Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 39 min czytania

Kropka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Przepraszam... Zwykle, gdy ktoś zaczepia nas na ulicy, wówczas albo spoglądamy na nieznajomego, oczekując na pytanie, albo odruchowo podwijamy rękaw na lewej ręce i sprawdzamy, która godzina, by udzielić odpowiedzi, nim jeszcze padnie pytanie. John Script, zagadnięty przez nieznajomego albo nieznajomą, sięgał do kieszeni. Nie miał tam zegarka. W ogóle go nie nosił. Nie potrzebował. W prawej kieszeni szarego płaszcza trzymał tylko pióro. Markowe, ozdobne pióro wieczne, piszące czarnym atramentem. Mężczyzna zatrzymał się, słysząc kobiecy głos tuż przed sobą, i wyjął z kieszeni pióro. Zdjął skuwkę i dopiero wówczas podniósł wzrok na nieznajomą, by usłyszeć - jak się spodziewał - że prosi ona o autofraf. Gdyby zaczepił go mężczyzna, na wszelki wypadek spytałby, o co chodzi. Natomiast względem kobiet wyrobił sobie tak silny automatyczny odruch, że podpisałby się w powietrzu, gdyby nie podsunięto mu karteczki, zdjęcia lub egzemplarza książki. Podczas codziennych spacerów podchodziły do niego - a czasem wręcz podbiegały - zarówno panie po trzydziestce jak i nastolatki, dziewuszki z podstawówki, i drżącymi rękami podawały książkę, otwartą na pierwszej stronie. Palcem wskazywały, gdzie ma się podpisać i dla kogo. Z wypiekami na twarzy wielkimi oczami śledziły, jak ozdobne pióro pisze ich imiona, a potem podpis autora, z wybujałym S przy nazwisku - zawijasem, wyglądającym niemalże jak ósemka, albo znak nieskończoności. Robiło się ono coraz większe - z początku proporcjonalne, dwa razy wyższe od małych liter, z czasem zaczęło zajmować pół strony w pionie. John stwierdził z rozbawieniem, że za kolejne piętnaście lat albo będzie potrzebował osobnej kartki na to S, albo i dwóch, albo też wymusi na wydawcy publikację swoich książek w formacie albumowym. Uśmiechał się każdorazowo, gdy o tym pomyślał, a fanki odwzajemniały uśmiech, po czym, kłaniając się i dziękując, oddalały się, ściskając książkę z autografem jak ukochanego psiaka. Prawie zawsze był to jeden z piętnastu tomów przygód Aurelii Morning. - Tak? - spytał John Script. Stał przez chwilę a pióro drżało mu w ręce. Dziewczyna, z dłońmi splecionymi z przodu, jakby czegoś oczekiwała. Nie podała mu jednak ani książki o Aurelii, ani żadnej z sześciu powieści, które napisał przed tą serią. John Script pisał od małego. Zasadniczo, odkąd nauczył się pisać - kreślić znaki na kartce - pragnął napisać... coś. COŚ. Pierwszą powieść - dla dzieci, oczywiście - rozpoczął w wieku lat ośmiu, i zarzucił piętnaście minut później, napisawszy dwa zdania. Kolejna, skrupulatnie zaplanowana i obliczona na kilkanaście odcinków, nie powstała nigdy. Młody autor nie napisał ani linijki. Przez trzy tygodnie myślał nad pierwszym zdaniem - i nigdy go nie wymyślił. Jako nastolatek, napisał kilka opowiadań o dwóch przyjaciołach, po czym - w trakcie pisania kolejnego - stwierdził, iż wyczerpał formę. Na koniec z zażenowaniem przyznał się przed samym sobą, że cykl od początku