Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 46 min czytania

Krzyż

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

– Nieee! – oszalałe serce w piersiach panicznie szukało jakiegoś schronienia. Płuca z największym trudem, resztkami sił pragnęły nadążyć z tłoczeniem i wysysaniem z powietrza życiodajnego tlenu. – Nieee...! – wrzeszczałem, chaotycznie rzucając całym ciałem. Czyjeś potężne dłonie z nieznośną siłą wykręcały moje ramiona, chwilami podtrzymując, bym bezwładnie nie zderzył się z ziemią. Duszący dym kopcącej pochodni jeszcze bardziej utrudniał oddychanie. Migocące, nikłe światło wskazywało drogę ku wyjściu z ciemni, w której za wszelką cenę chciałem teraz zostać. Kiedy mnie tu przywleczono, z całych sił krzyczałem, że nie chcę tu być. Głosy wokół drwiły ze mnie, okraszając komentarze przeraźliwym, szyderczym śmiechem. Co rusz ktoś przymierzał podeszwę swojego sandała do moich pośladków, nóg i pleców, w ogóle nie szczędząc przy tym siły. – Zostawcie!!! Przecież nic nie zrobiłem! – Nikt nic nie zrobił – usłyszałem w odpowiedzi szydzący, chrapliwy głos. – Wszyscy niewinni! Suche usta boleśnie piekły, domagając się wody. Nie piłem już dobrą dobę. W gardle drapało, jakby było zdzierane długimi, kobiecymi paznokciami. Po kolejnym uderzeniu poczułem ostry skurcz w łydce. Korytarz chwiał się niczym statek na morzu. Strach wzrastał z każdym krokiem coraz bardziej. Następne szarpnięcie wywołało mocniejszy uścisk kowalskiego imadła, a nie ludzkiej dłoni. Z bocznych korytarzy dobiegały zmieszane w jedną „paplaninę” jęki i śmiechy. W płomieniu pochodni na ułamek sekundy zamigotała upiornie bezkształtna w dzikim grymasie twarz. Długimi palcami podrzynała własne gardło. Ten gest miał powiedzieć mi wszystko. Rzuciłem całym sobą jeszcze raz. Zupełnie bez nadziei, jakby szukając szybszego końca. Tył głowy zabolał tak ostro, że na kilka chwil straciłem otoczenie z oczu. Kiedy na powrót, powoli wracał wzrok, byłem już na dworze. Głęboki oddech wessał w płuca garść pyłu, wywołując spazmatyczny kaszel. – Noo...! – ryknął stojący nade mną olbrzym w spiżowej zbroi. – Ruchy! Na nogi psie, ale to już! Słoneczne światło kłuło nienawykłe oczy. Kolejny kopniak sprawdził wytrzymałość żeber. Z trudnością usiłowałem się podnieść. Wszystko niemiłosiernie bolało. Czułem cieknącą z nosa krew, która cieniutką strużką spływała wprost do ust. Nie takiego oczekiwałem orzeźwienia. Chwiejąc się, stanąłem wreszcie na nogi i ciężko dysząc, rozejrzałem wokoło. Plac więzienny wypełniali wałęsający się, obojętni na mój los żołnierze. Tych kilku, którzy stali tuż obok, zupełnie mi jednak wystarczało. Przede mną w odległości kilkunastu kroków na szczycie niewielkiego podwyższenia stało duże, drewniane krzesło. Całkiem jak tron! Wyższy prawie o półtorej głowy olbrzym pchnął mnie w jego kierunku i z przylepionym do twarzy ironicznym uśmieszkiem wpatrywał się w moje oczy. Zrozumiałem, że rozkoszuje się ludzkim cierpieniem. Moim cierpieniem. Strażnicy najwyraźniej oczekiwali kogoś ważniejszego. Spoglądali w ciemny otwór pobliskich odrzwi. Gdzieś z głębi powracał ciężki i lepki lęk, przeświadczenie, że nadchodzi coś strasznego, coś, z czym nie można walczyć. To coś śmiało się złośliwymi oczami żołnierzy, ciemnością lochów i ich ponurych mieszkańców. Niewidzialne macki powoli potęgując