podroze · 17 min czytania
Kroniki Jana Zzimnika - I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i} Pisząc te słowa jestem już jedną noga na tamtym świecie. Dlatego napiszę prawdę. Nikt mi już nie zaszkodzi. Nie mam rodziny ani znajomych. Nie mam majątku ani sławy. Piszę to dla siebie. Z powodu tej samej próżności, która nakazuje pięknym kobitą zamawiać portrety. To będzie mój portret. Jeżeli chcecie skandali, krwi i grzechu znajdziecie je. Jeżeli podniecają was bogactwo i kobiety dobrze szukacie. Lecz to dla tych, których pożera ciekawości te słowa są przeznaczone. Jeżeli czujecie głód nowości, codzienność was nudzi a rutyna wywołuje obrzydzenie, jeżeli wiecznie czujecie niedosyt a jedyne co was przeraża to spokojna śmierć po długim i spokojnym życiu to dobrze trafiliście. Te słowa są dla was. {/i} Napisał to Jan Zzimnik, dla którego przygoda była jedyna miłością.
Urodziłem się w małej wsi. Zwała się Chlewice Mniejsze. Leżała opodal miasteczka zwanego ówczas Gniżdż Dolny. Ojcem mi był Maciej z Zimników - lokalny spec od świń. Matkowała mi najstarsza siostra Anna, gdyż prawdziwa matka była obłąkana i rzadko wychodziła z łoża. Dzieciństwo mijało mi przyjemnie. Dla szkraba nawet taka zapadła wiocha była ciekawa. Jednak nawet wtedy wiecznie coś mnie gnało naprzód. Ścieżka, którą już raz przebyłem stawała się nudna, pole na którym byłem - trywialne. Co gorsza nawet ludzie, których znałem za dobrze stawali mi się obmierzli. Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy poczułem ten dziwny zew. Musiało to być wcześnie. Teraz po latach wydaje mi się, że całe moje rodzeństwo posiadało podobne ciągoty. Po kim to mieliśmy? Nie wiadomo. Ojciec oraz cała jego rodzina byli przywiązani do swojej ziemi, do swojego otoczenia. Być może to matka …
Moje pierwsze wspomnienie matki jest dziwne. Pamiętam, że razem byliśmy nad rzeką, gdy była jeszcze w miarę zdrowa. Spokojnie prała ubrania gdy ja szalałem w zagłębieniu napełnianym rwącym strumieniem tak, że powstał w tym miejscu niewielki staw. W pewnym momencie pośliznąłem się i wpadłem do wody. Matka rzuciła się mi na pomoc z szybkością normalna dla wszystkich rodzicielek w takiej sytuacji, mimo, że właściwie nic mi się nie stało. Niemal wytargała mnie z wody po czym błyskawicznie pognała do brzegu jakby co najmniej brnęła w żrącym kwasie. Potem rzuciła mnie na zimie i rozpłakała się. Sam upadek z matczynych ramion przestraszył mnie bardziej niż całe topienie. Przez tydzień też bolało. Potem nie odzywała się do mnie przez dłuższy czas. Wtedy myślałem, że jest na mnie zła, ale dzisiaj uważam, że to było coś innego. Już wtedy musiała zagłębiać się w szaleństwie. Temu podobne zachowania stanęły się w końcu normą. Strasznie dziwaczała. Kiedyś uparła się, że musi chodzić na czerwono, co zostało jej do śmierci. Innym razem stwierdziła, że w kominku mieszka demon. Paliła w nim cały rok mimo gorącego lata i równo po czterystu dniach według jej rachuby nagle przestała. Mówiła, że wygnała demona i teraz musimy wygasić ogień by nie wrócił. A był to styczeń. W końcu matka narzucała również nam dziwne ograniczenia. Do tego jeszcze sąsiedzi oraz, zmiłuj się nad nami Panie, sąsiadki. Wszystkim to ciążyło, ale Anna w szczególności. Miała tego serdecznie dość. W ogóle to się słabo dogadywały, a matka bardzo często odwoływała się do rodzicielskiego autorytetu tnąc wszelkie dyskusje.
Właściwie późniejsza choroba matki była nam wszystkim na rękę. Wstydzę się tego ale miałem pisać prawdę, to piszę. Miałem wtedy około ośmiu lat. Był początek zimy. Matka wyszła do miasta wczesnym rankiem a ojciec rąbał drwa za domem. My, dzieci oddawaliśmy się więc lenistwu przynależnym tej nieprzychylnej dla ludzi pory roku. Wkrótce jednak znudziło nam się odpoczywanie i zaczęliśmy bawić się w rycerzy, księżniczki i smoki. Nawet najstarszy brat Uno zwany przez nas Niedźwiedziem, a który miał wówczas koło 16 lat z radością się do nas przyłączył. Był smokiem, oczywiście. Anna w roli księżniczki przeraźliwie piszczała, gdy targał ją za włosy i ciągnął do swojej „jaskini”. Zabawa była przednia. Martwić zaczęliśmy się dopiero pod wieczór. Właściwie to znacznie wcześniej zauważyliśmy jej przedłużającą się nieobecność, ale albo mieliśmy to gdzieś, albo nie dopuszczaliśmy do siebie martwiących myśli. To ojciec pierwszy zauważył, że matka powinna już wrócić. Gdy to mówił widać było znużenie, nie autentyczne zmartwienie. Wyszli z Unem ją poszukać. Po godzinie wrócili niosąc ją na rękach.
