Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 24 min czytania

Krwisty befsztyk

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ziemska kula, Terra, inter Venerem et Martem, okazalsza od pomidora mieszanina różnych mikstur, owłosiona drzewiastym pomiotem i pędzącymi wkoło boiska skrzeczącymi skrzatami, trupą tresowanych piesków rżnących się w centrum areny.

Horrendalne, galaktyczne monady odchodów, które niewyczerpana pula cyklicznych procesów przepasuje przez cycki. Stężenie światła na jej powierzchni regularnie wzrasta i opada. Trudne jest zrelacjonowanie tego Istocie nie znającej tych dwóch pojęć, szlachetnej, bezcielesnej Istocie nie żyjącej w naszym wszechświecie, ponieważ mierzenie czasu bez odniesienia do światła jest równie bezsensowne, co pomiar światła bez odniesienia do czasu. Możemy tłumaczyć przez długie, zimowe wieczory bez żadnych szans na zrozumienie, oczywiście zakładając, że Istota zna pojęcia zwiększania i zmniejszania, że relacja bycia większym i mniejszym ma zastosowanie w tamtym kosmosie.

Stężenie światła wzrasta i opada, temperatura natomiast balansuje w granicach kilkudziesięciu jednostek, których sto stanowi różnicę pomiędzy przechodzeniem w stan stały i lotny najbardziej wartościowej substancji. Definicję temperatury pomijam, zresztą nie umiałbym jej bezbłędnie wyrecytować, pan profesor zażenowany, ani jeden elementarz nie zmieści się w teczce z koziej skóry, trzymającej akcesoria używane w biurze. Powiem tylko krótko, że za stwierdzeniem ciepła, kryje się fakt, że stan układu termodynamicznego jest korzystny dla ciała istoty ludzkiej.

I cały ten zbiór zależności, pałac z drewnianych klocków, nieusuwalnych bez zniszczenia kompletu, pałac, w którym widzimy zaledwie otoczenie własnej komnaty i przypadkowo wybrane fragmenty muru, jest przez starą sprzedawczynię owoców codziennie bagatelizowany.

Dorabia sobie tutaj, odkąd sięga dym wspomnienia, kiedy przyszedłem na rozmowę kwalifikacyjną, przebierała pomarszczonymi dłońmi pomarańcze i cytryny, sprawdzając spiczastymi pazurami twardość pomidorów, a jestem pewien, że nigdy nie przeprowadziła tak logicznego ciągu myślowego, jak moja skromna osoba przy Porannym Przejściu Przez Pasy. Moja skromna osoba, cóż za wspaniałe i dostojne określenie, rzeczywiście mam problemy z psychiką. Ale umiem udawać nawet przed własną żoną, naiwną kaczką sądzącą, że nerwowe spacery z księżycem wynikają jedynie z inklinacji do blasku świerszczy.

Podchodząc do znienawidzonych a priori, obleśnych i oblepionych marmoladą drzwi biura, nie mogłem nie zwrócić uwagi na brak tytoniowych niewolników przed wejściem. Kuriozalne spostrzeżenie, zawsze porządnie nikotynizowałem się w trakcie przechodzenia pomiędzy tym stadem potomków małp, a teraz zero. Brakowało nawet blond-sekretarki Hapichonne, nie robiącej właściwie nic poza zatruwaniem środowiska wyziewem z chorych płuc ukrytych pod olbrzymimi, krowimi cycami. Przez całe życie nie zastałem jej przy wykonywaniu czynności, która mogłaby chociaż przypominać próbę symulowania pracy w gabinecie.

Poruszając skrzypiące drzwi z marmoladą (czy one zawsze tak skrzypią, czy tylko dziś?) oczekiwałem nagłego skupiska dźwięków, przepływu informacji między personelem. Ale komitet powitalny stanowił bezgłos, złowieszcza cisza, przypominająca szpitalne noce, gdy najmniejszy szmer straszy płaczące, kalekie dzieci spłodzone w pijanym widzie. Po raz kolejny uwaga skupia się na temacie pobocznym, ciekawe, jaki sens ma praca zbieracza pomidorów? Czy zdaje sobie sprawę z tego, z jakim brakiem szacunku do jego wysiłku podchodzi moja córka, wyrzucając uwodzicielsko pomidory z tarasu w stronę zabłoconych robotników z łopatą? Finito, gdzie moi współpracownicy?

Cóż, może dziewiczym trafem zaczęli punktualnie, może po raz pierwszy moje spóźnienie będzie wyjątkowe i będzie rzetelnym spóźnieniem, a nie początkiem działań wraz z innymi kilkanaście minut po gongu. Możliwe, że naprawdę zasiedli przy stoliku, opracowując projekt budowy belkowego mostu łączącego obie strony jeziora Vera. Właściwie nie przesiąkłem tą sytuacją, zupełnie nie wiem, którą maskę założyć w trakcie wejścia do środka. Czy oficjalnie przeprosić i wystawić się tym samym na pośmiewisko wobec teoretyków z atelier czy wejść tam po świńsku i głośno beknąć, po czym szelmowsko trzasnąć drzwiami i kopniakiem zrzucić pannę Christine z krzesła? Położyć kres urywanym rozmowom i tajemniczym spoglądaniem na twarze, gdy mknę z wolna w stronę szmerów?