uścisk, oplatały moje gardło. Z wnętrza budynku wynurzyła się postać jakiegoś mężczyzny. Strażnicy nieznacznie wyprężyli muskularne ciała, a ich twarze nabrały poważniejszego wyrazu. Mężczyzna był średniego wzrostu, na pewno starszy ode mnie, z początkami ukrywanej przez uczesanie łysiny. Usadowił się na masywnym krześle i skrupulatnie poprawił fałdy śnieżnobiałej tuniki. Przez chwilę rozglądał się znużony po całym placu, by wreszcie zawiesić swój wzrok na mnie samym. – Twoja wina? – spytał ociężale i od niechcenia. – Jestem niewinny! Nie zro... – przerwał mi atak kaszlu i potężny cios olbrzyma pięścią w policzek. – Jak śmiesz łgać przed Dostojnym Prokuratorem – wrzasnął wprost do ucha, kiedy z ledwością, po tanecznym półobrocie wróciłem do pionu. – Dlaczego mnie bijesz? Przecież nie kłamię – jęknąłem. Ratunek miał w swej władzy ten, który górował nad żołnierzami stanowiskiem i tytułem. – Panie, ja tylko... – Milcz psie! – uderzenie drzewcem włóczni w łydki tuż pod kolanami rzuciło na ziemię. Zawyłem. – Tu, Dostojny Prokuratorze – najbliżej stojący strażnik podał pergaminowy zwój. Prokurator rozwinął rulon i szybko przebiegł po nim oczyma. – Aaa... – pokiwał nieznacznie głową i skrzywił się z niesmakiem. – Pospolity przestępca i łajdak... Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Lista zarzutów była długa jak, jak... To musiała być jakaś okrutna pomyłka, perfidna mistyfikacja! Ktoś chciał mnie wrobić w coś, czego nie zrobiłem i... wykończyć! – Yyy! – Prokurator kręcił z dezaprobatą głową. Czytał teraz dokładniej, z większym zainteresowaniem i co rusz spoglądał w moją stronę. Cała ta sytuacja wydawałaby się koszmarnym snem, gdyby nie przenikający ciało ból. Jeszcze do niedawna żyłem spokojnie i teraz wiem, że beztrosko, bo cóż to za troski, kiedy trzeba martwić się o chleb. Samo życie stało na krawędzi istnienia. Gorączkowo szukałem w pamięci czegoś, za co rzymski Prokurator mógłby mnie skazać. Za drobne oszustwa, kłamstewka, czy przekleństwa nie idzie się przecież do więzienia. Nikogo nigdy nie zabiłem, kradłem w dzieciństwie ze zwykłej dziecięcej zazdrości. Co mógł mieć na tym długim zwoju? Wyciągnęli mnie z domu, z łóżka o samym świcie i bez litości, ciągnąc po ziemi, zawlekli do ciemnych lochów. Żadnych pytań, żadnych zarzutów, jedynie krzyki i bolesne razy. Zostałem sam z ciemnością i baraszkującymi wokół szczurami, które próbowały się ze mną zaprzyjaźnić albo i zjeść. Prokurator przerwał czytanie i począł dokładnie mi się przyglądać. Wydął policzki, po czym nieznacznie wzruszył ramionami. – Panie, nie rozumiem, w czym tkwi moja wina? – spróbowałem jeszcze raz, siląc się na resztki odwagi. Zanim cokolwiek uderzyło w moje ciało, ciągnąłem dalej. – Nikt nie przedstawił oskarżenia, a bez ustanku jestem bity. To zdanie okazało się mało fortunne. Coś spadło mi na głowę, zupełnie ogłuszając. Pobudka z nosem w pyle i znów wściekły kaszel. Jak zza światów dobiegł krótki nakaz: – Bliżej. Żołnierze złapali mnie za nadgarstki i pociągnęło przed siebie. Klatką piersiową, brzuchem i nogami powłóczyłem o pełne kamieni podłoże, pozostawiając po drodze naskórek. – Oj! – zajęczał ktoś nade mną, gdy z rozpędem zderzyłem się z kamiennym podwyższeniem trybuny. Kolejna salwa śmiechu i szyderstw. Prokurator machnął ręką i żołnierze ucichli. – Więc – zaczął, powoli