był jedną wielką pomyłką, o której chciał już tylko zapomnieć. W poszukiwaniu godnych tematów otarł się o autobiografię, z której czym prędzej zrezygnował nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia, a z tej prozaicznej przyczyny, że się wstydził. Najbardziej przerażała go myśl, że mógłby tę niedoszłą autobiografię przeczytać ktoś z podwórka. W panicznej ucieczce przed taką ewentualnością zapędził się w rejony fantastyki. Przez kilka lat snuł mniej lub bardziej udane historie o smokach i sierotkach z magicznymi mocami, gdzie mniej lub bardziej świadomie utykał zawoalowane wątki autobiograficzne. Po około roku, stwierdził z niezłomną wiarą w siebie, że tym razem jest gotowy do napisania powieści. Po kolejnych dziesięciu wreszcie ją ukończył. W międzyczasie, w wieku lat dwudziestu pięciu, opublikował pierwszą książkę, a później średnio co dziewięć miesięcy składał do wydawnictwa kolejne. Ta, którą zaczął pisać jako osiemnastolatek, ukazała się - jako czwarta publikacja - gdy dobijał do trzydziestki. Krytycy i czytelnicy zgodnie orzekli, że była najsłabsza w dorobku autora - wówczas jeszcze znanego tylko garstce fanów fantastyki. Po niej ukazały się jeszcze dwie - docenione przez wąskie grono wielbicieli, co jednak nie przełożyło się na szelest funtów. Sława - a z nią wielkie pieniądze - przyszła dopiero wraz z powieścią "Kropla Deszczu w Filiżance Czekolady", pierwszym tomem o Aurelii Morning. Kobieta stojąca przed pisarzem wydała mu się znajoma, choć nie miał pamięci do twarzy. Tyle ich widywał, że przestał zwracać uwagę. Choćby ktoś się upierał, że John Script z nim rozmawiał, i był w stanie podać datę, miejsce i okoliczności, pisarz przepraszał go uprzejmie i zapewniał, że nie pamięta. Istny szał, w którym trzydziestojednoletni wówczas pisarz na jakiś czas zupełnie się pogubił, rozpętał się w kilka dni po wydaniu "Kropli Deszczu", po pierwszych entuzjastycznych recenzjach. Cały kraj ruszył szturmem do księgarń, a funty, których niegdyś musiał szukać na dnie jednej kieszeni, teraz rozrywały w szwach każdą kieszeń, jaką na sobie miał, i wysypywały się z cichym szelestem, gdziekolwiek szedł. Swojemu macierzystemu wydawnictwu przyniósł krocie, za które wyekspediowano Aurelię we wszystkie strony świata i nauczono mówić w pięćdziesięciu trzech językach. Z dnia na dzień, John Script stał się tak bogaty, że gdyby wyciągnął z banku wszystkie pieniądze, jakie miał, powiązane w pliki jak cegiełki, mógłby sobie z nich zrobić dwupiętrową willę. A w kominku mógłby palić na bieżąco zarabianymi funtami. I choć pod wpływem spektakularnego sukcesu woda sodowa na krótko uderzyła mu do głowy - wyprowadził się do Londynu, bywał na przyjęciach, odbierał honory i pił na umór w najwyższych sferach - to po nieprzyjemnej pobudce na chodniku przed modnym klubem, we własnych wymiocinach, czym prędzej wrócił do dawnego życia. Do małego, jasnego mieszkanka w starej kamienicy - i do pisania. W przytulnym domku, na starej maszynie do pisania, John Script pisał drugi tom przygód Aurelii Morning - "Dziura w Parasolu". Czuł