Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Prawo · 39 min czytania

KRUKI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Od kilku miesięcy dział społeczny w „Dzienniku Porannym” – lokalnej gazecie prowadzi Karol Zawiejski. Zawsze chciał być blisko różnych spraw, nawet tych najdziwniejszych, - jednak zbyt krótki staż ,jego pragnienia często spychał na koniec kolejki. Myślał nawet o zmianie zajęcia, bo to co robił dotychczas to jak mówił – nie leży mu. Jeszcze tak niedawno uganiał się za piłkarzami, biegaczami czy też kolarzami by śledzić ich klęski i zwycięstwa. Opisywał rekordy, porażki, różne nieuczciwe zdarzenia o których na dobrą sprawę nie miał zielonego pojęcia. Z krwi i kości humanista w ścisłym tego słowa znaczeniu często oburzał się na zmieniające się co tydzień, czy sezon cyferki w różnych tabelach, wykresach, czy innych cyfrowych kalkulacjach. Jednak było czasami w tym co robił coś fascynującego, by nie użyć słowa dominującego jego życie. Cholerne ciągłe jego wyjazdy sprzykrzyły się już dawno, jego od pięciu lat żonie Sabinie. Akurat kiedy miała ochotę gdzieś uciec od codziennych zajęć, a bywało to najczęściej pod koniec tygodnia, zamiast Karola towarzyszył jej tylko czteroletni syn Bartek. Z początku to nawet jej się podobało, a nawet dumna była z tego powodu przed koleżankami, bo nie każdy mąż mógł jak to mówiła – robić w gazecie. Teraz coraz rzadziej się z nimi spotyka, a niektórych to nawet nie pamięta jak wyglądają. Dobrze, że jej rodzice mieszkają niedaleko. Jeździła tam prawie co tydzień by jak mysz schować się w tej od wielu lat tej samej dziurze i nosa z niej nie wyściubić. Niby była to oaza spokoju, sytego jedzenia – och ta mama, tak o nią i ich Bartka dbała, ile też ciągłego gderania o tym jaka to ona samotna, że marnuje najlepsze lata na bezczynności i takie tam stałe gderanie. Jak ona, kilka lat po studiach mogła dać się tak zepchnąć do roli kury domowej? Przecież jej ambicje to nie tylko dom, pieluchy czy coś tam jeszcze, czego zapewne do końca i tak nie poznała. A gdzie się podziały jej zainteresowania? Co ona z nimi zrobiła? Czy wraz z małżeństwem, - tego wszystkiego tak łatwo się pozbyła? Karol zabrał jej nie tylko wolność, ale cząstkę JEJ. TEJ do której w panieństwie przywiązywała tak dużą rolę – to ta odrobina wolności, niezależności, nieuległości, możliwości uderzenia pięścią w stół na znak protestu. Teraz ta waleczna baba uległa dziwnej sublimacji. Nie ma jej. A jeszcze do niedawno była wszędzie, dosłownie wszędzie. Nabrała przekonania, że nowe znaczy lepsze, ale nowe, nie zawsze znaczy lepsze, tylko inne. Gdy rozpoczynała asesurę w miejscowej prokuratorze, wydawało się jej, ze Pana Boga za nogi złapała. Taka była szczęśliwa, ważna. Krocząc korytarzami prokuratury jej obcasy najgłośniej stukały o posadzkę. W pokojach wiedziano, że to ONA idzie, ta dobrze zapowiadająca się PANI PROKURATOR, już tak niektórzy o niej mówili, a Ona nie protestowała. To było jej potrzebne – podpierało ją jak tyczka groszek, czuła się ważna. Aż pewnego ranka kawałek papieru, no powiedzmy, taki mały nic sam w sobie nie znaczący pieprzony kawałek papieru czy czegoś tam, z czego to jest zrobiony ten cholerny test ciążowy, ośmielił się jej życie