Delikatnie zbliżałem się do Magistratu Mostów, próbując kompletnie nie zwracać uwagi na kapiące krople deszczu, przedostające się dzięki dziurawym kaflom w suficie. Mijałem je dyskretnie krokiem królewny kąpiącej się w wannie gorącej wody, planując hipotetyczne ustawienia miednicy pod hydraulicznymi świniami, bo przecież ktoś się tu, kurwa, przewróci.

Gwałtowne, szybkie pociągnięcie za klamkę nie przyniosło wymiernych rezultatów. Zamek prezentował okazałą zamkniętość form, dusząc w swym basenie pływaków próbujących dostać się do wewnątrz. Wraz z dźwiękiem cykadełka, rozchodzącym się równomiernie po ścianach korytarza, klarowano obraz bezcelowości szarpaniny z drzwiczkami, szarpaniny skazanej przecież na niepowodzenie w lesie japońskich zatrzasków antywłamaniowych.

Pochylony w pozie umykającego mordercy, poprawiłem odruchowo wyprasowany wczoraj z ponadprzeciętnym skupieniem kołnierzyk, by zajrzeć dociekliwie przez dziurkę od klucza. Prostokątne biurko, rząd filigranowych krzeseł i zwisające z żyrandola wełniane getry były jedynym istotami po drugiej stronie, urągliwie śmiejącymi się z zakłopotania malowanego moimi ruchami. Kokosowe lampy na czarnobiałym zdjęciu kurwiącej się modelki.

Zestaw gadających przedmiotów podsycił tylko żądzę poznania prawdy, chęć analizy przyczyn zjawiska zerującego liczbę szczurów w Magistracie Mostów. Uspokoiłem dłonie w kieszeni, splunąłem z wzgardą pod krzesło i rozpocząłem ruch po okręgu, którego centrum tworzyła zarżnięta bestialsko samica muchy. Stukot seledynowych pantofli, prezentu od Mamusi na czwartą rocznicę ślubu, jedyny kamrat na przestrzeni dalszych kilkuset jednostek czasu.

Zwiększałem stopniowo obwód okręgu, kołując i wymachując nogawką oplatającą się wkoło uda. Udziec barani, potrawa jakże smaczna, nawet babcia twierdziła, że jest to bardzo zdrowe, poprawia krążenie i zapewnia prawidłowy rozkład lipidów w ludzkim organizmie. Ile w tym prawdy, wie tylko doktor Ferenger, który od wielu lat systematycznie przepisuje babci chlorowodorek hydroksyzyny, ale skoro nawet przewrażliwiona psychika, nie dopuszczająca do produkcji żółtego sera, straszliwego ojca cholesterolu, przyzwalała na spożywanie baraniego udźca, świadczyć to może o niewielkiej destrukcji dokonywanej przez ten kawał mięsa.

W trakcie refleksji stałem naprzeciw gromady ogłoszeń, informujących o zmianie porządku działań niektórych sekcji, na ogół kosmetycznych, mojej załogi nie było na liście. Z braku odpowiednich zajęć kontemplowałem rozpaczliwą prośbę jednej z geodetek, błagającej o pomoc w szukaniu ukochanego kotka, który spierdolił przez otwarte okno. Wczytywałem się w każde słowo, potem w ogólną koncepcję całości, krytykując głośno stylistykę autorki, i znowu brzmienie wszystkich wyrazów użytych w tekście. Aby tylko zabić płodzony nadmiar czasu, aby nie zostać w kuchni z psychiką, tworzącą metody na wizualizację kruchości istnienia.

Gdy nauczyłem się już na pamięć, tak, uprzejmie proszę o pomoc w odnalezieniu futrzastej ślicznotki, położenie posadzki stopniowo traciło starą stabilność, grożąc nadejściem niebezpieczeństwa. Ruch po okręgu nie stymulował, ponownie wszedłem do pokoiku Hapichonne z krowimi cycami, i gdy powtórnie ujrzałem pusty gabinet, postanowiłem zajrzeć do wnętrza szufladek, podglądać sekretne pantofle sekretarki pantoflarza, uwielbiam wąchanie majtek siostry kolegi, delektowanie się wonią dziewictwa, nieświadomego śledzenia intrygujących kwestii.

