Fantasy · 31 min czytania
Krwawy Księżyc rdz. 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- NIEEEE!!! - Przeraźliwy krzyk rozbrzmiał w moich uszach. - Błagam, nie zabijaj nas! Zostaw nas w spokoju! Odejdź! - Znów ktoś desperacko wrzeszczał.. Nie wiem, jakim cudem, ale stałem w swoim... rodzinnym domu! Słyszałem krzyki zawodzące o litość, więc począłem podążać za donośnym głosem. Krzyk doprowadził mnie do drzwi, które były zakneblowane. Jeden mocny kopniak podziałał doskonale. - Aaaaaaa!!! - Wykrzyknąłem wbrew własnej woli. Mój salon był zdemolowany, zaś moi rodzice... leżeli na ziemi! Martwi! Cali umazani krwią! W mętnym powietrzu unosiła się śmierć. Widok moich niedawno zmarłych rodziców sprawił, iż poczułem nienawiść do całego świata, która nie znała granic. Strzał! Wystrzał z broni otrząsnął mnie. Ujrzałem postać w czarnym płaszczu. Jej srebrne włosy falowały w powietrzu. Z ust postaci wydobył się szaleńczy, zimny śmiech, za sprawą którego przeszył mnie lodowaty dreszcz. Następny wystrzał. Mroczna postać mordowała moich rodziców z uśmiechem na twarzy. Kule masakrowały ciała moich opiekunów, a postać nadal przeraźliwie się śmiała. Bez namysłu i z żądzą krwi w oczach rzuciłem się na ów postać, lecz jednak ona zrobiła unik, pochwyciła mnie za szyję i poczęła dusić. Morderca nadal się śmiał. Czułem, że umieram. Nie ujrzałem twarzy mordercy moich rodziców, ponieważ jej twarz była skryta pod kapturem, a okulary przeciw słoneczne skrywały oczy szaleńca. - To najprostsze zadanie, jakie przyszło mi w życiu wykonać. - Szepnęła mi postać do ucha, po czym mocniej zacisnęła rękę na moim karku, jeszcze raz przeraźliwie się zaśmiała, i... - Maks! Maks! Obudź się! - Tym razem zabrzmiał w moich uszach przerażony krzyk kobiety. To był tylko sen. Nie byłem w swoim rodzinnym domu, lecz jedynie miotałem się po podłodze w swoim apartamencie. Krople zimnego potu, niczym srebrzysta pajęczyna, spowijały całą moją twarz, a przy tym trzęsłem się jak osika. - Spokojnie, to był tylko sen, to był jedynie koszmar. - Powiedziała troskliwym głosem, jak się po chwili okazało, Luna. Nadal roztrzęsiony podniosłem się z podłogi i rzuciłem na łóżko. Tak, Luna miała rację - to był tylko cholerny sen. Wstrząs doznany w moim śnie, stopniowo mijał. Gdy przeminął, Luna niepewnie zapytała mnie: - Maks, co ci się śniło? Przez jakiś czas namyślałem się, czy powiedzieć Lunie prawdę, czy nie, lecz zdałem sobie sprawę z tego, iż znów zaglądnie do moich myśli, więc powiedziałem, wbijając wzrok w podłogę: - Ujrzałem na jawie śmierć moich rodziców. Moje słowa zaniepokoiły Lunę. Gdy podniosłem wzrok na wysokość jej oczu, poczęła wpatrywać się w ich głąb, lecz ja znów spuściłem wzrok, więc Luna ponownie niepewnie zapytała mnie: - Czy... Czy ujrzałeś twarz mordercy? - Nie, niestety, drań miał kaptur i okulary przeciw słoneczne. - Odparłem. Luna głośno westchnęła. Nie wiedziałem, ani nie domyślałem się, skąd u niej taka nagła zmiana nastrojów. - U ciebie już wszystko ok, Maks? - Nagle, jak to czasami robi, zapytała. - Myślę, że