać wątki bez większego powiązania ze sprawą, z drugiej, w razie, gdyby się trafił cwany adwokat, zawsze jest jakiś haczyk. - Mnie martwi to, ilu mamy podejrzanych. Liczyłaś kiedyś? - Nie. - Zofia nigdy nie stosowała popularnej w białogórskiej Pretorii „metody Turskiego”. Była zbyt skomplikowana, ponadto mało efektywna. - Widzisz, a ja tak. - Turski zerknął na światła, a gdy zauważył, że niektórzy doświadczeni wyszli z samochodów, wyciągnął swój służbowy notes. Znalazł oznaczone zakładką miejsce. - Stażyści to przydatny wynalazek. Człowiek może zrobić w tym czasie coś pożytecznego. Idąc chronologicznie. Leon Teratosso, siedemnastu podejrzanych. Aleksy Bartnik, trzynastu. Camillo Teratosso, siedmiu. - W sprawie Camillo niemal pewny jest Hankson - przypomniała Hoża. - Może niekoniecznie - zastanowił się komisarz. - Jakbym wiedział o kimś tak charakterystycznym jak imigrant z Równin, a chciałbym zabić Teratosso... Nie jest chyba problemem załatwić taki strój, ponadto udało się zabójcy nie pokazać twarzy. - Racja - przytaknęła Hoża. - Mamy jeszcze tego kogoś ze zdjęcia. - Wierzysz w to? Przecież mamy tylko jedną połowę twarzy. Nawet jeśli odtworzą teoretyczny wygląd drugiej, to będzie się różnić od oryginału. Musieliby mieć tam podane imię i nazw... Komórka Hożej zapiszczała. Seweryn z jednej strony nieco jej zazdrościł tego służbowego gadżetu, z drugiej strony ciarki przechodziły go na myśl, że szefowie mogliby mieć go pod ręką zawsze i wszędzie. Poza tym zasięg miało ustrojstwo tylko w centrach większych miast, w Białogórze do niedawna były aż dwie anteny. Ponadto nie wiadomo było gdzie to nosić – w kieszeni spodni nie, bo rak jąder. W kieszeni marynarki też nie, zakłócało podobno pracę serca. I rozmawiać trzeba krótko, bo rak mózgu samopoczucia nie poprawia. - Nadkomisarz Zofia... A, to ty, Quinti? Turski uśmiechnął się w duchu. Quintilius Wari był jednym z nielicznych techników pretorii, którzy po zesłaniu ze stolicy do Białogóry, nie byli obrażeni na wszystko i wszystkich. Facet szybko wyuczył się widlańskiego, znalazł dziewczynę, ustatkował się i ciężko pracował na awans jako fotografik. Jeśli zdjęcie z tarczy Camillo trafiło do niego, zapewne niedługo dostaną dane osobowe. - Gdzie to było? - Twarz Hożej wyrażało bezbrzeżne zdumienie. - Przecież miałam to zdjęcie w ręce i nic tam nie... Dobra, już piszę. Ma pan kartkę? Seweryn wskazał jej plik żółtych, samoprzylepnych kartek za przednią szybą. Zofia wzięła je, położyła na kolanie, wyciągnęła z kieszeni krótki, obgryziony ołówek i zaczęła notować. - Tak, dobra, mam... Co tak mało? Jeśli możesz. Przyda się też aktualne miejsce pobytu. Dobra, dzięki. Świetna robota. Rozłączyła się i podała Sewerynowi kartkę pokrytą krzywym pismem. - To fotografia legitymacyjna - powiedziała z miną pod tytułem „Ale ze mnie idiotka.”. - Była opisana z tyłu. Fakt, ochmistrzyni trochę atramentu rozpuściła, ale mamy początek każdej linii. Turski podjął próbę rozszyfrowania nietypowego rebusu. „E, Wid, ul. V, 99, n. 17 S”. Uznał, że nie jest źle. Bez wątpienia mieli inicjały, pierwszą nazwę ulicy, dwie pierwsze cyfry kodu pocztowego i dzienną datę urodzenia delikwenta – siedemnasty Septembr (lub wrzesień, jak kto woli). Gdyby przeszukać według tego bazy danych... - Którą mamy? - spytał, szukając odpowiedniej fali w