fantastyka · 6 min czytania
Kryształowa kałuża
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stałem wtedy na brzegu skarpy, oparty o zgarbioną sosnę, kiedy poczułem jej zimno na swoich skroniach. Cała biała, mieniąca się tysiącami srebrnych światełek przemknęła tuż obok posuwistym krokiem śnieżnobiałej monarchini. Poczułem jej lodową potęgę, gdy zatrzymała się tuż obok. Na tyle blisko, by móc usłyszeć mój szybki oddech i poczuć bijące ode mnie ciepło oraz przeszywający strach. Śnieg padał powoli i leniwie, składając pokłon u jej stóp. Na nieskazitelnej łabędziej szyi połyskiwał naszyjnik z czystych pereł, tych samych, które nazywają łzami Ewy. Pokryte teraz szklaną warstwą lodu, wyglądały jeszcze wytworniej: równe i delikatne kuleczki nawleczone na cienką żyłkę. Ubrana była w delikatnie połyskujące futerko, na którym widniały zaczarowane kryształki lodu, wyrzeźbione kunsztownie w piękne wzory. Kiedy sunęła gładko po miękkim puchu, kryształy wydawały z siebie dźwięk podobny do niknących dzwoneczków. W swoich skostniałych dłoniach trzymała lusterko w owalnej, metalowej ramie, przypominającej wieniec z bluszczu. W końcu odważyłem się spojrzeć na śnieżnobiałą twarz. Jej wyraz: chłodny, zupełnie obojętny, wywołał we mnie dziwny dreszcz niepokoju, ale i żalu. Nie patrzyła w przedmiot ściskany w dłoniach, ale w dal, w zamierzchłe czasy. Błądziła oczyma po zakamarkach swej zbolałej duszy, która któregoś dnia nagle stała się tak zimna, jak to lustro. Zdawało mnie się nawet, że jej jagodowe usta lekko drżą, ale to był szept. Magiczne zaklęcie, które wybiegło z jej ust, by ogarnąć cały świat. Nade mną, na gałęziach drzewa pojawiły się ogromne sople lodu, podobne do naostrzonych kołków, które przebijają serca. Biała postać swym mroźnym oddechem zamieniła taflę jeziora w czyste zwierciadło. Skuła lodem umysły i serca, napawając się tą chwilą. Zatrzymała czas, tylko mojego serca nie zdołała zatrzymać. Czułem je wyraźnie, przykładając dłoń do piersi. Teraz dopiero zauważyłem, jak niesamowicie długie były jej rzęsy, pokryte gęstym szronem odsłaniały duże szklane oczy w srebrnym kolorze. Na jednej z rzęs wisiała zamarznięta kropelka. Nie byłem pewny, ale była to chyba łza. Lodowa kobieta zaczęła płakać. Krople spadające na taflę lustra zaczęły zamieniać się w kryształy. Odbijając się od twardej powierzchni, rozbijały się na coraz mniejsze kawałeczki, aż w końcu lusterko zaczęło pękać. Spojrzała więc na nie, jeszcze jeden, ten ostatni raz, widząc w nim swoje zimne piękno, po czym otworzyła zaciśnięte dłonie. Stojąc tak nieruchomo w kryształowej kałuży nasłuchiwała, jak jedyny świadek jej życia rozsypuje się i znika. Wtedy zawiał silny wiatr, porywając kryształowe łzy i poniósł je ze sobą w świat. Wyciągnąłem przemarzniętą dłoń z prośbą, by podarował mi jeden z tych skarbów, ale on zuchwały i pewny siebie pognał dalej, smagając mnie jedynie po zapadłych policzkach. Kobieta zachwiała się lekko, jak gdyby miała upaść, ale to tylko zesłany przez nią śnieg przysypał…