cedząc słowa – powiadasz, że jesteś całkowicie niewinny, tak? – Panie, w życiu nie popełniłem poważnego przestępstwa, za które mogłoby... – ... spotkać cię coś takiego – dokończył moją myśl, ze zrozumieniem kiwając głową. – Widzę, że mnie rozumiesz, Dostojny – jak z oddali nadlatywała jaskółka nadziei, bardzo płochliwa i nieśmiała. – I pragnąłbyś wolności? – ciągnął logicznie Prokurator. – To moje marzenie... – nie mogłem do tego dodać nic więcej. – Nierząd, nieczystość, bałwochwalstwo, zachłanność, czary, spory, zazdrość, podjudzanie, pijaństwo, kradzież, oszczerstwo, kłamstwo... – Prokurator dokładnie przyjrzał się zwojowi, nieznacznie wyprostował i w pełni powagi swego stanowiska, z wyraźnym namaszczeniem wygłosił wyrok: – Winien zarzucanych czynów. Ubiczować i ukrzyżować. Na jaskółkę spadł drapieżny jastrząb i rozszarpał ją w ułamku sekundy. – Nieee! Nieee!!! – moje usta wyrzucały z siebie absurdalny protest, którego i tak nikt nie miał zamiaru respektować. W panice odnalazłem nowe siły. Rzuciłem się do ucieczki. Szalonej ucieczki. Nic nie mogło mnie zatrzymać, nawet olbrzym. Te kilka kroków, które nas dzieliły, teraz rozciągnęły się w nieskończoność. Żołnierz, zaskoczony dziką przemianą zrobił krok do tyłu. Z jedną dłonią zwiniętą w pięść i drugą rozczapierzoną w gotowe do ataku szpony, niczym w obłędzie ruszyłem na niego, nie bacząc na wszystkich pozostałych. Całe moje ja wołało tylko jedno słowo – wolność! Z furią nabrałem rozpędu, by zmieść z drogi przeszkodę. Kiedy już nic nas nie dzieliło – zgasło słońce. Bryzga zimnej, cuchnącej wody była przykro orzeźwiająca. Nieznośny ból wciskał się wszędzie. Naciągnięte w górę ramiona drażniły odrętwieniem, a jakiś rozlany cień chwiał się tuż przed nosem. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to belka pręgierza. Z ust wydobył mi się jedynie jakiś niewyraźny charkot, choć myśli obfitowały w stek przekleństw. Kilka szarpnięć okazało się oczywistym bezsensem. Byłem uwięziony w potrzasku bez wyjścia. – Obudził się. – To stwierdzenie zwiastowało nowe kłopoty. Nie pragnąłem niczyjego zainteresowania. Chciałem być sam, z daleka od wszystkich, gdzieś na plaży w gwiaździstą noc, czując chłodny powiew morskiej bryzy. To nie było moje miejsce, nie tu. Chciałem być wysoko na szczycie góry, widząc tylko odległe figurki ludzkiej obecności. Pierwsze uderzenie flagrum było jak niespodziewany grzmot tuż nad głową. Zęby zgrzytnęły w nadmiernym uścisku, ale usta nie przepuściły nawet westchnienia. Plażę zalała wysoka fala, a pod stopami oderwał się skalny odłamek i poszybował w przepaść. Mimo to jeszcze bardziej pragnąłem samotności. Kolejne trzy razy rozorały skórę. Pęk różnej długości rzemieni po następnych uderzeniach mlaskał, ociekając krwią. Z gardła wydobywał się nieludzki wrzask odzieranego ze skóry. Morze huczało, a góry chwiały się w posadach. Pot zalewał oczy, w których zalegała coraz obfitsza ciemność. Drobne kawałki kości rozrywając mięśnie, poszukiwały żeber i kości ramion. Ich bezlitosność falami sprowadzała apatyczną bezradność i nieopanowaną wściekłość. Przytomność ulatywała w nieznaną dal i powracała na moment, oddając poczucie rzeczywistości. Ktoś z boku leniwie liczył baty. – ... trzydzieści, jeden, dwa... Dawno temu spotkałem człowieka, który przeżył biczowanie. Jego plecy straszyły niczym zgliszcza