Horror · 8 min czytania
Krzyk
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słyszę krzyk. Dochodzi z daleka, nie wiem, skąd. Piskliwy, głośny, wibrujący mi w uszach jak dźwięk przebrzmiałego bębna. Nie mogę się poruszyć pomimo bólu, jaki wywołuje drganie ziemi. A krzyk nie ustaje. Wkrótce hałas zmusza mnie do zaciśnięcia dłoni w pięści; nic innego nie mogę zrobić z moim sparaliżowanym ze strachu ciałem. Coraz mocniej drżę, drżą moje dłonie, kolana, głowa. Krzyk trwa, nasila się, zmienia. Ustaje. Ulga przepełnia moje żyły i krąży wraz z krwią po całym moim ciele. Upadam na kolana, czuję mrowienie w nogach, rękach. Bolą mnie dłonie, w które wbijałam paznokcie. Włosy opadają na twarz kasztanowym całunem. Zamykam oczy, nie mogę oddychać. Jestem wolna od tego okropnego odgłosu, od przepełnionego strachem, długiego, wibrującego wrzasku… Ale co mam teraz zrobić? Klęczę sama w nieznanym miejscu, bez pomysłu na przyszłość. Na każdą chwilę miałam kiedyś pomysł. Nie wiem, czy to było wczoraj, czy dziś rano? Zapada zmrok. Pod moimi powiekami wirują kolorowe plamy. Oznaczają zapadający zmrok. Nie pamiętam, jak się tu dostałam, tylko, że przed tym krzykiem, potwornym krzykiem, stałam na cmentarzu. Na cmentarzu z przekrzywionymi nagrobkami, nocą, gdzie księżyc oświetlał pokryte mchem i porostami groby, gdzie sękate drzewa obrastał bluszcz i dziwne, mięsiste rośliny. Boję się jak nigdy. Co się stało? Czemu tu jestem? Co to za krzyk, kto, dlaczego tak wrzeszczał? Był to dźwięk pełen cierpienia. Czy ktokolwiek byłby zdolny je przeżyć? Teraz ja sama cierpię. Nawet najcichszy dźwięk napawał moje ciało bólem i strachem. Chcę płakać. Nie mam już jednak łez. Nie wiem, co się dzieje. Otwieram oczy. Ciemność, nie widzę ziemi. Jestem w niebycie. Jestem wolna… ale mnie to nie cieszy. Nie chcę być wolna, chcę odzyskać dom… Chcę wrócić tam, gdzie wciąż płakałam w poduszkę, że chcę uciec, gdzie rozmawiałam z przyjaciółką, gdzie czytałam, uczyłam się, prozaiczne rzeczy… Tam, gdzie byłam ja, gdzie była część mnie. Ta dobra część. Ta zła była tu, i samotnie klęczała w ciemności. Otrząsałam się z echa krzyku, które unosiło się lekko wibrując pomiędzy mną a ciszą. Drżałam z zimna, ze strachu, patrzyłam tępo w przestrzeń. I nagle poraziła mnie prawda. Zobaczyłam z całą jasnością, co tu robię, co się stało, dlaczego tak jest. Widzę siebie. Klęczę na cmentarzu, przy zaniedbanym grobie. Czarny marmur, zniszczony zębem czasu, pokryty mchem, nad nim pochylające się łyse drzewo. Opadłe liście szeleszczą na wietrze. Nikogo nie ma. Nikt nie widzi mojego cierpienia. Chmura odsłania księżyc. Jest mi zimno i mrugam rozpaczliwie oczami, ubrana w kusy płaszczyk z zamszu. Moje włosy, jak co dzień, zebrane w koński ogon. Zwykła ja, w tak niezwykłym miejscu. Już nie pamiętam, gdzie ten cmentarz się znajduje, ale nikt już nigdy nie postanie w jego obrębie. Jest zamknięty dla spokojnych, szarych ludzi. A ja nie jestem szara, przeciętna, wymięta. Mam swój smak. Niektórzy go rozumieją. Tego dnia, którego zrozumiałam, że nie ma dla mnie nadziei, poszłam na cmentarz. Po prostu, poszłam, bez sensu. Pchnęłam bramę, pokrytą rdzą, starą. Miałam wrażenie, że cmentarz za dnia wyglądał inaczej… Wiał wiatr, drzewa już dawno zrzuciły koronę liści. Zszarzałe, przyległy do chodnika. Nawet chodnik wygląda inaczej. Klęczę na nim, widzę go dobrze, z bliska. Pokryty siecią pajęczych pęknięć, jest delikatny i stary. Kostka brukowa jest porozdzielana wysoką trawą, aleję okrążają błoto i resztki śmieci. Czerwień sztucznych kwiatów lśni złowrogo zza grobu po lewej stronie głównej alei. Klęczę w zimnie, widzę swoją…