Fantastyka · 35 min czytania
Kroniki Białogórskie - rozdział X.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział X.
Do pustej filiżanki wpadła sześćdziesiąta druga kropla deszczu, zaraz potem gdzieś wysoko rozbrzmiał szesnasty grom. Alicja ziewnęła, znudzona liczeniem i spojrzała w górę, próbując znaleźć dziurę w czaszy parasola. Wysłużony materiał mimo licznych łat i szwów przegrywał walkę z coraz intensywniejszym deszczem. Kobieta nudziła się niemiłosiernie odkąd poprosiła Marka, żeby zniknął na jakieś pół godziny, by nie odstraszać tajemniczej nieznajomej swoją obecnością. Nie wzięła nic do czytania, nie miała z kim pogadać. Ciężarna kilka stolików dalej była zajęta szkicowaniem czegoś, a do tego jasno dała do zrozumienia, że czeka na ważne spotkanie i nie ma czasu na pogaduchy. Powrót Marka przywitała więc Alicja ze sporą dozą radości. Opowiedział jej o meczu, jaki obejrzał w pobliskim pubie. Czwartoligowe rozgrywki, Pogoń Dogoń rozgrywała mecz towarzyski ze Zdartymi Chodakami. Jej zawodnicy za nic nie mogli dogonić przeciwników, choć ci biegali jakby rzeczywiście mieli na nogach drewniane obuwie. Honor Pogoni Dogoń ratował bramkarz, choć nie musiał się wiele wysilać w starciu z rywalem symulującym faul, gdy nie ma w pobliżu żadnego innego zawodnika. W końcu piorun zlitował się nad nieszczęsnymi widzami, graczami i sędzią, uderzając niebezpiecznie blisko tego ostatniego. - Ale nic mu się nie stało? - spytała nieco przerażona Alicja. - Nie - uspokoił ją nieco zawiedziony Marek. - Trochę był zszokowany, ale poza tym nic. Przynajmniej znalazł dobry pretekst, by zakończyć to widowisko. - A tutaj cisza? - Jak makiem zasiał - westchnęła Canissi, wzruszając ramionami. - Tylko zmokłeś niepotrzebnie. Przeczekajmy tę burzę i chodźmy do domu. - Nie musimy - zapewnił Marek, wiedząc, że Alicji bardzo zależało na tym spotkaniu. Gdyby był w jej sytuacji, nie przepuściłby żadnej sytuacji, by poznać lepiej wszelkie jej niuanse i zawirowania. Jeżeli kobieta, z którą mieli się tu spotkać, posiadała takie informacje, lub mogła wskazać kogoś, kto zna się w tej dziedzinie, to każda minuta tego spotkania była na wagę złota. - Dajmy jej jeszcze godzinę, to może się zjawi - zaproponowała Alicja, wylewając prawie pełną filiżankę deszczówki na bruk. - A jak nie, to trzeba będzie pogadać znowu z Mercatorem. Może uda mu się nas umówić na inny termin. - Jak chcesz - rzucił de Marcia. - Mówiłem ci już, że ładnie ci w niebieskim? - Zebrało ci się na komplementy? - Alicja spojrzała mu w oczy i pokręciła głową. - Nie masz nic bardziej pożytecznego do roboty? - Mam, ale wolę cię pomęczyć. Podczas gdy narzeczeni przekomarzali się według dość utartego, tradycyjnego scenariusza, strużka wody z dziurawego parasola zniszczyła szkic, nad którym męczyła się ciężarna. Trochę zirytowana artystka zerknęła na zegarek i skrzywiła się na myśl, że może jednak źle chodzi. Postanowiła spytać się Marka i Alicji, trochę rozbawionych i rozkojarzonych odgrywaniem swoich ról. - Przepraszam? - zagadnęła, przerywając w momencie, gdy Marek miał właśnie zacząć przepraszać za to, że żyje. - Tak? - spytała wytrącona z rytmu Alicja. - Nie wiecie państwo, która jest gadina? - Miała lekki wschodni akcent i wtrącała trochę skandywizmów(1). W jednym z dawnych filmów szpiegowskich byłaby jedną z tych złych agentów. - Piętnasty luty - palnęła bez zastanowienia Alicja. Dopiero gdy zobaczyła minę Marka, szybko spojrzała na zegarek