radiu. - Dwadzieścia trzy po jedenastej - odpowiedziała Zofia, zerkając na zegarek w komórce. - Więc mamy jeszcze piętnaście minut. - Turski nacisnął przycisk nadawania i podniósł mikrofon. - Tu Turski, Gienia, jesteś tam? - Jasne, panie szefie. - Radiowy głos młodej szefowej Biura Zarządzania Danymi Osobowymi nie poddawał się zniekształceniom, dzięki czemu mogła zawsze wyraźnie podać adres zamieszkania poszukiwanego czy najbliższej pizzerii. - Co podać? Do następnego zawieszenia zostało dwanaście minut, trzydzieści sekund i trzy setne. - Czy jeśli podam ci częściowe dane, znajdziesz mi faceta? - Jak bardzo częściowe? Nie znajdę go po wybitych zębach... - Mam adres przeżuty przez służbę. Leci to tak; imię na „E”, nazwisko na „Wid”, adres przy ulicy na V, gdzieś na Widłach, urodzony siedemnastego września. - Bez trudu. - Nie brzmiało to jak ironia. - Na Widłach jest tylko jedna ulica na V. Vidulinea. Ciągnie się przez wszystkie południowe dzielnice, potem sto metrów na Widłach Dolnych i wpada do Alei Pierwszej. To zresztą jedyna w tej naddzielnicy ulica z normalną nazwą, bez numerków. Na mapie są tam trzy bloki, więc bez trudu ci znajdę delikwenta. Co nabroił? - Jeden z naszych denatów rzucał w niego rzutkami. - Uuu, to poważny zarzut... Też bym za coś takiego zabiła - rzuciła Gienia, rozłączając się. Hoża cmoknęła zdziwiona. - Jeszcze się trzymają? Przecież mieli zamknąć Biuro kilka lat temu, jak okazało się, że komputery im się zawieszają z precyzją swissańskiego zegarka. Turski uśmiechnął się ironicznie. - Zlikwidować najwspanialsze dzieło pana prokuratora Brzdęka? - zakpił, sięgając po karteczkę z danymi Ecośtama Widcośtamskiego. - Nawet jak Gienia nic nie znajdzie, my możemy pokombinować. Esteban, Eugeniusz, Euzebiusz, Emil, Edward, Ernest... Może Eryk, Emeryk, Eustachy – jakbym się tak nazywał, to na pewno bym zbzikował... Ewaryst, Emanuel... Masz coś jeszcze? - Nie... - Hoża dała się wciągnąć w grę, zawsze ciekawszą, niż sterczenie i wpatrywanie się w misia z reklamy na tyle paki ciężarówki. - Nazwisko na Wid. Czyli na przykład Widulski. Widłowski, Widewski, Widski, Widło, Widelec. Eustachy Widelec? Ryknęli śmiechem. Zaczęli spisywać kolejne niedorzeczne propozycje. Po Erneście Widzimisię radio odezwało się głosem Gieni: - Tu Biuro Danych Osobowych, do pana Turskiego, odbiór. Turski otarł łzę i powstrzymując chichot, podniósł mikrofon. - Jestem. Już zawieszka? - spytał rozbawiony. - Oj, bo się obrażę i jak następnym razem będziesz szukał lokalu na romantyczną kolację z żonką, to pytaj pani Brutus - pogroziła Gienia, zaraz jednak oznajmiła dumnym tonem: - Już ci znalazłam delikwenta. - Już?! - zdziwił się Seweryn – Przecież te bloki mają po tysiąc mieszkańców, w dodatku jest tyle kombinacji... - Co wykombinowaliście? - Eustachy Widelec i Emeryk Widełka. A co ty masz? - Spudłowaliście, - Głośnik z precyzją oddał całą złośliwość zdania - facet nazywa się Widłowski. Konkretnie Edward. Siedzi w psychiatryku, mania prześladowcza. Zresztą, w tych blokach mieszkają imigranci z Katai-Ippon, czyli połowa z nich to Chan a druga połowa to Liu. Tak czy owak, wisisz mi piwo. - Dwa, jeśli jego akta znajdą się na moim biurku do piątej. - Turski podejrzewał, że jest to niewykonalne, więc mógł szaleć z obietnicami. - A jaki to psychiatryk? - Dwa piwa w twoim towarzystwie? - spytała