Wysuwana poziomo półeczka nie zawierała ciekawych obiektów, prócz kolorowego wibratora ze zgrubieniem u samej nasady, na pewno nie własność Hapichonne, zbyt przywiązanej do Damskich Zwyczajów, na pewno zabawka tej geodetki z kiciusiem, o której dziełach szeptano w męskich kiblach podczas przerw na papierosa. Dziwka, nawet nie nosiła stanika.

W tym całym przeszukiwaniu tajemnic sekretariatu krążyło jedno pragnienie, pragnienie, by ktoś mnie przyłapał, by ktoś mnie schwytał na gorącym uczynku i spojrzał na mnie wzrokiem wzburzenia. Może nie lubię tych spojrzeń, przepływających i zmuszających do odwrócenia oblicza, ale przynajmniej za nimi kryje się człowiek, istota słaba rodzaju tego samego, którą pogardzam, a która jednak należy do potrzeb.

Ludzie uspokajają, ich bezdennie bzdurne dialogi sprowadzają do stabilnego stojaka, na którym bezpiecznie wisisz, nie troszcząc się zbytnio o prawidłowy rozkład nóg. Ludzie narzucają swój świat, rozmawiając z gdaczącymi gospodyniami w szlafrokach trafiasz prosto w krainę świeżego prania, taniego mięsa i najnowszego odcinka peruwiańskiej telenoweli. Mówisz coś, dodajesz coś od siebie, każdym zdaniem czynisz krok do środka, nie możesz uciec. Angażujesz uwagę, częste angażowanie uwagi na jednej dziupli podświadomie ciągnie w stronę drzewa.

Czasem to uprząż, ludzie wytrącają z krążących daleko myśli, nie pozwalają delektować się symfonią dźwięków silników samochodowych, nie pozwalają drażnić estetycznej łechtaczki odpowiednim doborem kolorów kwiatów. Ale strach jest ceną wyobraźni, gdy przechadzam się hebanowymi duktami, krew podejmuje spływanie po ścianach, dusząc mnie gęstością, zalewając i wyrywając z lewej ręki rosnące stropy barci.

Jesteśmy zmysłami, cokolwiek proboszcz pierdoli, jesteśmy stworzeni do odbierania świata za pomocą zmysłów. Kiedy przeżywamy najpiękniejsze sekundy? Gdy czujemy pod sobą miękkie, kobiece uda, słyszymy delikatne mruczenie, przed oczami paraduje falujący biust z nieodłącznie bombardującym nas zapachem feromonów, a wysuwając język, napotykamy wilgotną powierzchnię damskiej szyi. Chyboczące receptory karmione są świeżym pokarmem, połykają kolejne kęsy, delektując się nimi wraz z hormonem euforii, zawiadamiającym o swoim trwaniu, przytulającym zwierzę rozumne.

Rubaszny grubas, oblizujący się z zadowoleniem, przeobraża się w zaszczutego jelenia, tonącego z dzikim wzrokiem wśród pobliskich gąszczy. Bo teraz odłączasz impulsy z zewnątrz, niszczysz złudzenie lokalizacji, zabierasz pewność spod jego nóg. Momentalna utrata wszystkich zmysłów owocowałaby nieuleczalną paniką, przeraźliwym wyciem strachu między węzłami myśli. Sama świadomość, bez żadnych punktów oparcia, koszmar, który sprawia, że rano wyciskasz nad wanną zapoconą poduszkę. Świadomość bez zmysłów sprawia, że zostajemy sami ze swą wyobraźnią. A nasza wyobraźnia jest zła. Zawsze. Przypomnij sobie, jak szedłeś przez ciemny las w nocy.

Krańcowych przypadków nie doświadczyłem, układ sensoryczny funkcjonuje w granicach normy, ale jakakolwiek deprywacja wpływa niekorzystnie, pogrążając mnie w bagnistych zakrętach skupienia, wciągającego głębiej niż nakrętka od karafki wody, w której siedzi uwięziony słoń. Za dużo myśli.

Pragnąłem człowieka, robiłem w pokoju Hapichonne hałaśliwe uwagi na temat wystroju biura, kąsając z wściekłością wskazujące palce. Niech ktoś przyjdzie, ja już naprawdę nie mogę, samotność sprawia, że kręcący się młynek pomysłów wchodzi w rejony, które należy omijać, ale z których nie można już uciec, o ile nagła zmiana sytuacji nie sprawi, że nieświadomie o nich zapomnę.

Wybiegłem znów na korytarz, stukając najgłośniej butami, jakikolwiek dźwięk pomaga, stukanie się nasilało, wzbierało, wylewając za brzegi, chwila ulgi. Znów cisza. Zamknięty w kilkunastu kwadratowych metrach z trzymanymi w garści hałasami własnej roboty, bez szklanki wody, katapulty neurotyków do rzeczywistości.

Nie wiedziałem dlaczego, ale instynkt zaczął mówić mi, że to wszystko jest złe, puste…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Krwisty befsztyk — czytnik · opowiadania