Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 35 min czytania

Kroniki Clutre

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Miasto płonęło. Magiczne znaki ochronne podgrzane do bardzo wysokiej temperatury, wybuchały śląc iskry na następne domy. Ludzie, którym udało się wydostać poza obręb grodu, zbijali się w małe gromadki ze zgrozą spoglądając, jak w kilka chwil ginie wszystko, co do tej pory posiadali. Cienkie słomiane dachy zajmowały się ogniem tak szybko, że nikt nie miał nadziei na ich ugaszenie. Tam w środku, wśród płomieni została ponad połowa mieszkańców: głównie kobiety z małymi dziećmi, chorzy, starsi. Jednak nikt z ocalonych nie zamierzał ich ratować. Wszyscy dobrze wiedzieli, że ogień został wywołany magicznie. Ci, których skaził spłoną i tak. Jeśli nie w pożarze to na skutek tzw. żarznamia. Po co więc marnować kolejne życia. Na szczycie pobliskiego wzgórza stała młoda dziewczyna. Patrzyła na wielki czerwony klejnot, który kiedyś był miejscem życia setek istot. Na jej bladej, urodziwej twarzy nie odbijały się żadne uczucia. Tylko oczy zdradzały pewien rodzaj emocji. Strachu? Satysfakcji? Fascynacji? Nawet do niej docierały krzyki płonących żywcem ludzi i dziki wizg oszalałych ze strachu zwierząt. Dziewczyna wyciągnęła dłoń nucąc cichutko. Po chwili na jej rękę sfrunął maleńki ognisty ptak. „ Spełniłeś zadanie” – szepnęła. Powoli zacisnęła pięść. Ptak obrócił się w kupkę popiołów. Kobieta strzasnęła ją z dłoni patrząc, jak małe błyszczące drobinki spadają w dół, a wiatr niesie je wprost w płomienie. Po chwili otrząsnęła się z odrętwienia, odwróciła wzrok od żaru i podeszła do leżącego nieopodal mężczyzny. Trąciła go kilkakrotnie butem. On jednak nie poruszył się, choć jego pierś wznosiła się równomiernie. „Wyliżesz się” – mruknęła sprawdzając tętno. Podniosła głowę i wysłała krotki sygnał wprost do głowy swojego mountle. Zaniepokojone zwierze długo opierało się rozkazowi. Tam gdzie go wołano, zapach krwi, dymu i tej dziwnej pozazmysłowej siły był o wiele wyraźniejszy. Jednak wołanie stawało się coraz silniejsze. Stworzenie niezdecydowanie uniosło łapę, nerwowo wysuwając pazury, koniec długiego ogona kreślił w powietrzu skomplikowane figury. Dziewczyna potarła dłoń o ubranie mężczyzny, starając się usunąć z niej źródło zapachu, tak bardzo niepokojącego zwierzę. Mężczyzna poczuł wreszcie czyjś dotyk i poruszył się, jęcząc cichutko. Spojrzała na niego mrużąc duże oczy, o dziwnym złotawym połysku. Z sakwy wyjęła kamień ArThe i cisnęła go nieopodal leżącego. ­ Trzymaj człowiecze – powiedziała z obcym akcentem – to za to, co zabrałam, za te kilka dni chorowania. Starczy ci na wystawne jadło, niezły trunek i najlepsze dziwki do końca życia. Myślę ze to dobra cena. Człowiek z trudem uchylił powieki. Wprost na linii jego wzroku leżał majątek tak wielki, że aż niewyobrażalny, dla ludzi, którzy od pokoleń zajmowali się hodowla małych lapinel na stoły bogatych wielmożów. Z ogromnym wysiłkiem podniósł wzrok na tą szaloną kobietę, która tak łatwo pozbywała się takiego bogactwa. Jej jednak już tam nie było. Z trudem spróbował poczołgać się, aby zdobyć kamień. Chęć posiadania była silniejsza niż cierpienie. Musiał się spieszyć, gdyż Puszcze Ofrestamu słynęły z ogromnej ilości różnego rodzaju zbirów, szmir i włóczykijów, którzy szybko zabraliby kamień. Przy okazji wpychając jego właścicielowi nóż pod żebra; tak na wszelki wypadek. Ruch sprawił mężczyźnie niewyobrażalny ból. Drżącą ręką dotknął szyi. Pod palcami wyczuł lepką ciecz oraz dwa wyraźne ślady ukłucia. To szybko przypomniało mu koszmarne chwile sprzed zachodu słońca. „Później” - pomyślał sięgając po ArThe. Jeżeli przeżyje, pójdzie do Kapłanów Trzech Świątyń, aby zlikwidowali ten koszmar z jego pamięci. Teraz liczył się tylko kamień. Gdy znalazł się wreszcie w jego dłoni pozwolił sobie na ponowne odpłyniecie w nieświadomość.