przekornie Gienia. - Będziesz je miał za pół godziny, jak Aulus z archiwum będzie mógł się do nas dołączyć. - Dobra, ale to ty pilnujesz, żeby nie machał nożem. - Ehhh, niech ci już będzie. Pan Widłowski siedzi w Zakładzie Psychiatrii Uniwersytetu Białogórskiego. - A, to rzut beretem stąd. - Turski często wizytował ten ośrodek. Jak każdy, kto kiedykolwiek miał podejrzanego twierdzącego, że nie może iść do więzienia, bo jego Pan, Różowy Króliczek Zagłady umrze z głodu. - Pijesz ciemne? - Jasne przecież, że jasne. - rzuciła Gienia, rozłączając się. Turski zanotował w notesie, ile piw jest komu winien i podrapał się po głowie. - Ten Widłowski to raczej nie pasuje. - mruknął. - Szukamy gościa, który prześladuje, a nie jest prześladowany. Hoża już przemyślała ten problem. Zaczęło jej się jakoś to nazwisko z czymś kojarzyć. Było to dawne wspomnienie z jakiejś imprezy i tylko mgliście chodziło jej po głowie, że ma to coś wspólnego z Kalikstem Ceterrą, miłośnikiem teorii spiskowych i wielkiego poszukiwacza kosmicznych implantów. W poszukiwaniu których potrafił bardzo dogłębnie przeszukać ciało drugiej osoby. - Wszystko się wyjaśni, jak dostaniemy jego akta - rzuciła, wpatrując się w czerwone światło. Przypomniało jej się jednak, że Turski na tylnym siedzeniu zawsze woził aparat fotograficzny. - Co ty na to, żeby uwiecznić tę historyczną chwilę, gdy w końcu zmienią się światła? - spytała, sięgając po etui z podpisami wszystkich komisarzy pracujących dwa lata temu. - Jasne, powinien być gotowy do pracy. - Turski jeszcze wczoraj robił zdjęcia Pradziada Wszystkich Aut w pełnej krasie. Sam aparat dostał od kolegów, gdy Brutus zaproponowała, żeby komisarze w czasie prowadzenia „ważnych śledztw” pełnili całodobowy dyżur. Wtedy Seweryn rzucił niewinną uwagę, że przy tej ilości „ważnych śledztw” będzie musiał nosić przy sobie fotografie żony i dzieci, by nie zapomnieć, jak wyglądają. Pani prokurator zrzedła mina, jej plany zaś jak na razie leżą na półce po dziś dzień. Wdzięczni koledzy zafundowali Turskiemu prawdziwe cacuszko – z opcją natychmiastowego wywoływania zdjęć. Hoża wyszła z wozu, znalazła odpowiednie miejsce, ustawiła ostrość i oczekiwała. Ktoś z kierowców podał adres, by przesłać odbitki. W końcu pojawiło się światło żółte. Błysnął pierwszy flesz. Potem coś ze świstem i rykiem silnika przeleciało przez skrzyżowanie. Hoża szybko wsiadła do auta i spytała: - Widziałeś to? - Nie wiem... - Wstrząśnięty Turski chciał za wszelką cenę uchodzić za w miarę zdrowego psychicznie. - Zrobiłaś temu zdjęcie? - Tak. Fotografia właśnie wysunęła się z aparatu. Chwilę czekali, aż nabierze barw. - Zofia, proszę, powiedz mi, że nie zwariowałem i tam jest... - Piętrowy autobus pełen Murzynów? Nie zwariowałeś. Pokazała mu zdjęcie. Aparat był bardzo dobry i obraz nawet niezbyt się rozmazał. - Jedź już, bo niektórzy już przestali przecierać oczy i zaczynają trąbić. Podniesiony na duchu Turski z radością nacisnął pedał gazu.