i chciała przeprosić, ale kobieta zerwała się i podeszła do ich stolika. - Was Miercator prisłał? - spytała, patrząc z ukosa to na Alicję, to na Marka. - To zależy... - De Marcia czujnie otaksował nieznajomą wzrokiem. - Nas - odpowiedziała Canissi, nim Marek zaczął bawić się w polityczne zagrywki. - Miała pani sama podejść. - Spadiewałam sia kogoś innego - przyznała lekko zawiedziona artystka, siadając na jednym z wolnych krzeseł. - Tak pri okjazji. Jętka. - Co: „jętka”? - Marek nastawił się na przyjęcie nowej porcji szyfrów i haseł. - Tak mi mówią... - wyjaśniła ciężarna i od razu przeszła do konkretów: - Dlacziewo to was Miercator prisłał, gdy ja spytałam o nagrania z wielkim wołkiem? Alicja najpierw sekundę kojarzyła narzędnik słowa „wołek” ze skandyjskim słowem „wołk”, czyli „wilk”. Potem sekundę poświęciła na wybadanie z twarzy Marka jakiejś porady, a pół sekundy na podjęcie decyzji. Postanowiła wypytać o zdradliwe szczegóły. - Z tego, co wiem, to Mercatora ktoś się pytał o nagrania z monitoringu z określonych dni i okolic. - Ja wiem - przytaknęła Jętka. - Dlatego, szto mój priljatiel najpierw pytał sia o taśmy z dnia i miejsca, a potem, kak Miercator odmówil, to mnie skazał, szto on widjał wielkiewo, cziornowo wołka na dwiech lapach. Ja mu skazała, szto eta delirium i samaja paprasiła poprasiła o nagranja z wołkiem. Marek nie czuł się wybitnym lingwistą, przynajmniej jeśli chodzi o języki sclawiańskie. Wolałby, by Jętka używała wtrąceń staroauriańkich, albo chociaż faradzkich, ale zrozumiał mniej więcej, o co chodzi. - Mercator odmówił pani przyjacielowi - wtrącił się, najgrzeczniej jak mógł. - Pani to jest na pałacach, a ja jestem Jętka – warknęła kobieta. - Wszyscy mi na „ty” mówią, to tragjedii nie budziet kak i ty budziesz. - Dobra, - westchnął Marek, widząc, że szykuje się ciężka rozmowa - czyli twojemu przyjacielowi Mercator odmówił, a tobie z jakiegoś powodu miał normalnie udostępnić takie ciekawe nagrania? - Ja dała haroszą cienu. Ja zdieałała mu grafiku do jednowo progriamu. Marka nieco niepokoiło to, że Jętka wydawała mu się znajoma. Gdzieś już słyszał ten taki niby skandyjski, lecz jednak trochę inny zaśpiew, jakby z jakiejś prowincji. Coś zdawało mu się uporczywie znajome w jej twarzy, choć nie potrafił rozeznać co i skąd. - Na co ci ten wilk? - Alicja poczuła się nieco dziwnie, biorąc tę kobietę w krzyżowy ogień pytań. Ale wolała mieć pewność co do jej osoby. - To nie jest tak do kańca wołk – powiedziała Jętka tonem jaki Alicji skojarzył się z nastolatkami wyznającymi sobie sekrety w toalecie. - I wy o tym wiecie. Katore z was? - Ja. - Alicja znów zdążyła zrobić coś, co Marek uznałby za szczyt nieodpowiedzialności. Jętka spojrzała na nią z zaciekawieniem i pokręciła głową. - Obstawiałam jego - przyznała. - Tak, ili inaczej, nie was szukam. A kogo wy szukali? - Nikogo, Mercator przy okazji nas poinformował, że jest taka opcja, żeby się z kimś takim w takiej a takiej sprawie spotkać. - wyjaśniła Alicja. Tak naprawdę, to miała wielkie nadzieje co do tego dnia. Miała nadzieję, że poznają kogoś choć trochę obeznanego w dziedzinie wilkołactwa. Kogoś, kto jej powie jak kontrolować przemiany, jak uniknąć śmierci z rąk Łowców Bestii. A także, czy może używać srebrnych sztućców po babci Fiodorze. - A macie wy pozwolienie? - Tak jakby przy okazji zagadnęła Jętka. Marek jednak wyczuł, że to dość istotna sprawa. Jak się okazało, nie mylił się. - Jakie niby? - zdziwiła