Fantasy · 4 min czytania
Kroniki Harfiarza: Rozdział 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział III Wysoki Żywopłot
Deckard obudził się bardzo wcześnie rano. Jeszcze koguty nie zaczęły piać, jeszcze słońce nie wstało, a on już ubrał się w najlepszą szatę, jaką miał, a pod nią na wszelki wypadek ukrył sztylet, pognał na dół po schodach, zjadł coś w pośpiechu i pobiegł w stronę Wysokiego Żywopłotu z nadzieją, że będzie pierwszy. Pobiegł na prawo od furtki a potem jeszcze raz w prawo. Trochę zwolnił, gdy był już za domem. Kiedy przeszedł kilkaset kroków od domu znalazł ścieżkę, która prowadziła z Beregostu do siedziby Thalantyra. Było ciemno, lecz w świetle zachodzącego już księżyca odróżniał ubitą glebę od zielonej trawy. Gdy wyszedł na wzgórze, po którym przebiegała ścieżka, jego oczom ukazał się piękny obraz. Oświetlona magicznymi pochodniami warownia opleciona zieloną winoroślą na tle zachodzącego księżyca naprawdę zapierała dech w piersiach. Siedziba była duża, jak cztery duże domy jeden przy drugim. Dach warowni przebijała wysoka, strzelista wieża. W położonym najwyżej oknie migało światełko świecy. Do warowni przylegały jeszcze cztery baszty ustawione po jej czterech kątach. Młodzieniec widział Wysoki Żywopłot nie raz, ale nigdy w świetle księżyca. Ruszył w stronę warowni. Budowla z każdym krokiem mroczniała i zwiększała się. Gdy dotarł do bramy lekko się wzdrygnął. W świetle pobliskiej pochodni lekko poruszały się ogromnej postury i wzrostu metalowe postacie uzbrojone w wielkie tasaki. Brama była wykonana z twardego drewna i obita jakimś fioletowym metalem. Na widok Deckarda metalowe potwory pociągnęły za żelazną klamkę i otworzyły wrota. Te lekko zaskrzypiały i młodzieniec miał wrażenie jakby same się otwierały. Istoty stanęły znowu na swoich miejscach, a gdy Deckard wszedł za próg fortecy wrota zatrzasnęły się za nim na głucho. Teraz miał trzy drogi: albo na prosto korytarzem, albo drugim korytarzem w lewo lub w prawo. Wybrał drogę na prosto. Szedł tak i z każdym jego krokiem pochodnia przy nim się zapalała. Gdy doszedł do końca…