wypalonego domu: jedna wielka blizna, pasma czerwonych zgrubień. Wtedy usiłowałem współczuć. Teraz go rozumiałem. Plaża, morze i góry zniknęły w gęstej mgle i mroku. Zapomniałem już, jak wygląda samotność. Rzemienie rozszarpały wszystko, co tylko chciały, razem z ostatkiem sił. Gdzieś jakby z oddali dobiegały pojedyncze, niezrozumiałe słowa. Twarzą w twarz spotkałem się z jakimś pięknym młodzieńcem, który łagodnie patrzył wprost w moje oczy. Jego uśmiech niemal mnie pocieszył, gdy nagle przeobraził się w szkaradną paszczę smoka i zniknął tak samo, jak się pojawił. W głowie wibrowała coraz wyraźniej myśl o postaci, która według wielu była w stanie zrobić wszystko. – Boże, pomóż... – jęknąłem. Obudziłem się mokry jak ze złego snu. Przez kilka sekund mrużąc powieki, szukałem jakiegoś punktu orientacyjnego. Całe otoczenie kołysało się jak drzewo na silnym wietrze, uciekając na cztery strony świata. Wyschnięte wargi pękały, a odrętwiałe ciało protestowało, gdy chciałem czymkolwiek ruszyć. Odpływałem w jakby sen, kiedy mignął jakiś cień i chlusnęła ta sama, zimna, cuchnąca ciecz, którą już raz mnie oblano. Odrętwienie wraz z resztkami nieświadomości natychmiast pierzchło, a w ich miejsce wrócił nowy ból. Próba przewrócenia się na brzuch spełzła na niczym. Zwiotczałe mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Żal, przyszedł i objął swymi długimi ramionami. Pamięć pięknych, nie do końca wykorzystanych chwil oraz tych, w których zachowałem się jak skończony dureń, stała się okrutnie wyraźna. Zupełnie inaczej mógł wyglądać ten dzień. Jakże bardzo inaczej... Dwóch krzepkich, śniadych pachołków złapało mnie pod ramiona i poderwało do góry. Przez ułamek sekundy stałem na własnych nogach, ale ugięły się jak trawa. Powłócząc stopami po ziemi, zaciągnęli mnie do środka pobliskiego budynku. Skręciwszy zaraz w prawo, straciłem oparcie i twarzą zderzyłem się z kamienną posadzką. Na dworze słychać było tupot wielu nóg i poruszone, głośniejsze zawołania. Tuż obok drzwi przebiegło kilku ludzi, po czym drzwi huknęły i zazgrzytał skobel. Zrobiło się ciszej, ale poczułem znajomy odór celi. Jakaś zamazana postać pochyliła się nade mną i pokiwała głową. Nie potrzebowałem politowania. Pragnąłem odpoczynku i spokoju. Wybawiający sen przyszedł szybko. Wróciła spokojna plaża... Najpierw daleko, bardzo daleko szumiało coś jakby wodospad. Potem, z każdą chwilą odgłos narastał, po czym przeobraził się w wyraźny pomruk wielu głosów, krzyki i złorzeczenia. Na wyciągnięcie ręki, tuż za moją głową coś szurało po posadzce. Nie chciałem otwierać oczu, nic słyszeć ani czuć. Wolałem uciec w nieświadomość. Szukałem myśli o pięknym, górskim szczycie, orzeźwiających podmuchach wiatru i szerokich horyzontach. Tęskniłem do skłębionych w biały puch chmur i śmigających po niebieskim niebie szybkich ptaków. To „coś” zbliżyło się do mnie i przeszło bokiem. Kiedy zaczęło wracać, nie utrzymałem powiek. – Aa... – zachrypiał i zaraz odchrząknął. Głos nabrał przyjemniejszego tonu. – Wróciłeś. Myślałem, że cię wykończyli, bo już – pomyślał przez ułamek chwili – pół dnia, noc i dzień tak leżysz. A szkoda, bo to byłoby dla ciebie lepsze, dużo lepsze, gdybyś się już nie obudził... Patrzyłem na mężczyznę, którego całe ciało obfitowało w rany po batach. W półmroku, jaki tu panował, nie byłem w stanie określić