zburzyć, obrócić w niwecz. Nie mogła sobie tego wybaczyć, że to ją dopadło wtedy, kiedy miała takie plany, słyszała wszędzie ochy i achy. Ten cholerny, a może nie cholerny kawałek testu ciążowego, miał taką siłę. W przeciągu pięciu minut zburzył jej tak misternie układany cegła po cegle plan. W jednej chwili to co budowała od kilku lat runęło. Jak słomiana wiata. Nie była przygotowana na to, nie miała planu „B”, nie przewidziała, że w trakcie tej budowy załamie się ramię dźwigu i nie będzie dalszego budowania. Że teraz na chybcika będzie musiała obmyślić ten cholerny plan „B”. W końcu poddała się by realizować podsunięty przez Karola plan „C”. Chociaż nie był on zbyt skomplikowany konstrukcyjnie, to przecież nie mieli do niego narzędzi, maszyn, nie mieli innego. Mieli natomiast czas, by to wszystko zorganizować, przygotować się. Budowa miała na dobre dopiero ruszyć za kilka miesięcy. A póki co musi ukończyć asesurę, Karol dziennikarstwo, a w odwodach przecież są jego i jej rodzice. Gdy teraz po tych kilku latach spojrzy na siebie w lustrze widzi już nie tylko siebie. Jej odbicie jakby się wykrzywiło, z za jej pleców wyłania się Bartek, Karol, gonitwa za wszystkim – swoje i ich problemy. Często zastanawiała się, których jest więcej – tych jej, czy ich problemów, które są jej, a które ich. O wielu nie mówiła nikomu. Nawet Karol nie miał o wielu pojęcia. Starała się załatwić je sama. Wstydziła się, że je ma. A jakby się okazało, ze tylko ona je ma, mogła by wydawać się niezawodny, a przecież taka mądra była i co? Za nic w świecie – jej problemy są jej i nikomu nic do nich. Karol zawsze chciał być blisko ludzkich problemów dlatego poszedł na dziennikarstwo. To go tak fascynowało, że często nie proszony o zdanie sam włączał się w ich rozwiązanie u innych. Nie wie, czy sam nie dostrzegał ich we własnej rodzinie, czy też nie chce ich dostrzegać sądząc, że ich tu nie ma . Zawsze wszystko było jak należy, na czas. Troski, upokorzenia, sukcesy i porażki były najczęściej tematem jego felietonów. Pękate segregatory kryły wiele tajemnic zwaśnionych rodzin, zdradzonych małżonków, uciekających z domów dorastających dzieci, czy przegranych spraw w sądach. Jeszcze niedawno, te zagadnienia były dla niego tak obce i dalekie jak droga z ziemi w Kosmos. Jeszcze tak niedawna nie miał pojęcia, że życie może mieć takie różne barwy. Zawsze uważał, że zdecydowana większość ludzi żyje tak jak on, a przynajmniej podobnie. Do niedawna dla tego redaktora prasowego liczyły się tylko setne sekundy miejsca na mecie i punkty. Na pamięć znał kluby w grupach, ich szansę na zwycięstwo, lub ich spadek. Wiedział, która drużyna lub zawodnik wypadnie z tabeli rozgrywek. Jeszcze tak niedawno to wszystko było. Teraz jako szef działu społecznego łączności z czytelnikami czuł się jak obserwator życia, który wykupił bilet na bezterminowe zawody w zmaganiu ludzi z losem, a często losu z ludźmi. W jego życiu było wszystko poukładane, na pamięć znał kolejne czynności jakie miał wykonać. Szkoła, studia, praktyka, potem znów studia, tym razem dziennikarskie, ślub z Sabiną, Bartek – rodzina. Nie było w nim miejsca na nagłe wstrząsy. Wydawałoby się, sielanka, jak w wielu domach. A te wszystkie potyczki po drodze, to tylko