Część 22 / 2
Nigdy już nie wróciła do zdrowia. Właściwie od tamtego czasu nie wychodziła z domu. Po kilku latach nie ruszała się już z kuchni. Po następnych kilku z łóżka. Sąsiedzi patrzyli na ojca z litością, ale nie szemrali już po kątach o szaleństwie matki. Również wioskowy klecha dał nam spokój i ograniczył się tylko do zawoalowanych aluzji. Ojciec zawsze niechętnie na niego wtedy patrzał. Dla niego to wszystko było najcięższe. Minął rok czy dwa. Ojciec się przyzwyczaił. Do domu wracał jedynie na noc, a i to nie zawsze. Podsłuchałem kiedyś Una i Annę. Myśleli, że ma na boku kochankę i zapewne zostawi nas wszystkich. Zresztą chyba im by to odpowiadało. Uno już wtedy słynął na cała wieś ze swojego garncarskiego i stolarskiego kunsztu. W okolicy gdzie większość zajmowała się wyłącznie świniami z łatwością by nas wyżywił. Planowali oddać matkę do sióstr Beonicjanek. To była straszna rzecz oddać własną matkę do tego przytułku. Pamiętam, że oburzyły mnie ich słowa. Jednak to co mówili wydawało się sensowne. Pamiętam też, że strasznie się bałem co zrobią wtedy z nami. Teraz to się wydaje śmieszne. Wtedy starsze rodzeństwo wydało mi się niemal potworami czyhającymi na życie całej rodziny. Robiłem co mogłem by im się przypodobać. W końcu wyraźnie zdziwiony moim zapałem brat zaczął mnie wdrażać do rzemiosła. Rodzinny świński interes przejęło młodsze rodzeństwo: siostra Bogna i brat Janusz. Byli na to trochę za mali, ale jakoś podołali. Jak musiało to być dla ich wątłych członków męczące świadczy zerwanie znajomości ze mną. Brzmi to może dziwnie, ale tak właśnie było. Przestali się do mnie odzywać, niemal mnie nie dostrzegali. W tamtym czasie bardzo się zżyli. Zresztą podobnie jak Anna i Uno. Według mnie nawet za bardzo jak na brata i siostrę. Starałem się jednak niczego nie zauważać i tym silniej przykładać się do roboty jaką dawał mi Uno.
Minęło jeszcze trochę czasu. Uno osiągnął wiek męski. Również Anna dorosła i gotowa już była na zamążpójście. Jednak zła sława matki i kompletnie lekceważący stosunek ojca do naszej przyszłości nie zachęcał chłopaków z sąsiedztwa do konkurów. Na amory jednak mieli zawsze ochotę. A brak czujnego ojca, pilnującego cnoty córki uważali za świetną sposobność. Ha! Jak srodze się zawiedli. Nie dość, że Anna doskonale potrafiła o siebie zadbać to był jeszcze Uno. Takiego psa łańcuchowego żadna młódka nie miała. Parę razy nawet się o to pokłócili. Onegdaj straszy o osiem lat Uno i starsza o siedem lat Anna byli dla mnie niczym rodzice. Nie zwróciłem więc uwagi, że te kłótnie zbyt przypominały kłótnie małżonków. Ojca wtedy niemal nie widywałem. Nawet nie wiem czym się wtedy zajmował, ale od odwiedzających nas wujów i kuzynów dowiedziałem się, że strasznie zdziwaczał. Kiedyś Uno powiedział mi, że najął się jako piaskarz w sąsiedniej wsi. Regularnie przysyłał nam też pieniądze. Właściwie to widywałem je znacznie częściej niż jego. Nie przeszkadzało mi to jednak. Nigdy nie miałem z nim dobrego kontaktu. Minął rok. Uno zadomowił się jako gospodarz. Wzniósł warsztat garncarski, wybudował suszarnie do drzewa i zburzył chlew. Rzecz niezwykle doniosła w tych okolicach. Różne rzeczy może człowiek u nas na prowincji robić. Znacznie więcej niż w mieście. Ale zburzenie chlewu i pozbycie się świń było niesłychane. I bardzo źle widziane. Z dnia na dzień straciliśmy wielu przyjaciół. Zostaliśmy wyklęci poza społeczeństwo. A powodziło nam się całkiem nieźle. Brat sprzedawał swoje wyroby w całej okolicy. Niekiedy z co lepszą partią jeździł nawet do Gniżdża. Zbratał też się z garncarzem z Świnic co w przyszłości było źródłem nieszczęścia. Ówczas brat wysłał mnie na termin do Kosmy. Pewnie chciał się mnie pozbyć. Nawet mu się nie dziwię. Mnie już dawno znudziło się ich towarzystwo. Wyprawa do zupełni innego miejsca była dla mnie czymś cudownym. Nowi ludzie. Nowa wieś. Wszystko co nowe zawsze mnie pociągało, ale to już wiecie. Mój głód podróży powoli się rozpalał.
Acha, do domu nigdy już nie wróciłem.
Poprzednie słowa…