***

Ta derrknewska dziwka znowu to zrobiła! – krzyczała Jahne nerwowo rozczesując długie, jasne włosy – kolejne Miasto ot tak... Znowu było jak zawsze. Przesłanie dzień wcześniej, we śnie, „wyjdź z miasta. zostaw wszystko na żer dla bestii. gdy słońce zajdzie, przyjdzie śmierć”,- wysyczała wydymając pogardliwie wargi - a następnego wieczoru czerwone kwiaty. To 16 miasto w ciągu ostatniego Triah . Od ponad 7 trint uganiamy się za tą suką. I znowu to samo. Kolejny chłop, który nagle stał się bajecznie bogaty, z szyją wiecznie okręconą jedwabnym szalem. ­ Tfu –splunęła pogardliwie - I co będzie następne? Gdzie mamy teraz jechać? Kolejne miasto wybrzeża czy powrót w góry? Jak mamy uchronić kraj od tej piekielnej wampirzycy, jeżeli nie wiemy nawet gdzie jechać? Przecież nie możemy być wszędzie! Co myślisz? Jesteś dowódcą w końcu...i... tfu... na czerń, powiedz coś. Dokąd jedziemy?? ­ Tym razem ja złapiemy - odpowiedział spokojnie młody mężczyzna opierzając kolejną strzałę. Już od kilku dni codziennie wysłuchiwał wywodów tego rodzaju. Zaczynały już go złościć, ale powstrzymywał się od komentarzy. Dawały tylko tyle, że jego towarzyszka zaczynała gadać dwa razy dłużej. Dziś jednak miał wreszcie zadowalającą wiadomość, której ubocznym skutkiem będzie trochę spokoju – jedziemy gdzieś na równiny Champee. Dziewczyna ucichła natychmiast. Po takim przedstawieniu sprawy nie mogła już oponować, choć jazda przez Góry Czerni w czasie hreen Mroku, była chyba najgłupszym pomysłem. Zadowoliła się zrobieniem pogardliwej miny wyrażające jej uczucia, co do decyzji mężczyzny. Tyle tylko, że on był Czujący – mee’ffe jak to mówiono u Królowej. Z Wizją się nie dyskutuje. Jak przychodzi to jest prawdą. Trzeba tylko odczytać gdzie i kiedy ta „prawda” się spełni. Szybko opanowała się ściągając wargi i przywołując na twarz wyraz jak najbardziej neutralny. - Rzuciłeś trioszki – zapytała ostrożnie. Jej dowódca był spokojnym, nawet flegmatycznym człowiekiem, którego dawno zdążyła zdominować, ale teraz miał Wizje. Nawet mały berbeć z największego zadupia wie, że Wizja zmienia. Trochę, więcej, całkowicie. Różnie. A Jahne nie była smarkata. Była jedną z Łowczych. I to najlepszych królewskich Łowczych. Trzeba uważać, bo spokojny partner może nagle stać się obłąkanym szaleńcem, który jedną z tych nowiutkich strzał wsadzi jej w oko. Ot tak, za głupie pytania. - Ty to zrobisz –kontynuował spokojnie, jakby nie zauważył jej min – Drzewo, Świeca, Talerz i przeciwstawne – wyrecytował, wskazując na symbole, których należy użyć. O świcie. To znaczy, że masz czas. Śpij. Obudzę cię. – stwierdził rzucając dziewczynie ciepły pled. Ta odwróciła się niepewnie. Dzisiaj wolała być posłuszna; zanim zacznie cokolwiek robić, będzie musiała wybadać jak bardzo się zmienił i na ile może sobie teraz pozwolić. Mężczyzna odszedł kilka kroków, odrzucił kołczan i usiadł opierając się o drzewo. Zaczął tępo wpatrywać się w przygasające ognisko. Było ciepło, tak, że przez większość czasu podróżowali bez ognia. Jednak dziś potrzebował światła, aby zrobić strzały. Zawsze musiał mieć odpowiedni zapas; bez nich byłby bezbronny. Magia nie nadawała się do bezpośredniej obrony przed pospolitymi rzezimieszkami i dzikimi zwierzętami. Miecz był ciężki i nieporęczny. Dlatego królewscy dostawali najlepszą z możliwych broni. Leciutki łuk z maleńkimi wysuwanymi ostrzami na łeczysku, które cięły lepiej niż cokolwiek innego. „ Już niedługo”- szepnął. Starał się sam sobie dodać otuchy. Był już zmęczony; ciągłą wędrówką, niepowodzeniami, całym swoim życiem. Spojrzał na zasypiającą podwładną. Przymknął oczy przypominając sobie długie umięśnione nogi, wydatny biust, cudowne włosy, które w bujnych, jasnych splotach spadały aż na kształtne pośladki. Kusiło go, aby podejść do Jahne i... Siedział jednak dalej wpatrując się w gwiazdy świecące wyjątkowo jasno niemalże tuż nad jego głową.