potyczki, a nie bitwy, czy wojny o przetrwanie. Stała pensja jego i żony zapewniały dostatni byt i realizację swoich pragnień. Żyli w innym świecie, niż w tym z jakim przyszło się mu teraz spotkać. Inny – to określenie było tak szerokie, że często gubił się w tym co jest w nim normalne, a co jest tym INNYM. Zawsze otoczony ludźmi sytymi, choć nieszczerymi – ale on o nich wiedział, który, - zgrabnie omijał kłody rzucane pod nogi. Teraz wyrazy: bezdomny, głodny, śmietnikowy szperacz, ofiara sądu , kanalarz, bryndziarz- to taki ktoś co pije denaturat, stały się codziennym słownikiem jego i kolegów z działu. Trudno było mu w tym otoczeniu ustawiać pudła dla zwycięzców z oznaczonym, zajętym miejscu na jakimś tam etapie biegu, a innemu za pełzanie do śmietnika po resztę jedzenia, puszkę po piwie, czy inne dobro nadające się do spieniężenia. Każdy co teraz nawet pełza, czy wozi się wypasionym wozem – kiedyś tak stanęli, a właściwie to ich rodzice postawili ich na linii startu do biegu o przetrwanie. I tylko od nich i ich rodzin zależała klasa przetrwania. Repetowanie tutaj nie mogło być. Chociaż na początku nie było do końca wiadomo, kto w tym zmaganiu zwycięży, - wiadomo było tylko, że walka będzie ciężka i długa. Nigdy nie było wiadomo ile rund będzie musiał stoczyć ten, czy tamten, ale jedno było pewne – będzie walka inna, niż te które znał dotychczas. Kiedyś wiedział, że gdy zawodnik nie zakwalifikuje się do walki – odpada. A gdy już zdobędzie odpowiednie minimum – będzie miał szansę na zwycięstwo, przynajmniej na jakąś uznaną lokatę. A teraz, nawet ten co się zakwalifikuje do walki nie może być pewien, czy po iluś tam rundach, kilometrach, czy minutach, nawet jakiś ślad po nim pozostanie. Do tej pory nie miał okazji poznać takiego mocnego przeciwnika jakim jest życie. I nieważne, czy zawodnik miał frak, muszkę, kufajkę, czy zwykłe ubranie. Nie ważne ile ma teraz tytułów przed nazwiskiem. Każdy stanął na linii startu i każdy miał i ma szansę wygrać, lub przegrać. Choć uczestników jest wielu, nie każdy do mety dobiega szczęśliwy, że dobrze biegł, ze pokonał tyle przeszkód, ze pokonał nie tylko tych co na starcie wydawali się mocni, ale też i swoje słabości. Pokonać swoje słabości..? a ilu je ma? Ilu chce je poznać, a jeszcze ilu godzi się żyć z nimi? Te i podobne wrażenia wypierają tamte, sportowe. Wygodniej jest żyć ze świadomością własnych przegranych i zwycięstw. Brak jest zakładów na to kto i kiedy przegra lub wygra z życiem. Przegrana przychodzi często z znienacka. Wtedy jest bardziej bolesna niż ta zapowiadana w trakcie biegu, walki. A gdy udawało im się świadomie, czy przez przypadek wygrać, lub chociaż zremisować obwieszczał to wokoło myśląc, że wszystkich to zainteresuje. Był wówczas ważny, - czuł podmuch klaszczących klakierskich dłoni i słyszał ryk gardeł wiwatujących na jego cześć. A może to było tylko w jego głowie, a może to tylko takie marzenia. Bo na dobra sprawę to mijający go ludzie nawet nie zwrócili na niego uwagi. Wtedy dostrzegał swoja małość, której się tak wstydził, że nigdy na temat swojej małości z nikim nie rozmawiał. Chociaż często miewał takie pragnienia, by choć trochę tą małością obdarzyć stojącego obok, to tak się dziwnie składało, że akurat