tak. - Odparłem. Luna uśmiechnęła się, po czym powiedziała: - Świetnie. Miotałeś się po podłodze przez kilka minut, a ja tymczasem cholernie się o ciebie martwiłam. Za te słowa obdarzyłem swoją wampirzą matkę szerokim uśmiechem. - Jeśli już dostatecznie się uspokoiłeś, wysłuchaj mnie uważnie, masz pewne zadanie do wykonania. - Rzekła. - Jakie? - Zapytałem podniecony. Odkąd nastąpiło moje wtajemniczenie w świat mroku, nie spotkało mnie nic ekscytującego, prócz spotkania w Draco Hole. - Udasz się do mej przyjaciółki, Lex. Zapozna cię ona z bronią, którą dysponujemy w walce z Lupinami. - Odparła Luna. - A oto i adres miejsca, w które masz się udać. - Dodała po chwili, wyciągając z kieszeni zmiętą kartkę. Uważnie przeczytałem adres, po czym schowałem kartkę do kieszeni, i powiedziałem: - Dobrze, postaram trafić się tam jak najszybciej. - O.K., idź już. - Rzekła. - Do zobaczenia. - Powiedziałem na pożegnanie. Luna nic nie odprała, lecz jedynie lekko się uśmiechnęła, po czym weszła do swego pokoju. Wyszedłem z naszego tymczasowego mieszkania i ruszyłem przed siebie. Gdy dosyć daleko oddaliłem się od swego apartamentu, zdałem sobie sprawę, iż zabłądziłem. Rozglądnąłem się dookoła. Po korytarzach nie przechadzała się ani jedna osoba, więc wielce się zaniepokoiłem. Willa jest ogromna, zapewne posiada wiele korytarzy i pomieszczeń, a ja przebywam w niej dopiero pierwszy raz! Zacząłem gorączkowo myśleć, jakim sposobem mógłbym wydostać się z tego przeklętego budynku. Nagle usłyszałem kroki. Dźwięk odbijał się od ścian, a sprawca owego odgłosu był coraz bliżej. Zza rogu wyłoniła się postać w czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu. Rozpoznałem, iż ową postacią jest Gabriel, członek Rady Czterech. - Witaj panie. - Powiedziałem, kłaniając się przed nim. - Witaj Maksymilianie. - Rzekł Gabriel. - Proszę cię, zwracaj się do mnie po imieniu i nie kłaniaj się prze demną. - Powiedział na wstępie. - Na rozkaz, Gabrielu. - Przemówiłem, uśmiechając się. - Zapewne zabłądziłeś. Czyż nie mam racji? - Rzekł po chwili Gabriel. - Owszem, masz ją. - Powiedziałem.- Więc mam do ciebie prośbę; czy mógłbyś wskazać mi wyjście? - Zapytałem. - Jasne, chodź za mną. - Odparł Gabriel, z uśmiechem na twarzy. Prowadził mnie przez szerokie korytarze, zaś willa stopniowo budziła się, aby spędzić jeszcze jedną noc w swym nieśmiertelnym życiu. Dotarcie do wyjścia upłynęło nam na ożywionej rozmowie o Lupinach. Z początku mało o nich wiedziałem, lecz teraz dowiedziałem się, iż mogą kontrolować swą przemianę w bestię, i mogą zmieniać się w nią kiedy chcą, lecz jedynie podczas pełni księżyca nie umieją zapanować nad ich dziką naturą. Dowiedziałem się również, iż Lupini mogą przybierać kilka form bestii. Tymi formami są: Homid*, Glabro**, Crinos***, Hispo**** i Lupus*****. Po bliższym zapoznaniu się z Gabrielem, stwierdziłem, iż jest z niego równy gość. Gdy byliśmy przy wyjściu, rzekłem: - Serdzeczne dzięki za wskazanie mi drogi. - Nie ma sprawy, wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną i musimy pomagać sobie nawzajem, a