jego wieku. Miał przydługie już włosy i postrzępioną, długą brodę. Widać rzymscy żołnierze nie oszczędzali na nim sił i pomysłowości w wyrządzaniu fizycznych krzywd. Po obszarpanym ubiorze, brudzie i smrodzie, jaki od niego bił, z łatwością stwierdziłem, że jest tu dosyć długo. Nieopodal stała jakaś niewielka miska, która przykuła mój wzrok. – Za co tu jesteś? – spytałem, z niesamowitym trudem siląc się na słowa, które nie chciały ze mnie wychodzić. – Obtłukłem jednego śmierdzącego rzymskiego pachołka. Czepiał się o jakieś pieniądze, a... – wzruszył ramionami – ... a potem się przekręcił na drugi świat. Nie zdążyłem nawiać. A ty co? Bez słowa nadal patrzyłem na miskę – bliską i tak daleką jednocześnie. Palący żar w gardle niszczył kłębiące się myśli. – Pić, co? – stwierdził bardziej, niż spytał, łapiąc upragnioną miskę. Kiedy pomagał mi, bym mógł się nieco podnieść i napić, gwałtownie zaprotestowały plecy. Głęboka rana pulsowała niesamowitym bólem, którego nie potrafiło zatrzymać ani zaciskanie zębów, ani radość z wypijanej wody. Gdzieś wewnątrz zaczęły krążyć nieprzyjemne mdłości, z każdą chwilą coraz bardziej przybierając na sile. Przed oczyma zatańczyły czarne plamy. Wszystko zawirowało, ale po chwili wróciło do względnej normy. Hałas na dworze przybrał na sile, więc mój współwięzień, przylgnąwszy do ściany, wspiął się na palce, by wyjrzeć przez niewielki otwór w ścianie. – Co się tam dzieje? – spytałem. – To na dużym dziedzińcu. Niewiele można zrozumieć, ale strażnicy mówili między sobą, że Sanhedryn sądził kogoś za bluźnierstwo i teraz są u prokuratora. Wrzeszczą jak opętani. Tumult wzrastał i cichł na przemian. Wyraźnie dobiegały jedynie poszczególne słowa. Te powtarzające się, nie zapowiadały nic dobrego człowiekowi, którego oskarżano. Jak echo wracały dwa hasła: „śmierć” i „ukrzyżuj go”. Tłum potrafi dokonać rzeczy strasznych, to wiedziałem na pewno. Jeśli o losie tego biedaka będzie decydował motłoch, z całą pewnością jest przegrany. Przegrany jak ja... – Ciekawe, czy „nasz dostojnie plugawy prokurator” to wytrzyma? – usłyszałem raczej retoryczne pytanie i głośne splunięcie. Ten człowiek myślał chyba to samo, co i ja. – Wyobrażasz sobie? Sądzą go za bluźnierstwo! – patrzył na mnie, karykaturalnie wykrzywiając twarz. – Też nie mają co robić. Łażą ze swoimi frędzelkami po placach, godzinami wystają na rogach ulic i tylko czekają na uniżone pokłony. Nie zliczę, ile razy miałem ochotę powiedzieć takiemu, co o nim myślę. Podobno rosną gdzieś takie roślinki, które lubią pożerać, co na nich usiądzie. Paskudztwo, które ładnie wygląda i ma zjadliwie miłe usposobienie. Ci, którzy tam teraz wrzeszczą, są właśnie dokładnie tacy. Rzygać się chce na sam widok. Porządny złodziej biednemu krzywdy nie zrobi. – Znowu pociągnął zawartość nosa i splunął na skłębioną w rogu celi słomę. Przymknąłem powieki. Byłem oskarżony o złodziejstwo, oskarżony o nieczystość, zachłanność i oszczerstwo, oskarżony o wiele rzeczy, z których istnienia w moim życiu mogłem zdawać sobie sprawę tylko ja i... no tak, był ktoś jeszcze: Bóg. Tylko On, Bóg wiedział o mnie więcej, aniżeli ja mogłem wiedzieć o sobie samym. Jeśli znał moje myśli... pragnienia... pożądanie... jeśli patrzył na mnie od początku moich dni, godzinę po godzinie, minutę po minucie... Zatem to wszystko, co się ze mną