się wręcz zażenowany hałasem, jaki wywołała pierwsza książka z cyklu, a pieniędzy, jakie zarobił, nie był nawet w stanie wydać - lecz ciągnęło go pisanie. Pisanie o Aurelii. Nie martwiło go to, że kolejne tomy tylko pogłębiały krępującą go sławę. Nie pisał już fantastyki. Przebolał jakoś fakt, że dawni fani wyklęli go już za pierwszą powieść przygodową. Wąskie środkowisko fantastów zapałało gniewem i nienawiścią do autora, którego uważali za swojego na zawsze - za swoją własność, posiadaną na wyłączność - choć nie byli w stanie go wyżywić. Pluli na niego jadem ze stron każdego pisma poświęconego fantastyce. A on pisał dalej - o Aurelii, i tylko o niej. Recenzentka trzeciego tomu o przygodach panny Morning, "Czerwony Liść w Kieszeni", wysnuła teorię, jakoby John Script zakochał się w swojej bohaterce. Pisarz zaprzeczał temu raz po raz, przez lata, w setkach wywiadów dla radia, telewizji i prasy - a i tak każdy wiedział swoje. Nigdy się nie ożenił, a na przestrzeni piętnastu lat miał tylko kilka krótkich, przelotnych romansów, które albo sam kończył, albo spanikowana wybranka uciekała od niego wprost w czułe objęcia prasy. Zwierzała się, za odpowiednią opłatą, że jako partner był co najwyżej serdeczny, a jako kochanek nie istniał w ogóle. Tak jakby z jakichś powodów dotrzymywał wierności Aurelii. Jakby jej pilnował. Na przestrzeni piętnastu tomów miała kilku kochanków - lecz albo ich porzucała, dogłębnie znudzona i zblazowana, albo ginęli oni w ten czy inny sposób. Panna Morning należała tylko do niego. Jedynie on mógł ją tworzyć, nadawać jej kształt. Dlatego nigdy nie zgodził się na sfilmowanie jej przygód, choć oferowano mu zawrotne sumy pieniędzy i podsuwano gotowe scenariusze, do których najmowano największe nazwiska w branży. Dzwoniła do niego Michelle Pfeiffer, oddana fanka serii, błagając, by pozwolił jej być Aurelią na ekranie. Odparł jej uprzejmie, że się nie zgadza - ale w ramach sympatii prześle jej jeszcze tego samego dnia komplet piętnastu książek z autografami. Nie chciał słyszeć o jakiejkolwiek wizualizacji Aurelii. Nie życzył sobie filmów, i kategorycznie zabronił ilustratorom umieszczania jej twarzy na okładce. Kazał sobie przesyłać projekty okładek każdego wydania z każdego zakątka globu. Widząc kawałek odbicia Aurelii w lustrze na ilustracji do tomu siódmego, "Pęknięte Zwierciadło", wpadł w furię. Wykręcił numer do holenderskiego wydawcy i zbeształ go łamanym holenderskim z akcentem. Krzyczał tak głośno, że ludzie na ulicy zatrzymywali się i wpatrywali w okno na piętrze, zastanawiając się, co też tam się może dziać. Kręcił nosem i pochmurniał, widząc na spotkaniach autorskich nieudolnie przebrane za Aurelię czytelniczki. W beżowych płaszczykach, z kawowymi, zamszowymi rękawiczkami, w długich blond włosach z prostą grzywką. Tylko on wiedział, jaki dokładnie odcień ma płaszcz. I że Aurelia grzywkę ma ukośną. Tego nigdy nie napisał. John Script wytrzeszczył oczy. Przed nim stała długowłosa blondynka z ukośną grzywką, w beżowym płaszczyku i kawowych, zamszowych rękawiczkach. Nie chciała autografu.