się Alicja. - Od kogo niby? - Nu, od „góry”... - Jętka była chyba nie mniej zaskoczona. - Jakiej „góry”? - Marek myślał już, że odpoczęli od szpiegowskich szyfrów i zabaw. - Znaczy się: wy nie wiecie, co i jak? - Teraz ciężarna była nie tyle zdezorientowana, ile zawiedziona. Nagle zniknął gdzieś skandyjski akcent, słownictwo też stało się czysto widlańskie. - Powiedzcie, ilu wy znacie... Wy wiecie kogo...? Alicja i Marek spojrzeli na nią ze zdumieniem. W życiu nie powiedzieliby, że to wszystko poza. Mieli przed sobą, widać, dobrą aktorkę. De Marcia postanowił podrążyć trochę temat, nim kobieta odejdzie zrezygnowana. - Tak się składa, że nie znamy nikogo - przyznał. - Dlatego zaryzykowaliśmy to spotkanie. Chcieliśmy... uzupełnić naszą wiedzę. A ty, czego oczekiwałaś? Jętka spojrzała na niego i pogłaskała wymownie brzuch. - Za kilka miesięcy będę miała na głowie jednego takiego małego wilczka – wyznała, bardzo czułym głosem. Alicja uznała by ją za kochającą matkę, gdyby nie fakt, że przed chwilą była gotowa uznać ją za skandyjkę. Chcę, by miał właściwą opiekę. Ojca znam nieco... przelotnie. Ciężko go namierzyć i... Nie wszyscy go lubią. A ci, co go szczególnie nie lubią, chętnie by mnie poćwiartowali. - I dlatego udajesz kogoś innego niż jesteś? - Alicja mimo to była nieco urażona tym, że Jętka chciała ich oszukać w tej sprawie. Ciężarna spojrzała na nią i uśmiechnęła się. - Uwierz mi, że trudno znaleźć młodą widlańską dziwkę, gdy ta jest znana jako młoda skandyjska artystka. To była jedna z niewielu porad, jakich mi udzielił. Alicja przed chwilą miała wielką ochotę rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale pomyślała, że teraz każde słowo trzeba będzie dwa razy przemyśleć. Inicjatywę przejął Marek, wychodząc z bardzo ciekawą propozycją: - Myślę, że powinniśmy razem postarać się znaleźć tego człowieka. Posiada, jak rozumiem, obszerną wiedzę na temat przypadłości Alicji. Dlatego w naszym interesie jest go poznać. Zwłaszcza że, jeśli szukałaś czarnego wilka, on zdaje się, już się nami zainteresował. Nagranie z monitoringu i ostatnie wydarzenia każą mi domniemywać, że nie tylko wie o tym, że oprócz niego jest ktoś jeszcze, ale także zna imię i nazwisko Alicji. Alicja zaraz przypomniała sobie rozkopane ubrania z karteczką „Dla Alicji C”. Ona sama zmieniała się w zwykłego, czworonożnego wilka z jasną sierścią, więc prawdopodobnie przyjaciel Jętki śledził ją miesiąc temu, a tej nocy pozwolił sobie na drobne żarty. Marek ciągnął: - Prawdopodobnie jest on w jakiś sposób związany z pewnym klubem lotniczym. Mieliśmy jego logo na koszulce. - Zwrócił się do Alicji. - Pamiętasz może nazwę? Canissi pokręciła głową. - Nie za bardzo. - Starała się przypomnieć sobie choćby najdrobniejszy detal, ale jedyne co jej przyszło do głowy to zdobienia. - Chyba coś tam było z flagą Konfederacji Seookeskiej. Jętka klasnęła w dłonie. - To coś już mamy! - krzyknęła. - Macie jeszcze tę koszulkę? - No, w domu... - Alicję też ucieszyło to, że posuwają się do przodu. - Możemy w każdej chwili tam pójść i sprawdzić. - To idziemy! - rzuciła Jętka, idąc do swojego stolika, by pozbierać zamoknięte szkice. Marek westchnął, zastanawiając się, jak będą brnęli przez tę ulewę. - Zadzwonię po taksówkę - zaproponował, zbierając filiżanki. - Chyba mają tu telefon. - Pewnie tak - rzuciła Alicja, ciesząc się, że udało jej się choć trochę wychować narzeczonego. - Miejmy tylko nadzieję, że uda nam się przemilczeć