***

Ponele, mniejsi, kuzyni dzikich, nieokiełznanych mountle prawie bezszelestnie biegły w ciemnościach. Człowiek nie widział prawie nic, ale dla ich wrażliwych oczu, nawet blask największego z księżyców wystarczał, aby mrok stawał się lekką szarówką. Zwierzęta te były nieodzowne w kraju, gdzie słońce nie wschodziło przez ponad 100 dni mrocznego hreenu. Przy niedużym obciążeniu biegły bez zmęczenia przez pół mafth, jeżeli tylko, co jakiś czas były karmione świeżym mięsem i pojone do sytości. Jahne wraz z dowódcą jechali już kwartę drogi Wędrowca, co dawało prawie dwa dni. Trioszki pokazały, że muszą się śpieszyć, jeżeli chcą zdążyć na spełnienie tej Wizji. Gdy Oko, średni księżyc, stanął w zenicie na ich drodze stanęła przeszkoda, która mogła stać się celem, jeżeli tylko przyjechali wystarczająco wcześnie: Rzeka z Przywołanym. W dawnych czasach, gdy królestwo Clutre, było dopiero chwiejną unią kilku bogatych wieśniaków u źródła rzeki mieściło się siedlisko wielkich magów. Postanowili oni zwyciężyć najmłodszą z trzech bogiń: Liaffne – Panią Śmierci. Z krainy drugiej z sióstr, Sulle – Pani Bezcielesnych, wezwali Przywołanego, potężną zjawę, którą kręgiem z krwi zmusili do posłuszeństwa. Jednak popełnili błąd myśląc, że są mądrzejsi od Przywołanego. Na rozkaz uczynienia ich nieśmiertelnymi demon pozabijał wszystkich dając im za to nieśmiertelność... w legendzie. On sam, nie mogąc powrócić bez odwołania, wstąpił w rzekę stając się najpotężniejszym strażnikiem granicy nowo tworzącego się państwa. Tak przynajmniej mówiła stara gawęda opowiadana dzieciom w przed zaśnięciem. Faktem jednak było, że w rzece mieszkał potężny Bezcielesny, a najmniejsza próba zbliżenia się do brzegu kończyła się gniewem złośliwego bożka. Nikt jednak nie potrafił go usunąć. Wielcy magowie, którzy go wezwali zostali zabici przez niego samego, a w obecnych czasach magia została zapomniana w bardzo dużym stopniu. Jahne z wyrzutem spojrzała na swojego partnera ”jak tamta może dojść do Champee i przekroczyć rzekę skoro mieszka tu Przywołany”? mówił jej wzrok. -Jeszcze nie... jesteśmy pierwsi – odczytała z jego warg – czekamy.

***

Gdy Wędrowiec zaokrąglił się niby ciężarna kobieta, a nad rzeką nadal nic się nie działo Jahne poczęła wątpić to czy słusznie odczytali wizje. Jej dowódca chodził podenerwowany, milcząc uparcie. Na jakiekolwiek propozycje z jej strony odpowiadał nerwowym mruknięciem i czym prędzej uciekał w las. W końcu przestała zwracać na niego uwagę. Tak naprawdę, była nawet zadowolona z odpoczynku. Miała wreszcie chwilę dla siebie; uzupełniła zapas strzał, naprawiła odzież, zrobiła gruntowne pranie, chociaż próby nabrania wody o mało nie skończyły się utopieniem w zburzonych falach Przywołanego. Mogła wreszcie najeść się, wyspać i nie odgniatała sobie tyłka w siodle. Również ponele były zadowolone. Puszczone wolno, noce spędzały polując, a dnie przesypiając z pyskami umazanymi słodką krwią małych stworzeń. Czas bezczynności najgorzej znosił Bezimienny. Włóczył się po nadrzecznych lasach znosząc Jahne zwierzynę do zakonserwowania. Całe noce siedział wpatrując się w ciemną kipiel rzeki. Czekał na spełnienie Wizji. Nie mógł spać. Nikt nie mógłby, gdyby otrzymał taką Wizję.

