Inne · 8 min czytania
Krótka biografia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mam na imię.. nie, moje imię nie jest ważne. Urodziłem się dziewiątego grudnia 1989 roku. Byłem uczniem liceum, bardzo dobrze mi szło. W tym roku zdawałbym maturę. Miałem piękne plany, chciałem zostać chirurgiem, pomagać ludziom… teraz sam potrzebuję pomocy. Umieram… jestem w ostatnim stadium choroby zwanej Zespołem Nabytego Upośledzenia Odporności (bardziej znanym jako AIDS). Zostało mi dwa, może trzy miesiące życia. Mój organizm nie jest w stanie zwalczać drobnoustrojów. Każde przeziębienie może się dla mnie skończyć tragicznie, zresztą, jaki to ma sens? Jestem typowym przykładem człowieka chorego na AIDS. Mam gruźlicę, meczy mnie grzybica, nie goją mi się rany na nogach. Jestem karmiony przez sondę. Mój przełyk i jama ustna jest zainfekowana przez pierwotniaki, których nazwy zapomniałem. Moje ostatnie dni spędzam w domu z rodziną. Umieram na oczach mojej mamy. Jak na ironię, sam się tak urządziłem. To wszystko przeze mnie. To moja wina. Byłem głupi, nie przestrzegałem najważniejszego przykazania Bożego. NIE ZABIJAJ. Zabijałem sam siebie i dobrze o tym wiedziałem. Byłem uzależniony od narkotyków. Chcę spisać swoje „wspomnienia” z tamtych dni i chcę, by moje przesłanie trafiło do jak największej liczby odbiorców, żeby nikt nie popełnił tych błędów, co ja.
Posłuchajcie...
Zacząłem „przygodę” z narkotykami od trawki w 2003 , na obozie narciarskim, od trawki. Koledzy mi ją podali. „ Weź bucha, nic ci nie będzie, daj spokój, przecież to tylko trawa…”. I wziąłem, wszyscy brali. Nie chciałem być gorszy. To było najciekawsze, co mnie w życiu spotkało, totalny odpływ, nic mnie nie obchodziło i wszystko śmieszyło. To, że skacząc ze schodów, mogę się połamać, było na drugim planie i to że, rzucanie w siebie nożem może się niezbyt ciekawie skończyć. Gdy wytrzeźwieliśmy, zaczęliśmy wspominać poprzedni dzień. Niezła zwała z tego była. Postanowiliśmy to powtórzyć. Znów było świetnie. Podobne sytuacje i znowu kupa śmiechu. Skończył się obóz, lecz trawa i koledzy pozostali. Spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, mieliśmy swoje „tajne” miejsce i wspominaliśmy obóz przy skręcie. Trochę się zmieniło. Trawa z dnia na dzień zmieniła się w haszysz, to zioło jest tańsze, a daje takie same odpływy. Nie miałem czasu na naukę, były ważniejsze rzeczy do roboty. Wiedza po trawie bardzo wolno wchodziła do głowy. Kieszonkowe przestało wystarczać na sprzęt, musiałem zacząć pożyczać coraz większe sumy. Byłem zadłużony u kilku niezbyt przyjemnych kolesi z miasta. I pewnego dnia wróciłem do domu z obrad (tak to nazywaliśmy) z dość mocno obitym ryjem. Złamany nos i podbite oko. Kolesie, którym wisiałem kasę, zaczęli się dość mocno domagać swoich pieniędzy. Rodzicom powiedziałem, że mnie skroili i się stawiałem, dlatego mnie pobili. Od obozu minęło kilka miesięcy. Paliliśmy bardzo sporadycznie, bo skręty przestały już wystarczać. Potrzebowaliśmy czegoś lepszego, z większą mocą i o ciekawszym działaniu. Nie byliśmy uzależnieni. Chcieliśmy po prostu fajnie się bawić. Świetnym i łatwo dostępnym środkiem były tabletki ecstasy. Łatwe do połknięcia i dawały podobno niezłego kopa. Telefon do Łosia i tabsy były u nas 15 minut później. Łosiu przyniósł tabsa z znakiem WV. Wzięliśmy. Takiej euforii jeszcze nigdy nie przeżyłem. Czułem w sobie ogromną siłę, mógłbym moich wszystkich kumpli podnieść i wyrzucić ich przez okno. Później zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Mógłbym przysiąc, że kumplom wyrosły rogi, a po ścianach biegały różowe pajączki. Gdy minęło odurzenie wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy. Ecstasy są halucynogenne. Przez wiele miesięcy były tabsy i trawa. W ogóle przestałem chodzić do szkoły, schudłem kilka kilo, zawsze byłem blady i zaspany. Na szczęście rodzice niczego nie zauważali, byli zbyt zajęci swoją pracą, swoimi problemami. Ja też czegoś nie zauważyłem. Bez tabsów źle się czułem. Nie docierało do mnie, że jestem uzależniony. Pewnego dnia kolega przyniósł na nasze „obrady” kokainę. „ Chłopaki, spróbujcie tego. To jest