Psychologia · 3 min czytania
Kruki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miasto spowiły ciemne chmury, zbierało się na deszcz. Jesienny nastrój...czarne kruki unosiły się nad głowami przechodniów. Każdy z nich gdzieś podążał, gdzieś gonił...leciał w nieznane. Ludzie na ulicach miasta jak kruki, gonili za czymś nieopisanym. To wpadali na siebie, to popychali się, jeden nie zauważał drugiego. Wszyscy z pozoru inni w głębi ducha tacy sami. Dla postronnego obserwatora mogło to przypominać scenę dreszczowca – ludzie pędzący w różne strony, a nad ich głowami setki, a może i tysiące czarnych ptaków. Jednak, tenże obserwator, po dłuższej chwili zadumania, ruszał wprzód. Sam stawał się krukiem mimo, że kilka chwil wcześniej widział wszystko inaczej. Widział bezsens wędrówki, widział głowy ludzkie. W każdej z nich gasły emocje. Widział maski, które każdy przechodzień założył, by ukryć w nim to co najszczersze. Pochłonięty tymi rozmyśleniami ruszył wprzód i sam przyodział tą samą maskę, maskę bez wyrazu. Każdy maskę posiadł. Wbrew pozorom zadowolenie, które wielu przejawiało było jedynie maską. Taką, której założenie powodowało palący ogień wewnątrz. Nie baczą na konsekwencje, ważne jest jedynie to co jest na zewnątrz. Środek umiera...a kruki krążyły nad głowami niczym sępy nad…