zapewne nie ty pierwszy i nie ostatni zbłądziłeś w Willi Salazara. - Wyrecytował Gabriel. - Więc do zobaczenia, i jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko. - Ponownie powiedziałem. - Do zobaczenia. - Pożegnał mnie. Z chmur, podobnie jak owej nocy, gdy miało miejsce spotkanie w Wężowej Dziurze, sączyły się krople deszczu. Dostrzegłem również księżyc w pełni, otulony chmurami. - Cześć. - W moich uszach zabrzmiał wesoły głos młodej kobiety. Odwróciłem się na pięcie i dostrzegłem kobietę mniej więcej równego wzrostu jak mój, z pięknymi, błękitnymi oczyma i brązowymi włosami. - Witaj. - Przywitałem ów osobę. - Nazywam się Hagne, i mam za zadanie bezpiecznie cię eksportować, gdzie tylko zechcesz. - Rzekła. - Mam na imię Maks. - Powiedziałem. - A to adres, pod który niezwłocznie muszę się udać. - Ponownie powiedziałem, wyciągając kartkę z adresem. Hagne uważnie odczytała adres z kartki, po czym powiedziała: - Dobra, możesz na mnie liczyć. Ruszyła ku północy. Po chwili dotarliśmy na parking, na którym zaparkowane było wiele pięknych samochodów. Hagne zajęło sporo czasu, nim odnalazła swój, w morzu innych. W końcu zatrzymała się przed granatowym Renault Megan, po czym nakazała gestem, abym do niego wsiadł. Przekręciła kluczyk w stacyjce i skierowała wóz ku drodze prowdzącej przez las. Po chwili ciszy, przerywanej jedynie kroplami deszczu obijającymi się o szyby samochodu, zagadnąłem Hagne: - Czy tak jak ja, jesteś Kainitką? Hagne uśmiechnęła się, po czym powiedziała: - Nie, jak na razie, nie. - Więc kim jesteś, jeśli nie wampirzycą? - Jeszcze raz zapytałem. Hagne ponownie uśmiechnęła się, i rzekła: - Jestem na usługach klanu Dracon. - Aha, więc jest Ghoulem. - Pomyślałem, bez obawy, iż kolejna osoba spenetruje moje myśli. Po kilkunastu minutach, Hagne zatrzymała Renault przed bramą dworku, podobnego do tego w Krakowie. Wysiedliśmy, a Ghoul kilkakrotnie wcisnął dzwonek. Po jakimś czasie marznięcia na deszczu, w małym monitorku umieszczonym nad dzwonkiem ukazała się twarz młodej kobiety, o niesamowicie zielonych oczach i złoscistych włosach, niczym promienie słońca prześwitujące w lesie rozłożyste gałęzie. - Dobry wieczór, pani. - Powiedziała Hagne, lekko się kłaniając. - Witaj Hagne. - Rzekła słodkim głosem. - Widzę, iż przyprowadziłaś podopiecznego Luny. - Dodała po chwili, a jej wzrok spoczął na mnie. - Cześć. - Powiedziałem, spoglądając jej prosto w oczy. - Hey, Maks. - Rzekła. - Śmiało, wejdź, czeka nas sporo pracy. - Dodała. Brama otworzyła się, a owa nieznajoma rzekła do Hagne: - Przyjedź po niego około trzeciej. - Oczywiście, pani. - Powiedziała. Nawet nie ciekawiło mnie to, skąd ona zna moje imię. Zapewne kolejna osoba spenetrowała moje myśli. Ale moje domysły nie musiały być trafne; przecież nie wszyscy Kainici umieją czytać w myślach. Gdy doszedłem do głównego wejścia, drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazała się ta sama osoba, którą ujrzałem w monitorze. - Mam na imię Lex, i ode mnie dowiesz się, jaką bronią dysponujemy w walce z Garou, oraz jak zrobić