Fantasy · 7 min czytania
Kroniki Harfiarza: Rozdział 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 5 Pierwsze zadanie
Gdy Deckard dotarł do domu opowiedział wszystko matce, która na koniec skomentowała to tymi słowy: „Magia to rzecz, z którą lepiej nie zadzierać, jeśli nie jest się na to gotowym”. Młodzieniec szybko udał się do swojego pokoju, by tam w milczeniu przepisać zwój do księgi magicznej. Deckard pierwsze przeglądnął księgę. Na grubej oprawie widniał rysunek księżyca otoczonego czterema gwiazdami. Wewnątrz stronnice były puste, tylko z boku kartek dało się zauważyć, że równo co 30 stron wychodziło przedłużenie papieru, na którym pisało kolejno: poziom 0, poziom 1, poziom 2 itd. aż do dziewiątego. Deckard spojrzał na zwój. Na nim widniał rysunek maga, z laski którego jarzyło się białe światło. Pod nim było napisane: poziom 0, światło. Reszta słów była napisana w jakimś dziwnym języku, którego młody mag kompletnie nie rozumiał. Gdy przyglądnął się tym przedmiotom przysunął krzesło do biurka i zaczął przepisywać zwój do początku księgi, gdzie napisane było poziom 0. Było to niezwykle trudne i wymagające cierpliwości zadanie. Dziwne litery w nieznanym języku miały to do siebie, że należało je bezbłędnie przepisać. Cała praca zajęła Deckardowi więcej niż 3 godziny. Po ukończeniu pracy zauważył, że zwój magiczny zniknął i nie pozostawił po sobie śladu. Pomyślał jednak, że to normalne. Zaklęcie zajmowało niecałe pół strony. A strony księgi miały wymiary łokcia. Słońce zaczynało już zachodzić, ale młodzieniec zabrał się mimo wszystko za medytację. Początkowo nie bardzo wiedział, co ma robić, ale w końcu przypomniał sobie słowa Thalantyra, że należały skupić się na zaklęciu ciałem, umysłem i duchem. Na początku nie potrafił się skoncentrować. Ciągle coś go rozpraszało: to mucha brzęcząca w sąsiednim pokoju, to pogwizdywania matki, to hałasy za oknem. W końcu jednak osiągnął sukces. Dziwnie się poczuł, gdy zaklęcie zaczęło wchodzić do jego umysłu, jakby malutkie robaki pełzały mu w środku głowy. Wytrzymał jednak to uczucie, które trwało kilka chwil i poczuł w sobie niewielką moc magiczną. Wiedział, że gdyby chciał rzucić to zaklęcie, zrobiłby to tu i teraz. Wolał jednak zostawić je na jutrzejszą próbę i mimo, że słońce dopiero zaszło, położył się spać, gdyż wiedział, że musi na jutro być wypoczęty. Rano standardowo ubrał się w swoją brązową szatę, pod którą ukrył sztylet, zabrał księgę zaklęć i ruszył na dół po schodach. Gdy dotarł do wysokiego żywopłotu żelazne stwory otworzyły mu bramę. Szybko dotarł do pokoju gościnnego gdzie zastał już Melicampa trzymającego w dłoni krótkiego kija, Goraxa i palącego fajkę Thalantyra. Znów wymienili uprzejmości i okazało się, że Gorax nie wywiązał się ze swojego zadania i zostaje usunięty ze służby u Thalantyra, ponieważ nie wykazał się cierpliwością podczas swojego pierwszego zadania i w gniewie i złości zniszczył swoją księgę zaklęć. Thalantyr jednak przyjął to z anielskim spokojem i powiedział swojemu byłemu uczniowi, że zawsze będzie w Wysokim Żywopłocie mile widziany, lecz jedynie jako gość a nie honorowy mieszkaniec. Gorax przyszedł jedynie po to, by przeprosić…