wtedy ten ktoś miał coś ważnego do załatwienia w innym miejscu. Pozostawał wówczas sam z sobą klnąc na siebie. Czasami niewidzialna ręka klepała go po ramieniu chwaląc za ostatnie zwycięstwo. Często zamyśliwszy się przy swoim biurku nie słyszał rozmówcy ze staromodnego telefonu, który dostał kiedyś na urodziny od żony. Telefon ten, jako aparat z początków ubiegłego wieku miał mu przypominać, że już kiedyś podstawą łączności miedzy ludźmi była rozmowa – a gdy było jej brak – milkły wszelkie wzajemne kontakty. Tak więc, podstawą wzajemnego bytu była rozmowa. I nie ważne o czym ona była, ale wymieniała jakieś informacje, poglądy, które kształtowały wzajemne relacje między ludźmi. I była albo wojna, albo pokój, a najczęściej rozejm. Trudność z jaką przyszło mu się zmierzyć, z przestawianiem z komentatora sportowego na komentatora wydarzeń, których sprawcami byli różni ludzie, było jak stąpanie po grząskim gruncie bez możliwości oparcia się na czymkolwiek. Ileż to razy zdarzenia z listów, czy telefonów były tak niezrozumiałe, że on, - już dojrzały facet, musiał się konsultować z kolegami z za biurka. Jak on mało wiedział do tej pory o życiu. Jego ustabilizowana sytuacja rodzinna i w pracy, jak ciężka kotara zasłaniała pełne spojrzenie na to co się wokoło niego działo. W ubiegłym tygodniu do redakcji wpłynął list od samotnej starszej kobiety – tak się przedstawiła, jeżeli sześćdziesiąt lat – to starsza - która chciała opowiedzieć o swojej kilkuletniej walce z tak zwaną sprawiedliwością. Nie miała to być spowiedź połączona z wyznaniem grzechów, z tym poszłaby do księdza, ale miała to być opowieść o tym, jak każdego dnia dłuto życia rzeźbiło nową rysę na jej osobowość. Jaki ona miała wpływ na to co się działo, a na co nie miała żadnego wpływu. Może to będzie banalna historia jak miliony innych, a może nie i właśnie dlatego, ze taka nieznana - to może być ciekawa. Skąd on wie, że ta jej historia może być banalną? Nie wie. Może warto posłuchać...? Dzisiaj naczelny postanowił podjąć decyzję co z tą sprawą zrobi. Już sam fakt, że jej listu nie wrzucił do kosza, jak z innymi bywało, Karol uznał to za przeznaczenie i dobry omen. Karolowi pozostało tylko uzgodnić szczegóły spotkania i ... Długo nie mogli uzgodnić dogodnego terminu, co też potęgowało w Karolu rosnącą ciekawość. Co ta baba sobie myśli, tak go zwodzić? Niby chce, a niby nie ma kiedy. Piętrzące się trudności zaczęły negatywnie odbijać się na całym tym przedsięwzięciu. Razem z szefem zaczęli się zastanawiać, czy to nie blef ta cała niby ciekawa historia jakiejś tam baby, która w kilku chwilach zapragnęła być ważna. Ciekawe na co liczyła pisząc do niego o sobie. Ile w tym jej pisaniu było prawdy, a ile konfabulacji. Na tym etapie nikt nie potrafił ocenić, ale nie ulegało wątpliwości, ze jeżeli to co ona pisze - choć w połowie jest prawda, to miało babsko - przepraszam za to babsko – pomyślał – miała, a może i nadal ma zasrane życie. Chociaż wiek jej nie był w tej sprawie taki istotny to przyznać musiał, że nie był tak całkiem bez znaczenia. Im więcej lat, tym większa nadzieja na ciekawsze przeżycia. A może to niby niezwykła kobieta – tu okazał poprawność myślenia o tej nieznajomej, - pragnie na nim, bo może nie tylko na