Gdy profesor Labore skończył kłócić się z Sylwią o historyczność postaci Lupusa Białogórskiego, zadał jeszcze wszystkim dodatkowe zadanie. Mieli znaleźć jakiekolwiek dowody na potwierdzenie teorii Starobrzeskiego. Marek wychodził z sali nieco zmieszany. Wszyscy wiedzieli, że on jest zamieszany w sprawę powtórnego wydania „Wilków z Białogóry”, mógł mieć problemy z profesorami. W końcu to oni ukręcili łeb sprawie kilka lat wcześniej i teraz mogli zaryzykować nawet starcie z Mercatorem. - Panie de Marcia, czy mogę na słówko? Profesor Labore był bodajże najstarszym wykładowcą na północy Imperium. Pomimo, iż ukończył w ubiegłym roku siedemdziesiąt pięć lat, nadal cechował go bystry umysł i cięty język. Marek zawsze był pod wrażeniem tego, jak za pomocą swojego tubalnego głosu panuje nad całą salą pierwszego roku. I jak większość studentów nieco bał się jego legendarnej surowości i podstępnych pytań. Dlatego uprzejme „Czy mogę na słówko?” spowodowało, że pewny siebie szlachcic poczuł się mocno niepewnie. - O co chodzi, panie profesorze? - Marek zauważył, że niektórzy spojrzeli na niego, jakby właśnie leżał na stosie pogrzebowym. - Chciałbym wyjaśnić sprawę z pewną publikacją - rzucił profesor, nie odrywając się od zapisywania czegoś w swoim notesie. Marek czuł, że to szkic wniosku o wydalenie ze studiów ze względów dyscyplinarnych. - Proszę usiąść. Co pan wie o „Wilkach z Białogóry”? - Książkę napisał profesor Starobrzeski pięć lat temu... - Marek starał się dobierać ostrożnie słowa. Każdy błąd mógł być podstawą do kpiny czy żartu, który potem krążyłby po korytarzach przez kilka lat. - Z pewnych powodów... Labore prychnął. - Panie de Marcia, powiem szczerze: robi pan z siebie idiotę. - Spojrzał w oczy Markowi, choć zwykle do studentów zwracał się jakby byli tylko przypadkowymi odbiorcami jego wypowiedzi. - A nie jest nim pan. W odróżnieniu od wielu pana i moich kolegów. Powiem szczerze i nie ma w tym fałszu: za dziesięć lat widzę pana w roli kolegi z wydziału. Marek czuł, że zaraz dowie się, że szkoda poświęcać takiej obiecującej kariery dla takiej głupoty, ale się mylił. Labore wstał i wyjrzał za drzwi. - Pani do kogo? - spytał, zaraz też dobiegł Marka głos Alicji: - Szukam narzeczonego. - Jestem już żonaty... - odparł zawiedzionym głosem Labore. - Poza tym, pan de Marcia byłby pewnie nieco zazdrosny. - Źle się wyraziłam... - Nie szkodzi. Zresztą, myślę, że ta rozmowa dotyczy pani tak samo jak pana de Marcia. Proszę wejść. - Labore przepuścił Alicję w drzwiach, po czym zamknął je na klucz od środka. Kaszlnął przy tym napominającym tonem. - A, przepraszam. - Marek szybko odsunął dziewczynie krzesło. Po pewnym wysileniu pamięci przypomniał sobie, że gdy rozstawali się na dole, miała ona na sobie inne ubrania. Teraz była ubrana w skromny, acz elegancki komplet akurat na spotkanie biznesowe na uniwersytecie. - Dziękuję. - Alicja od dawna próbowała sprawić, by etykieta była dla Marka czymś naturalnym i nie mogła powstrzymać uśmiechu. Labore tymczasem podszedł do okna. Kamienice okalające obszerny plac, przy którym stał budynek wydziału zdawały się jeszcze bardziej szarawe niż w pełnym świetle dnia. Profesor splótł ręce za plecami i przyglądał się studentom gnającym do domów wszelkimi dostępnymi finansowo środkami transportu. - Zbierają się chmury na Academicianą... - powiedział z lekką melancholią w głosie. - Dosłownie i w przenośni. Wiecie o nowym projekcie ustawy autorstwa Fabiusza Aureliusza? - O płatnościach za studia? - spytał Marek. Była to jedyna ustawa jaką napisał młody następca tronu, bardzo kontrowersyjna. - Mój ojciec stanowczo zaprotestował... - Wiem... - Labore urwał mu, podnosząc dłoń. - Pana