w taksówce co bardziej intymne szczegóły. Marek zniknął we wnętrzu lokalu, a Jętka w końcu upakowała swoje graty w obszernej torbie. Podeszła do Alicji i spytała z szerokim uśmiechem: - No to co? Idziemy? A gdzie ten twój przystojniak? - Marek zamówi taksówkę. - Alicja poprawiła garsonkę i postanowiła zagaić rozmowę na neutralne tematy. - Malujesz? - Między innymi – odparła Jętka, tonem typowym dla artystów, którzy mogą się pochwalić swymi dziełami. - Chcesz zobaczyć? - Może nie teraz. - Alicja nie chciała, by Jętka zaczęła znowu wypakowywać wszystko z torby. - Szkoda, żeby zamokło. - No, racja - przyznała Jętka. - Mam zamiar iść na Akademię Sztuk Wyzwolonych. Teraz czekamna odpowiedź. - To drogie studia... - zauważyła Alicja, znając tabele opłat za naukę na wyższych uczelniach. ASW to była bodajże najdroższa pozycja. - Masz jakieś stypendium czy coś? - Korzystam z opieki pani prokuratorowej Brzdęk. - Jętka chciała sięgnąć do torby, ale zaraz się opamiętała. - Zapaliłabym, ale to ponoć szkodzi w ciąży. - Poza ciążą też - przypomniała Alicja. - Nie palisz? - spytała Jętka. - Nie - rzuciła od niechcenia Alicja, po czym, ubiegając następne pytanie, dodała; - I nie piję. - No, no. Chwali się. Nie spodziewałam się po takim chłopaku... - przyznała Jętka, wyjmując z kieszeni gumę do żucia. - Znaczy: po jakim? - Alicja wlepiła wzrok w mocującą się z opakowaniem kobietę. - No, ty taka porządna, elegancka, a ten się szlaja po burdelach z kolegami. W Alicji zawrzało. Marek był typowym facetem, miał jakieś tam swoje słabości. Owszem, dla wielu były to typowe męskie zachowania, ale od pewnego czasu oboje starali się je zwalczać. Raz czy dwa się o to mocno posprzeczali. Ale nigdy nie było mowy o prostytutce... - Skąd niby to wiesz? - spytała Canissi wzburzonym tonem. Nagle wyparowały jej z głowy wszystkie Słowa Zakonu i metody kontroli emocji. - Jak: skąd? - prychnęła Jętka. - Bo go pamiętam. Jakiś rok temu. Chyba wieczór kawalerski. Pięciu gości, chcieli na dwie godziny. No, a ten cały Marek, to była gwiazda wieczoru. Nachlany jak bachista, wrzeszczeli o tym, że skoro wszystkie to dziwki, to on pójdzie do takiej, co tego nie kryje... Alicja spurpurowiała. - Łżesz. - Starała się powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Marek miałby powiedzieć, że jest dziwką? Iść do prostytutki? Kiedy ona tyle dla niego poświęciła? Gdy wyjawiła mu wszystkie swoje tajemnice. - Spokojnie... - Jętka nie pojęła istoty problemu. Miała już tylu żonatych klientów, że był to dla niej integralny element relacji małżeńskich. - To tylko mały skok w bok... - Milcz! - Gniew targał Alicją tak mocno, że była bliska tego, by skoczyć do gardła komukolwiek, choćby miał to być sam Marek. Krew zaczęła pulsować jej w skroniach, świat zaczął powoli zachodzić czerwoną mgłą. Już miała uderzyć Jętkę w twarz, gdy fala gniewu opadła tak nagle jak przyszła. Alicja spojrzała jedynie na ciężarną i szepnęła: - I zostaw mnie w spokoju! Wybiegła z ogródka, nie zważając na siekący deszcz i grzmoty. - Coś ty jej powiedziała?! - warknął Marek, wybiegając z „Beatrycze”. - No, że byłeś u mnie rok temu. - Jętka była zaskoczona tym całym cyrkiem. - Co to za sensacja? - A taka, że jej obiecałem, że zachowam dla niej czystość! - Marek kopnął ze złości stół. - Kiedy niby ja byłem na kurwach?! - Gdzieś koło idów majowych... Marek złapał się za głowę. Pokłócili się wtedy z Alicją o to, że był na imprezie ze striptizem. Tydzień