Bezimienny obudził się o świcie. Tak naprawdę trudno nazwać świtem porę, kiedy słońce i tak nie pojawiło się na horyzoncie. Tylko wewnętrzne przekonanie mówiło mu, że teraz właśnie powinien rozpocząć się kolejny dzień. W oddali słychać było cichy szept Przywołanego. Na niebie lśniły dwa księżyce: zachodzący właśnie Wędrowiec i maleńka plamka ArThe, który na ciemnym niebie, wyglądał niczym kamień nazywany takim samym imieniem, na aksamitnym, grafitowym suknie. Obok niego spała Jahne. Wstał i przykrył ją swoim pledem; noc była wyjątkowo zimna i wilgotna. Sięgnął po skórzaną sakwę z wypalonym na boku symbolem: Bezimienny. Stara, głupia tradycja Czujących; imię trzeba zobaczyć w Wizji. Imię oznacza przeznaczenie. Dopóki ktoś nie przeżył Wizji Imienia nazywany był Bezimiennym, zazwyczaj bardzo krótko. Gdy tylko obdarzony darem przybywał do Pałacu Królowej, aby nauczyć się korzystania z talentu zaraz nadawał sobie imię. Często nie pochodziło ono z widzenie, tylko z wybujałej wyobraźni mee-ffe. Nikt nie chciał być Bezimiennym, nikt oprócz jednej osoby. Dowódca potarł znak na sakwie. Bezimienny. Chociaż on mógł już się nazwać. Wizje miał już tak dawno, tyle tylko, że nikomu o niej nie powiedział. Fatrien – Śmierć Przyjaciół; takie było jego imię, takie było jego przeznaczenie. Wolał już pozostać Bezimiennym. Z sakwy wyjął nóż i ruszył w stronę ściany drzew. To było jedyne miejsce gdzie czuł się szczęśliwy. Las przemawiał tysiącami głosów: szemrał, bzyczał, ćwierkał. Był jak jedna, wielka, żywa istota. Dowódca pobiegł przed siebie. Chciał zapomnieć o swoich rozterkach, problemach. Biegł, zgrabnie omijając przeszkody. Był częścią natury. Nie czuł zmęczenia tylko cudowną, zieloną pieśń starożytnego boru, wypełniającą mu każdą cząstkę ciała. W końcu przystanął nad maleńkim leśnym strumyczkiem. Zaczerpnął kryształowo czystej wody i napił się. Zdjął ubranie i nagi wszedł w rwący nurt. Usiadł na dnie rozkoszując się chłodnym nurtem pieszczącym jego rozpaloną skórę. Spojrzał w górę na ciemne niebo. Tuż nad jego głową zwieszała się gałąź starego drzewa. Srebrne igły lśniły w promieniach Wędrowca. Maleńki pajączek plótł cieniutkie sznury...

...Pajęczyn... krew, krew. Krew na jego dłoniach. Cały pokój we krwi. Błękitnawe światło amuletu. Cisza. Upiorna cisza. Martwe, nieruchome ciało. Oko patrzące w pustkę.

Bezimienny wbił palce w piaszczyste dno strumienia. Wizja skończyła się tak nagle jak zaczęła. Tym razem była taka prawdziwa. Poczuł, że drży. Oddychał szybko, walcząc z mdłościami. Resztką sił sięgnął talentem do swojej towarzyszki. Miał nadzieje, że jest bezpieczna. Na razie tak było. Jahne zajmowała się naprawą broni, nie przeczuwając niczego złego. Jednak jego zdolności wprost wrzeszczały o niebezpieczeństwie. Musiał się spieszyć. Skupił wolę starając się za pomocą magii zregenerować swoje siły. Szybciej, szybciej! Dzieje się coś złego! Szybciej! Bezmyślnie naciągał ubranie na mokre ciało. Aby zdążyć nim cokolwiek się wydarzy. Już czas! Już czas!