przybrany ojciec ma kilka wad, ale na pewno nie jest nią, tak częsta wśród naszej szlachty, pogarda dla plebejuszy. Ustawa zamknie im drogę na studia, robiąc miejsce dla tej całej rozpuszczonej, rozwrzeszczanej hałastry, którą od blisko czterech dekad staram się trzymać z dala od wiedzy. Mniej lub bardziej skutecznie. W każdym razie możemy stracić nadzieję na wychowanie drugiego takiego pokolenia jak moje i profesora Starobrzeskiego. Marek spojrzał lekko skonsternowany na Alicję. Ta tylko wzruszyła ramionami. Labore nadal patrzył za okno i ciągnął wywód. - Gdy po raz pierwszy dopuszcza się plebs do pracy na uniwersytetach czy w Pretorii panowie szlachta wysyła nas do najgorszych robót. Pamiętam sprawę jakiegoś seryjnego mordercy. Przez dwa lata nikt go nie umiał dorwać, aż posłali jakiegoś młodego prokuratora i ten dorwał drania w ciągu miesiąca. Fakt, ktoś go wcześniej oskórował, ale nie było wątpliwości, że to on był winien. Tak samo profesor Starobrzeski. Przydzielili go do badania szlaków handlowych z Białogóry do Iantarem, a on dokopał się do Lupusa. Zwrócił się ku nim. Przeszedł do swojego biurka i usiadł. - Przecież jeszcze dziś zrugał pan Sylvię za to, że spytała pana o niego... Nazwał ją pan idiotką... - Marek miał mętlik w głowie. - Trzeba być idiotą, by podawać jako wiarygodne źródło Kronikę Simona Petruceliego, tego cesarskiego pachołka, który sam pisał, że każde słowo które napisał jest ku czci tego idioty Lucjusza i „jego szlachetnych przodków”. Gdyby podała mi choćby list Minuncjusza Tertiusa do Titusa Kvartiusa, gdzie namiestnik pisze, że przesyła pięć amfor wina jako dar dla króla Białogóry, Lupusa... Ocaliłaby cześć. Nie słyszał pan o tym liście? To dobrze, znaczy, że nasze archiwum jest szczelne. Od stu lat, wszystko, co tylko może wskazywać na Lupusa, jest tam chowane. A kopie przesyłane do Instytutu Historii Przedaureliańskiej w Forum Aurelis. Badał wzrokiem reakcję Marka. Ten był mocno zmieszany. Brzmiało to jak teoria spiskowa. Instytut Historii Przedaureliańskiej podlegał bezpośrednio cesarzowi i tylko garstka historyków miała dostęp do jego zasobów. Do tego oczywiście sam cesarz i jego syn przygotowywany do rządzenia. Był to najdziwniejszy instytut na świecie – badał legendy i mity dotyczące rodu Aureliuszów przed założeniem Imperium. Marek nie słyszał, by zajmowali się czymś poważniejszym niż badanie rzekomej mumii Aureliusza I. A budżet mieli poważniejszy niż kilka prowincji. - Dlaczego niby tam? - spytał de Marcia, chcąc skonfrontować fakty. Polityka już nieraz zmuszała naukę do bezsensownych działań. Ale to zdawało się tak nonsensowne, że brakło mu słów. - Przecież Lupus z tego, co wiem, nie był nijak spokrewniony z rodem panującym... - Niby tak, ale tu nie o niego chodzi. - Labore wskazał wiszącą za nim mapę kontynentu z czasów Drugiej Imperialnej. Czerwona plama Imperium sięgała od Półwyspu Auriańskiego na południu do Długiego Morza na północy, i od Marcii na zachodzie po Elladę na wschodzie. Na zielono zaznaczono dość spore królestwo Białogóry, na fioletowo należący formalnie do cesarza Rezerwat Wideł, na żółto ziemie podbite przez łupieżców z Wysp Thora. Profesor obrócił się i wskazał palcem Rezerwat. - Wedle tego, co ustalił profesor Starobrzeski, bunt Lupusa narodził się na Widłach. Wedle zaś najstarszych legend…