nim, bo może nie tylko na nim, ale i na jego szefie wzbudzić ciekawość zgoła z innego powodu, którego jeszcze nie znali? Zamierzali niezwłocznie to uczynić. Takie i podobne myśli nie opuszczały go ani na chwilę. Szef powątpiewał już w realizacji tego przedsięwzięcia, ale komplikacje jakie pojawiły się co rusz, zamiast wyciszać w ich głowach takie działania podawały pożywkę na której coraz szybciej rosło zaciekawienie, już nie tylko tą kobietą, ale sprawa a może i sprawami jakie miała im szerzej opowiedzieć. Ale co właściwie ona sobie myśli? – dlaczego traktuje ich jak chłopaczków z piaskownicy, którym miałaby nasypać piasku do wiadereczek? A może dać sobie z tym wszystkim spokój? Już miał wpisany w komputerze list do niej, że z uwagi na trudności w realizacji tego przedsięwzięcia bardzo jej dziękują za nieudaną współpracę, ale z uwagi na uciekający czas, mają ważniejsze sprawy na głowie. Nie do końca to było prawdą, ale jak zakładali, przyczyny dla których ona również odkładała to spotkanie, też wydawały im się nieprawdziwe. Dalsza zabawa w kotka i myszkę robiła się nieznośna, a rola kotów zaczynała się im nudzić. Karol zorientował się, że stał się narzędziem w ręku szefa, chcącego za wszelka cenę doprowadzić do konfrontacji rzeczywistości z nieznanymi problemami jakiejś tam kobiety. Finezyjna gra słów wypowiadanych do telefonu brzmiała tak zwodniczo, jakby już niebawem spotkanie miało dojść do skutku. Zarówno Karol, jak też i szef nawet nie mogli założyć jaka wielkość czasowo-przestrzenna może zająć taka rozmowa i od kilku dni mieli w zanadrzu część szpalty pozostawionej na ten cel. Chociażby na krótka wzmiankę, albo na zapowiedź czegoś cyklicznego. A, że nowo powstały dział, którego szefem został od niedawna Karol, wymagał jakiejś błyskotki dla czytelników, bo tylko wydarzenia sensacyjne mogły takimi być – nie mogli tak łatwo tą sprawę odpuścić. A jak się ona okaże lipą, zwykła pieprzoną lipą, to co? Wkurzał się Karol, a jak babsko bawi się nimi jak żołnierzykami ołowianymi – przestawiając ich z pozycji na pozycję, a jak to ona, a nie oni układa plany bitew?, do czego to wszystko doprowadzi. Każdy dźwięk telefonu na jego biurku powodował wzrost ciśnienia adrenaliny. Co za cholerne babsko – teraz już wyraźnie podenerwowany mówiąc do siebie, zaczął rzucać kartkami po biurku. Od kilku dni milczy wyświetlony numer aparatu z którego ona dzwoni wskazuje na telefon znajdujący się w holu urzędu, do którego bez wyraźnej potrzeby raczej się nie wchodzi. To holl miejscowego sądu. Tak, że te dociekanie identyfikacyjne jej miejsca pobytu nie dały pewności co do rzeczywistych intencji rozmówczyni. Zarówno w dwóch swoich listach, jak też i kilku rozmowach telefonicznych dużo opowiadała o tym co ma im a właściwie to jemu powiedzieć, ale były to tak poszarpane informacje, że trudno byłoby z nich sklecić logiczną całość. Spryciula albo niekontrolowana gaduła. Jedno jest pewne, pewne jak to, że ma problemy ze organami sprawiedliwości, że on ją słyszy, czyta jej listy, że taka osoba istnieje, oddycha, je, i robi te wszystkie rzeczy co takie stworzenie w takich przypadkach robi, - podtrzymuje wiarę, że prędzej, czy później do takiego spotkania dojdzie, bo dojść musi. Przecież kot nie bawi