się do siebie nie odzywali, a Luciano Palicotto namówił go na picie na mieście. Marek obudził się w jego willi z kacem gigantem. Nic nie pamiętał, jakieś tam urywki, jakieś obrazy, jakieś oczy... Dlatego Jętka wydała mu się znajoma! - Co ja, kurwa, zrobiłem! - zaklął, wybiegając z ogródka. Zaraz się jednak zatrzymał. Alicja stała oparta o ścianę, ze spuszczoną głową. Nie wiedział, w jakim jest stanie, czy nie ma ochoty urwać mu głowy. Gdyby nie miał do czynienia z wilkołakiem, byłaby to przenośnia, ale Alicja nie takich rzeczy mogła dokonać spokojna, a co dopiero, gdy gniew dodawał jej sił. - No, nic takiego, kurwa, nie zrobiłeś. - rzuciła Jętka, czując się nieco podle. - Byłeś zbyt nachlany. - Jak to zbyt nachlany?! - Marek doskoczył do niej i złapał ją za ramiona. - Co to niby...? - Zaraz padłeś, nim do czegoś doszło - wyjaśniła Jętka. - Nie miałeś sił nawet usiąść. - I tak dobrze to pamiętasz?! - Marek naprawdę chciał nie wrzeszczeć, ale czuł, że ktoś tu chce po prostu uspokoić jego sumienie. - Takiego cyrku długo się nie zapomina. Niemal siłą cię tam zaciągnęli. - To idź i jej to powiedz! - W jego tonie nagle zmieszały się prośba, rozkaz i błaganie. - Dobra... - rzuciła Jętka, starając się na szybko dobrać słowa. Ostrożności nigdy za wiele, szczególnie gdy idzie się leczyć złamane serce wilkołaka. Widziała już pokaz możliwości kłów i pazurów w wykonaniu ojca jej dziecka. Podeszła więc spokojnie, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. W końcu uznała, że lepiej trzymać dystans. Już chciała zawołać Alicję, gdy usłyszała pisk opon. Obejrzała się przez ramię i ledwo uskoczyła przed rozpędzoną, śmierdzącą śmieciarką. Samochód zapiszczał oponami, ale i tak uderzył w ścianę pół metra od przerażonej Alicji. - Uważasz, jak jeździsz, śmierdzielu! - ryknęła Jętka, podchodząc do kabiny. Kierowca jednak wysiadał już z drugiej strony, jakby był przygotowany na kolizję. O tym, że to nie był wypadek, przekonał ją widok sunącej powoli w jej stronę limuzyny z herbem Teratosso zamiast tablicy rejestracyjnej. Zerwała się do biegu, lecz samochód tylko przyspieszył i zajechał jej drogę, ledwo hamując przed ścianą. Wskoczyła na maskę i zeskoczyła po drugiej stronie, chcąc skryć się w „Beatrycze”. Naprzeciw wybiegł jej Marek, zaskoczony najpierw atakiem śmieciarki, a potem dziwnym zachowaniem wozu Teratosso. Teratosso mieli dość pieniędzy, by przekupić byle śmieciarza i wiele chorych pomysłów. Mogli bez trudu dać się namówić Fryd na porwanie czy zabójstwo. Jeśli tylko coś brali albo pili. - Schowaj się do środka! - wrzasnął do Jętki, szukając jakiejś improwizowanej broni. W końcu zauważył poluzowany pręt w ogrodzeniu ogródka piwnego. Szarpnął go, ale ten nie chciał ustąpić. Obejrzał się, by zobaczyć co się dzieje z Alicją. Z limuzyny wysiadała właśnie przednimi drzwiami Sigismunda Fryd. Włosy miała rozpuszczone, suknię potarganą, a oczy płonęły jej purpurowym blaskiem. Była niebywale pociągająca, nawet w tej sytuacji i gdy usta miała umazane krwią. Marek patrzył na nią ze zdumieniem i podnieceniem, aż nie ujrzał jej towarzysza. Wielki, kościsty dryblas sunął sztywno w kierunku de Marcii z pordzewiałą maczetą w chudej ręce. Patrząc na wysuszoną, trupią twarz, plamy krwi, jakimi upstrzony był uniform kierowcy i martwe oczy, Marek zaczął tym energiczniej szarpać pręt. Nic to nie dawało, a upiór był o kilka kroków od niego. Trzy kroki, a pręt nie ustępował. Dwa kroki od niego upiór…