z niej najlepszy pożytek. - Powiedziała nowo poznana osoba. - Dobra, już nie mogę się doczekać. - Rzekłem, uśmiechając się. Lex zaprosiła mnie gestem do wnętrza dworku. Dworek, jak wszystkie inne posiadłości klanu, obfitował w przenajróżniejsze ozdoby. Po jakimś czasie moja "nauczycielka" zatrzymała się przed metalowymi drzwiami. Wystukała sześcio cyfrowy kod dostępu, przyłożyła oko do specjalnego przyrządu sprawdzenia właściwej siatkówki oka, wprowadzonej do komputera, przejechała kartą magnetyczną po jej specjalnym czytniku i przemówiła "Lex", po czym drzwi nareszcie się otworzyły. Poczęliśmy schodzić po żelaznych schodach. W końcu stanęliśmy przed następnymi, metalowymi drzwiami, które pchnęła Lex, bez wymogów wprowadzenia udostępnień. Znaleźliśmy sie w pomieszczeniu o metalowych ścianach, zapewne pod ziemią. Naprzeciwko nas widniał stół, za którym zasiadał mężczyzna o ciemno-białej karnacji skóry, z wysokim czołem i bystrym wzrokiem. - Dobry wieczór, Quintusie. - Rzekła Sellena do ów człowieka. - Witaj. - Odwzajemnił Quintus. - Masz na zbyciu jakąś wolną strzelnicę? - Zapytała po chwili Lex. - Hmm... Zobaczmy... - Począł zastanawiać się Quintus. - Aha! - Powiedział po chwili. - Strzelnica numer pięć jest wolna. - Ponownie powiedział. - Życzę miłej zabawy. - Dodał, a jego twarz spowił lekki uśmiech. - Dzięki. - Rzekła Lex, po czym skierowała się ku następnym drzwiom, tym razem wykonanym z dębowego drewna. Znaleźliśmy się na korytarzu z szeregiem drzwi, na których górnych częściach widniały złote cyfry. Z każdej strony można usłyszeć było stłumione strzały. Lex skierowała się ku przydzielonej nam strzelnicy. Po kilkunastu sekundach znaleźliśmy się przed drzwiami, na których wdniała złota piątka. Gdy weszliśmy do środka, ujrzałem kilka tzw. pozycji strzeleckich. Na jednej ścianie zawieszone było mnóstwo broni, poczynając od małej Berrety, a kończąć na karabinie snajperskim, takim jak np. Drugonov. - Znajdujemy się w jednej z naszych strzelnic. - Przemówiła nagle Lex. - A teraz słuchaj: - Ponownie przemowiła. - Wszystkie klany zrzeszające Kainitów, czy to klany niezależne, czy to klany Camarilli, czy też Sabatu, nie dokładają aż tak wielkich starań i poświęceń w walce z Lupinami, jak my. - W tym miejscu zrobiła chwilę przerwy. - Zazwyczaj używają one w walce z nimi srebrnych kul. Ale naukowcy z naszego klanu skonstruowali amunicję, która zawiera azotan srerbra, i z której jeden strzał potrafi natychmiast powalić danego Garou - Zaczerpnęła powietrza. - I to by było na tyle na temat naszej amunicji i sposobów walki z Lupinami, teraz przejdźmy do praktyki. - Powiedziała, a ostatnie zdanie wypowiedziała z lekkim uśmieszkiem. Następne sekundy, minuty i godziny spędziłem na żmudnej pracy nad obsługą, celnością i nad jak najlepszym zastosowaniem broni. Wydawało się, iż czas nie ruszał się z miejsca. Lex wycisnęła ze mnie wszelkie siły. Gdy po raz pierwszy od mojego przybycia na dworek spojrzałem na zegarek, spostrzegłem, iż za kilkanaście minut przyjedzie po mnie Hagne. - O, widzę, że mamy jeszcze