***

Jahne właśnie ostrzyła broń, gdy usłyszała zduszony pisk ponele. Zwierzęta skuliły się, śmiertelnie czymś przerażone. Dziewczyna wiedziała, czym; reagowały tak na zapach mountle lub nieludzkiej magii. Lub i tego i tego. Szybko złapała łuk i kołczan. Starając się poruszać jak najciszej skryła się w zaroślach. Drżącą ręką wyciągnęła amulet z symbolami trzech Bogiń. Ustawiła łuk naciągając na cięciwę najcieńszą strzale. „ Och Boginie niech nie spudłuje”. Miała dobre miejsce, sprzyjający wiatr. Jeżeli tylko nie zdarzy się coś niespodziewanego już niedługo u jej stop będzie leżeć martwe ciało. Dziewczyna drżała z podniecenia. Jeżeli jej się uda to już niedługo będzie w domu. Ciepłe, miękkie łóżko, prywatna wizyta u Królowej. Och Święte! Jeżeli to ona dostanie tą przeklętą dziwkę może uda jej się zostać Nadworną!!! Bogactwo, zaszczyty i... i... może wreszcie Dowódca zobaczy w niej kobietę, a nie tylko partnerkę do Łowów Królowej. Jahne miała wrażenie, że czeka przez wieczność. Chwile płynęły wolno niby wóz, ciągnięty przez leniwego parobka. W końcu jej oczom ukazał się przepiękny widok: ogromne srebrzystoszare zwierze niemalże płynęło w powietrzu. Długie jedwabiste futro unosiło się w pędzie. Na jego grzbiecie siedziała młodziutka dziewczyna. W porównaniu ze swoim wierzchowca wydawała się maleńka i krucha. Jahne otrząsnęła się z chwilowego otępienia. Spokojnie zwolniła cięciwę. Patrzyła jak jej strzała leci, leci... jak gdyby czas się zatrzymał. Celowała w podstawę czaszki, miejsce najpewniejsze; nikt nie mógł żyć z trzydłoniowym drzewcem w mózgu – nawet wampir. Szczególnie wtedy kiedy jeszcze mu się trochę pomoże. Strzała leciała prosto do celu, ale tego dnia Boginie chyba jej jednak nie sprzyjały. Nieomal wtedy, gdy miała wbić się w głowę dziewczyny mountle uskoczył w bok sprawiając, że bełt trafił niżej: w brzuch. Wampirzyca zgięła się w paroksyzmie bólu. Z rany obfitym strumieniem popłynęła złota, migotliwa krew. - Czerń i kurestwo – zaklęła Jahne szpetnie. Żałowała, że nie ma przy niej nikogo. „to najgłupsza rzecz, aby polować na wampira samotnie” pomyślała biegnąc w stronę, w której zniknęła ścigana. „Jedyna nadzieja w Przywołanym”. Gdy zdyszana dobiegła do rzeki zobaczyła widok, który zmroził jej krew w żyłach. Środkiem rzeki kroczyła jej niedoszła ofiara. Krew wypływająca z rany stworzyła jedyną rzecz, którą można ujarzmić Ducha Wody: krwawy krąg. Przestraszony mountle próbował się cofać, ale wola właścicielki nieuchronnie pchała go naprzód. - Zrobimy to samo – Powiedział Bezimienny, pojawiając się tuż przy Jahne. – Mamy czas, jest zmęczona, ranna, dogonimy ją. Prześpij się teraz. Jahne spojrzała na mężczyznę. Jego oczy lśniły skrajną determinacją. Zadrżała na samą myśl, co zamierza uczynić ten szalony człowiek. Krwawa magia wypalała piętno na duszy. Otwierała drogę do świata Sulle. Otwierała drogę do ludzkiej duszy demonom takim jak Przywołany. Tylko ktoś obłąkany, lub taki, który nie miał innego wyjścia decydował się na magię krwi.

***

Bezimienny z ponurą mina ostrzył nóż. Obok niego leżało spętane małe, kudłate stworzonko. Dziś rano złapał je, aby użyć jego krwi do ponurego rytuału. Jahne skrajnie zdenerwowana wodziła oczyma za krążącym w powietrzu zwierzęciem. Z dołu wydawał się maleńką plamką, ale kto wie jak wygląda naprawdę? Dziewczyna poczuła zimny, wilgotny nos trącający jej udo. To jeden z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%