***

Aurelia Morning i John Script szli powoli, uśmiechając się w zadumie. Nie rozmawiali. Spoglądali na siebie ukradkiem - nieśmiało i przelotnie. Rytm ich kroków współbrzmiał i roznosił się echem po pustej ulicy. Wyglądali jak ojciec i córka na spacerze. On miał czterdzieści pięć lat i pierwsze siwe włosy. Ona, tak samo jak piętnaście lat temu, nie miała jeszcze trzydziestu. Pisarz nigdy nie sprecyzował jej wieku. Napomknął jedynie, że jest przed trzydziestką - i tym musiały się zadowolić miliony fanów przez te wszystkie lata. - Tutaj - powiedział John. Sprężystym krokiem pokonał pięć schodków i stanął przed drzwiami białej, piętrowej kamienicy. Otworzył drzwi i skinął zapraszająco na Aurelię. Przepuścił ją i podążył za nią po stromych stopniach. - Pierwsze piętro - dodał wyjaśniająco, gdy zatrzymała się na parterze i spojrzała na niego wyczekująco. Dziewczyna lekkim, zgrabnym krokiem weszła na piętro i, widząc na drzwiach po lewej stronie mosiężną tabliczkę z napisem "J. Script", wdusiła okrągły przycisk dzwonka. Rozległo się głośne "bim-bom" - Nikogo nie ma w domu - wyjaśnił pisarz. Spokojnie, bez pośpiechu wchodził na górę. - Mieszkam sam. Aurelia uniosła nieznacznie brwi, czego John nie zauważył. Odsunęła się trochę od drzwi, by mężczyzna mógł je otworzyć. Klucze zabrzęczały w jego dłoni. Dwa zamki szczęknęły donośnie i drzwi otworzyły się, skrzypiąc. John ponownie przepuścił dziewczynę, a sam wszedł za nią. Gdy rozpięła beżowy płaszczyk i powoli zsuwała go z ramion, John zostawił uchylone drzwi i podbiegł do niej. - Poczekaj, pomogę ci! Ujął delikatnie poły płaszcza i bez niepotrzebnej gwałtowności pomógł Aurelii go ściągnąć. Niebywałe, pomyślał John - nie po raz pierwszy tego dnia. Nie tylko kolor i krój, ale nawet materiał, z którego uszyto paletko, dokładnie zgadzał się z wyobrażeniem, jakie pisarz miał na jego temat - i którym nigdy z nikim się nie podzielił. Dał Aurelię Morning milionom czytelników - ale była to Aurelia jedynie naszkicowana, którą każdy mógł sobie według ogólnych wyobrazić taką, jaką chciał. Swoją Aurelię John Script miał tylko dla siebie. Powiesił beżowy płaszczyk na wieszaku w długim, wąskim korytarzu i zaprosił dziewczynę do salonu. - Rozgość się - rzekł nieśmiało. - Napijesz się czegoś? - Gorącej czekolady - powiedzieli równocześnie, po czym równocześnie się roześmiali. Pisarz plasnął się w czoło i pokręcił głową. - Wiem to od piętnastu lat, a jak przychodzi co do czego, to takie gafy strzelam... Przypomnij mi, jak się nazywała ta choroba, bo nie pamiętam... - zaśmiał się John cicho. - Gorąca czekolada, tak? Aurelia skinęła z uśmiechem i rozparła się w wygodnym fotelu z wyrazem błogości na twarzy.

***

John i Aurelia przez kilka minut siedzieli w milczeniu. Oboje popijali gorącą czekoladę małymi łyczkami. On sam już nie pamiętał, czy lubił ten napój, bo ona go lubiła, czy na odwrót. Pijał go chętnie, podobnie jak większość jego gości. Co do nich również nie miał pewności, czy czekoladę pili z uwielbienia do bohaterki jego ksiażek, czy samej gorącej czekolady. - To naprawdę ty? - spytał John cicho. Dziewczyna spojrzała na niego, zaskoczona. Nie zmieszana. Zdziwiła się, że o to pyta, a nad odpowiedzią nie zastanawiała się, bo ta była dla niej oczywista. - Tak - odparła po chwili, kiwając przy tym głową. - Hm... Bo, widzisz, tu - rzekł John, przykładając palec do skroni - jesteś Aurelią Morning. Taką, jaką sobie wymyśliłem. Taką, jakiej nikomu nie pozwoliłem odwzorować, i nikomu się to nie udało. I nie wiem, jak ty tego dokonałaś. Widziałem tysiące dziewczyn... kobiet, desperacko usiłujących wyglądać jak Aurelia, i na pierwszy rzut oka widziałem, że to nie to. A teraz patrzę na ciebie, od dobrych kilku minut, i nie dostrzegam żadnego błędu. Jesteś moją Aurelią Morning. Ale powiedz mi, czy jesteś nią dlatego, że przeczytałaś wszystkie moje książki, czy dlatego, że nią jesteś? - Kończę czytać... siódmą... - stwierdziła dziewczyna, przeliczając w pamięci. - Ale naprawdę nazywam się Aurelia Sophie Morning. - Ile masz lat? - Dwadzieścia sześć. A ile powinnam mieć? Może jeszcze nie doczytałam? - Nigdy tego nie napisałem - pokręcił głową John. - Ale zawsze wyobrażałem sobie, że masz właśnie dwadzieścia sześć lat. Aurelia uśmiechnęła tryumfalnie. - Szkopuł w tym, że ja moją postać... a więc... Ciebie... wymyśliłem jako dwudziestosześciolatkę szesnaście lat temu, a wtedy ty miałaś... Ile? Dziesięć lat? - Z tym, że wtedy ja o tym nie wiedziałam - tłumaczyła dziewczyna. - Ani wtedy, ani przez wiele lat potem. - Jak to? - A pan o mnie wiedział? O tym, że gdzieś tam, daleko, żyje Aurelia Morning? Myślę, że nie. Dla pana ona żyła gdzie indziej. Tylko w pana wyobraźni. I nie może pan zaprzeczać mojemu istnieniu względem książkowej bohaterki, bo to ja urodziłam się pierwsza, jako Aurelia Morning. Z tym, że o tym mało kto wiedział, a ci, którzy wiedzieli, zapomnieli - a przynajmniej taką mam nadzieję. - Przepraszam... Nie nadążam... - Wie pan, jaki to dramat dla dziecka mieć na imię Aurelia, gdy wszyscy dookoła nazywają się Maggie, Mark, Tom, Anna, albo jakoś inaczej, ale tak... zwyczajnie? Do szóstego roku życia wszyscy znali mnie jako Aurelię, a nazwiska nawet chyba nie pamiętali. Potem przeprowadziliśmy się tysiąc kilometrów dalej, i tam zostałam Sophie Morning. Błagałam matkę, żeby nie musieć być Aurelią. I z biegiem lat przestałam nią być. Wszyscy wołali na mnie Sophie, nawet rodzice, a ja tak o sobie myślałam, i tak się podpisywałam. Prawie zapomniałam, że istnieje Aurelia Morning - chociaż przecież nominalnie cały czas nią byłam. - Tak... Ale przecież książki o Aurelii ukazują się od... piętnastu lat. - I pan myśli, że dziesięciolatki czytują powieści przygodowe o dwudziestosześciolatkach? - Ja lubiłem czytać, jak miałem dziesięć lat... - A ja lubiłam wałęsać się po mieście. I bynajmniej nie po księgarniach - stwierdziła Aurelia, nieco zawstydzona. - Zresztą, w pana książkach też jestem zwykle zbyt zajęta, żeby czytać, oglądać telewizję czy słuchać radia. - To by się zgadzało... Ale nigdy nawet nie usłyszałaś o książkowej Aurelii Morning? Nikt cię z nią nie porównywał? - Nie oglądałam telewizji, nie czytałam gazet, a przynajmniej nie te, z których mogłam się dowiedzieć czegoś o książkach. Sam pan rozumie, są różne ciekawe rzeczy na świecie, a człowiek nie jest głupkiem tylko dlatego, że nie zbiera gazety codziennej z wycieraczki... Prawda? - spojrzała na niego, prawie błagalnie. - A czy mnie ktoś do niej porównał? Nie. Wszyscy znali mnie jako Sophie, jak już mówiłam. Nie było tu oczywistego pokrewieństwa, jak między Theodorem i Franklinem Delano Rooseveltem, na przykład. Poza tym, nie zawsze miałam dwadzieścia sześć lat, i nie zawsze tak wyglądałam. Do pewnego czasu nikt miał prawa