się z myszą dla samej zabawy, ale, żeby ją złapać i... może to ona chce go ... Myśląc „go” miał na uwadze redakcję i ten cały tak głośno zapowiadany dział, w którym on teraz kieruje z którego miał stworzyć coś co miałoby zwiększyć krąg czytelników. Już były chwile, że sądzili, czy ktoś na starcie nie rzuca im minę przeciwpiechotną mogącą rozerwać jego i tą całą redakcję na strzępy. Ale była by wówczas zabawa, ze pożal się Boże. Ich pozycja na rynku choć była stabilna, - nic nie zagrażało pozostałym działom, ale były momenty, że sadzili, że komuś zależy by tego działu nie było, albo ktoś chce całe to przedsięwzięcie ośmieszyć i zniweczyć tak precyzyjnie, misternie układany plan wzrostu poczytności, a co za tym idzie zwiększenie zysków. Nikt się nie spodziewał, ze taka zwykła a zarazem niezwykła kobieta wprowadzi tyle zamętu w ich plany redakcyjne i w nich bezpośrednio. To nie jest zwykłe ohydne babsko bawiące się ich kosztem Za tym musi się kryć coś więcej, albo ktoś więcej. Tylko co i kto? Trzymanie do tej pory w ścisłej tajemnicy całe te perypetie przed resztą pracowników redakcji zatrzymały tu i ówdzie ewentualna przecieki. Siedząc kiedyś w ubikacji Karol podsłyszał rozmowę przebywających tam innych pracowników, że dział kontaktów z czytelnikami ma jakieś problemy z jakąś czytelniczka, czy organizacją bliżej nieokreślonej profesji. Tajemniczość sytuacji to jedno, a rozwiązanie tej tajemnicy to drugie. Jedno i drugie na tym etapie zaczynało być uciążliwe i coraz bardziej kłopotliwe. Były dni kiedy ta kobieta dzwoniła z innych telefonów, ale zawsze były one dziwnie połączone z miejscami gdzie albo ściga się różnych przestępców, albo wręcz wydaje się na nich wyroki. Tylko jeden telefon pochodził z budki telefonicznej stojącej przed miejscowym probostwem, to wystarczyło by zmylić pogoń i zając znów uciekł z linii celowniczej. W międzyczasie Karol krok po kroku rozszerzał zasięg problemów pasujących do tego działu. Pojawiły się inne, również ciekawe, a zarazem bulwersujące sprawy pokrzywdzonych ludzi. Krzywdy o których tak często pisali, czy też zwierzali się bezpośrednio, które wyrządził im zwykły inny człowiek lub zwykły urząd, z którym stając do walki – na samym starcie byli przegrani, a przynajmniej tak się czuli. Nie mogli zrozumieć w czym oni są tacy niezwykli, że nie mogą poradzić sobie ze „zwykłymi”. Na czym polega ta niby zwykłość urzędu, który to ma być dla zwykłych ludzi, a ci zwykli nie rozumieją działań zwykłego urzędu. Kto jest dla kogo, ta codzienna biurokratyczna przepychanka zawsze zależy od punktu patrzenia, czy siedzenia. Gdyby nie dział Karola, a właściwie to chyba tylko dzięki Karolowi, wiele niezwykłych na pierwszy rzut oka spraw, stawały się najzwyklejszymi, że aż wstyd mu było, że ludzie, tak samo z wyższym wykształceniem jak on, mogą być tacy głupi i życiowo zniedołężniałymi, że nadawali by się pod bezpośredni nadzór opieki społecznej, by tam pod okiem wykwalifikowanego terapeuty poddać się odpowiednim zajęciom przewidzianymi dla osób opóźnionych w rozwoju, a nie zajmować zwyczajne urzędnicze krzesło. Celowo nie używał nazwy fotel, bo to określenie pozostawił dla kierujących tymi gamoniami. W

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%