kilka chwil. - Przemówiła Lex. - Więc daję ci teraz chwilę czasu na odpoczynek. - Dodała z lekkim uśmiechem. - Wielkie dzięki, myślałem, iż już nigdy nie zaznam chwili wytchnienia. - Powiedziałem. - O.K., rozgość się. Muszę na chwilę zostawić cię samego, zaraz wracam. - Rzekła Lex, po czym wyszła z pomieszczenia. Poszedłem za jej radą i usadowiłem się na jednym z stalowych krzeseł, dostawionych do metalowego stołu znajdującego na przeciwległym końcu strzelnicy. Po kilku minutach odpoczynku, drzwi do strzelnicy otworzyły się, a w nich ujrzałem Lex z dwoma kielichami, w których falowała krwisto-czerwona ciecz. - Proszę, to cię postawi na nogi. - Powiedziała moja nauczycielka, podając mi jeden z kielichów i siadając na drugim krześle. - Wielkie dzięki. - Powiedziałem, spogladając w głąb jej oczu. Przyłożyłem kielich do mych ust i począłem dużymi łykami pić jego zawartość. To samo uczucie znów zagościło w mym ciele - nabierałem sił i energii, czułem chcęć do dalszego życia, czułem również, jak przez moje żyły przepływa niedawno skonsumowana przeze mnie krew. Po wypiciu krwisto-czerwonego płynu spojrzałem na Lex. Ona także spożyła krew, i również na mnie spoglądała, swymi zielnonymi oczyma. Z początku nie zwracałem uwagi na to, iż jej kolor włosów jest inny, niż u reszty członków klanu Dracon, lecz teraz ten fakt zupełnie mnie zdziwił. - Jeszcze raz dzięki za krew. - Podziękowałem. - Ale czy mógłbym cię o coś zapytać? - Zapytałem po chwili ciszy. - Śmiało, wal. - Powiedziała Lex, a jej usta spowił lekki uśmiech. - Dlaczego, inaczej niż reszta członków klanu, nie masz srebrnych włosów? - Ponownie zapytałem. Lex uśmiechnęła się, po czym zapytała, z nutką zdziwienia i niedowierzenia w głosie: - Luna nie powiedziała ci, że członkowie Draconu nie muszą posiadać jako znak rozpoznawczy srebrnych włosów? - Nie, nic innego prócz tego, iż wszyscy klanowicze mają srebrne włosy, nie mówiła. - Odparłem. - Więc wiedz, iż członkowie naszego klanu, jako znak rozpoznawczy posiadają nie tylko srebrne włosy, lecz co niektórzy - tak jak w moim przypadku - jadowicie zielone oczy. - Rzekła Lex, tym razem z dosłyszalną drwiną w głosie. Nie domyśałem się, dlaczego Luna mi o tym nie powiedziała. Ale mniejsza z tym. Teraz zapanowała chwila głuchej ciszy, a ja i Lex nadal spoglądaliśmy sobie prosto w oczy. - Świetnie się spisałeś. - Lex przerwała ciszę. - Naprawdę, jak na Nowego, jesteś świetny w obsłudze naszej broni. - Dodała. - Pochlebiasz mi. - Powiedziałem, szeroko się uśmiechając. - Jak na Nowego, jesteś też bardzo przystojny. - Powiedziała po chwili moja nauczycielka, lekko przekrzywiając głowę, i błogo się uśmiechając. - Dzięki... - Powiedziałem zmieszany. - Nie wiem, czy będzie to poprawne, co mam zamiar zrobić. - Rzekła Lex. - A co to takiego? - Zapytałem, tym razem zaskoczony. Lex na chwilę wbiła swój wzrok gdzieś w podłogę, lecz po chwili podniosła go na wysokość mojego, po czym jeszcze raz się uśmiechnęła, i powiedziała: - Sensuel baiser de toi*. Gdy te słowa dotarły do mnie, poczułem się jak w raju. Na strzelnicy