mnie skojarzyć z książkową postacią. - To znaczy? - Gdy skończyłam szkołe średnią... To było któreś z kolei miasto, w którym mieszkaliśmy. Podstawówkę ukończyłam w jednym. Pierwszą klasę gimnazjum w innym, a drugą i trzecią w następnym. Potem pojechaliśmy dalej, i w nowym miejscu doczekałam matury. Wtedy rodzice zostali, a mnie coś... gnało dalej. Na północ. Dlatego, gdy miałam osiemnaście lat, postanowiłam się usamodzielnić i wyjechać. Na północ. Miałam trochę pieniędzy, silną motywację i żadnego konkretnego celu. I żadnego przygotowania. Autobusami jechałam dalej i dalej na północ, a kiedy zaczęło się robić naprawdę zimno, zatrzymałam się w jednym mieście - nawet nie wiem, jak się nazywało - na kilka godzin, i poszłam na zakupy. Tam kupiłam ten płaszcz i rękawiczki. - A więc była to forma autokreacji - naciskał John, nadal niedowierzając. - Nie, to było zupełnie spontaniczne. Wzięłam taki płaszcz, bo mi się podobał, i takie rękawiczki, bo były miłe w dotyku. - A fryzura? - To znaczy? - Grzywka na skos. Nigdy nie napisałem, że grzywka jest na skos, choć tak sobie Aurelię... przepraszam... ciebie wyobrażałem. - Dałam się tak ostrzyc znajomej fryzjerce, zaraz po maturze, jeszcze przed wyjazdem. Nie obcinałam włosów przez kilka miesięcy przed egzaminami, więc gdy w końcu mogłam, postanowiłam zrobić coś szalonego i uczesać się inaczej niż zawsze. I tak mi się spodobała ta ukośna grzywka, że tak już zostało. A potem pojechałam na północ. No i tam polubiłam czekoladę. Czekolada służy zdrowiu, gdy mieszka się w chłodniejszych rejonach. - I przez te... osiem lat... nic? Przez cały ten czas, gdy wyglądałaś jak książkowa Aurelia, nikt... nigdy... nawet ci o tym nie napomknął? - Zbieg okoliczności? - wzruszyła ramionami. - Rzeczywiście, mogłoby się to wydać grubymi nićmi szyte, ale tak było. Myślę, że po prostu za szybko przemykałam przez te miejsca w których byłam, żeby ktoś zdążył mi się przyjrzeć, a tym bardziej zagadnąć. - A więc, dlaczego tu teraz jesteś? - John Script uniósł brwi pytająco. - Skąd się dowiedziałaś? - To mogło być... dwa... może trzy miesiące temu... Przystanęłam przed jakąś szybą wystawową. Zamyśliłam się, zagapiłam się zupełnie. I wtedy podeszła do mnie jakaś dziewczynka. Nie wiem, mogła mieć osiem, może dziewięć lat, i spytała: "Aurelia Morning?", na co ja wręcz się wystraszyłam... Rozumie pan... Od dwudziestu lat nikt tak na mnie nie powiedział! Poczułam się co najmniej tak, jakbym zobaczyła ducha! Popatrzyłam na to dziecko, które przecież nie mogło wiedzieć, nie mogło mnie znać, i bąknęłam tylko "Nie. Sophie." Ona popatrzyła na mnie krzywo, i sama stwierdziła: "Rzeczywiście, nie jest pani z ksiażki" Odeszła, a ja stałam jak wryta przez pięć minut i próbowałam zrozumieć, o co jej chodziło. I kiedy w końcu się ruszyłam, poszłam do najbliższej księgarni i spytałam, czy mają może książkę o Aurelii Morning. Sprzedawczyni roześmiała się i pokazała mi całą półkę z pana powieściami. Poprosiłam nieśmiało o pierwszą. Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, i zanim poszła po książkę, spytała mnie, czy na pewno. A ja się poczułam wyjątkowo głupio. - Po prostu wzięła cię za fankę - uśmiechnął się John. - Pewnie przez myśl jej nie przeszło, że wyglądając tak, jak wyglądasz, możesz nie być fanką moich książek.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kropka — czytnik · opowiadania