Rodzina · 8 min czytania
Krzysiek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wspomnienia z dzieciństwa najczęściej są mgliste, jednak nie na tyle by nie pamiętać jak wznosił się kurz gdy trzepaliśmy swoje pierwsze korki, które spędziły zimę na dnie szafy. Pamiętamy dokładnie zapach kurtki swojej matki wracającej z pracy i poczucie bezpieczeństwa z nim związanego. Wspominamy śnieżną zimę, kiedy to utoczyliśmy trzy gigantyczne kule i prosiliśmy ojca aby umiejscowił je w na należytych miejscach. Do swoich ostatnich dni znamy teksty bajek z tekturowych książeczek czytanych nam przed spaniem. Pamiętamy aromat świątecznego barszczu, namawiający nas byśmy zjedli ów barszcz przed wyznaczoną porą. Pamiętamy na zawsze kłótnie rodziców albo obraz cukiernicy wywróconej dnem do góry i zawartością rozsypaną na podłodze, zaraz po nich. Ja pamiętam przestrzenny gmach z czerwonej cegły, który dumnie nosił nazwę Domu Dziecka Świętego Alberta. Pamiętam wystrój Domu a raczej jego brak. W całym czternastopokojowym budynku nie było nawet skrawka dywanu. Było za to linoleum. Wszędzie. W łazienkach, sypialniach, bawialni, jadalni, kuchni, ale najbardziej zapamiętałem linoleum w korytarzach. Pomarańczowe z niemal czarnym, równym paskiem na środku. Pasek wydeptany był naszymi drobnymi stopami w identycznych klapkach. Był równy, ponieważ siostry rozkazały nam chodzenie "gęsiego". Wryły mi się w pamięć spacery na stołówkę ze wzrokiem utkwionym w wystające łopatki, któregoś z ośmiu chłopców dzielących ze mną pokój. Na przedzie szła otyła siostra, która nieustannie chrząkała, kichała, wzdychała i sapała. Gdy kończyła jej się "amunicja", przeklinała półgłosem w obcym języku i koncert chrząknięć i stęknięć zaczynał się na nowo. Siostra ta nogami zbyt grubymi aby je podnosić szurała po wykładzinie koloru wymiocin doprowadzając ją do jeszcze smutniejszego stanu. Nasz korowód zamykała najstarsza z sióstr w sierocińcu. Wlokła się z zamkniętymi oczami i dłońmi uparcie zaplecionymi w geście modlitwy, bezgłośnie, samymi tylko wargami powtarzając swój pacierz. Ta szurała nogami po nieszczęsnym linoleum nie z powodu tuszy a wieku. Często przed oczami stają mi bladoszare, obdrapane ściany z ciemniejszym pasem na środku. Ciekawe, że jedyną ich ozdobą było malutkie drukowane F nad drzwiami jednej z sypialni. Owo F to inicjał od imienia Felek. Ten chłopak był idolem nas wszystkich. Zawsze działał wbrew surowym zasadom siostry przełożonej. W nocy wymykał się do drugiego skrzydła i podglądał śpiące dziewczyny. Przynajmniej tak głosiły legendy. To od niego pobieraliśmy nauki gwizdania, przeklinania i rzucania kamieniami pod wiatr, spraw ktore określałyby naszą męskość gdybyśmy wychowali sie w normalnych domach z normalnymi podwórkami. Dał nam nie tylko powody do ukradkowych uśmiechów przy śniadaniach. Felek dał nam poczucie czegoś w rodzaju wolności. Dał nam namiastkę zdrowego dzieciństwa. On nawet imię miał własne. Gdy dołączało się do społeczeństwa Domu Dziecka Świętego Alberta, siostra Helena patrzyła uważnie na dziecko, przygryzała ołówek przez krótką chwilę i wpisywała nim imię w swój ogromny brązowy kajet, po czym mówiła je głośno w twarz nowoprzybyłego zostawiając smód papierosowego oddechu. Jeśli dziecko było malutkie to zwyczajnie płakało, jeśli troche starsze, odchodziło ze spuszczoną głową powtarzając nowe imię. Natomiast mój przyjaciel, wówczas trzyletni, podczas gdy siostra Helena żuła swój ołówek oznajmił, że nazywa się Felek. Ta zaskoczona jego odwagą pozwoliła mu przybrać takie właśnie imię. To jedyna ugoda siostry przełożonej o jakiej słyszano. Przez mgłę pamiętam naukę modlitw. Pamiętam w sumie tylko razy w twarz, wymierzane, gdy się pomyliłem lub zająknąłem. Nie pamiętam nawet bólu, tylko sam odgłos rozpostartej, sztywnej dłoni z impetem trafiającej w mój policzek. Pamiętam jak strugi zupy spływały mi po brodzie, na powrót, z chlupotem wpadając w talerz. Mogę domniemywać iż smak był taki "wyjątkowy", że mój mózg wydalił go ze świadomości. Zostało w niej jednak obiadowe hasło siostry Heleny:…