stało, jest właśnie... za to?! Chciało mi się płakać, wyć i walić pięściami w posadzkę. Za wszelką cenę wolałbym, by to nie była prawda. Zwinąłem się w kłębek, by zasnąć i obudzić się w swoim własnym łóżku. Mdłości wróciły i ruszyły obrzydliwą falą z żołądka ku ustom. Nagle pojawiło się tyle śliny, że nie zdążyłem z jej połykaniem. Obróciłem głowę na bok i po bolesnym skurczu zwymiotowałem na słomę. Potem drugi raz i trzeci. – Miałem to samo – usłyszałem coś jakby pocieszenie. – Długo po tych batach nie mogłem nic jeść ani pić. – Dlaczego mnie nie uprzedziłeś? – spytałem z wyrzutem. – A posłuchałbyś? – oddał pytaniem. Miał rację. Pragnienie było zbyt mocne, by się powstrzymać. Musiałem być ostrożniejszy. Swoją drogą nie wiadomo, skąd ta woda i co w niej pływało. Tumult na dworze znów przybrał na sile. Sprawa tamtego człowieka musiała być poważna. Szczególnie dla tych, którym zależało na jego śmierci. – Słyszałeś o Jezusie? – padło nowe pytanie. – Słyszałem. Prorok z Galilei. Czyni wiele znaków i cudów. – To właśnie jego sądzą za bluźnierstwo. – Jego?! – Niesamowite. Człowiek, który uczynił tak wiele dla innych. Uwalniał z chorób, przywracał wzrok, stawiał na nogi, nawet potrafił wypędzać demony i podobno wskrzeszał umarłych... Jak można kogoś takiego skazać na śmierć? Wielu powiadało, że jest posłanym przez Boga Mesjaszem Izraela. Sam widziałem, z jak wielką mądrością odpowiadał na wiele podchwytliwych pytań. Nie mogli mu sprostać ani przedniejsi faryzeusze, ani saduceusze. Być może właśnie dlatego był dla nich tak niewygodny. Jego wykładnia Mojżesza i proroków nie raz odbiegała od tego, czego uczyli arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi. – Podaje się za kogoś wielkiego, a tak dał się wrobić...! Takie słowa mi się nie podobały, ale nie wiedziałem, co na nie odpowiedzieć. Współczułem Nazarejczykowi, ale to współczucie uzmysłowiło mi nagle moją własną sytuację. Byłem skazany na śmierć, śmierć przez ukrzyżowanie. Latami omijałem Golgotę i inne miejsca śmierci, by nie widzieć makabrycznego widoku przybitego do krzyża człowieka, wsiąkającej w drzewo i ziemię krwi, nie słyszeć krzyków rozpaczy i wydobywającego się z piersi charczenia, a teraz sam miałem... – Jaki dziś dzień? – wyrwało mi się nagle gdzieś z podświadomości. – Piątek. – Jutro szabat... Mój nowy znajomy popatrzył na mnie dopiero po dłuższej chwili. Jego oczy wyraźnie zmieniły kształt. Nie wyrażały już pewności siebie, ale strach, zwyczajny strach czający się w duszy ofiary, której pokazała się śmierć. – Mogą się spieszyć... – powiedział bardzo powoli. – Myślisz, że nas też? – Boję się myśleć – powiedziałem prawdę. Krzyki i tumult na dużym dziedzińcu jakby ucichły, ale nie minęło zbyt wiele czasu, gdy hałas przybrał na sile dużo bliżej naszej celi. Można było rozróżnić pokrzykiwania żołnierzy, ich przekleństwa i szydercze uwagi pod adresem kogoś, kogo nazywali królem żydowskim. Po chwili pomiędzy śmiechem i wulgaryzmami zabrzmiał odgłos uderzającego flagrum. Nie słyszałem wrzasku bitego człowieka, nie słyszałem gróźb, ani złorzeczeń. Nic z tego. – Biczują – powiedział zabójca rzymskiego pachołka z niesmakiem. – Ale dlaczego nie krzyczy? – spytałem raczej w powietrze. Choć ból ramion i pleców mówił wyraźnie, że nie można rozpaczy zatrzymać w sobie, zdałem sobie sprawę z tego, że Jezus z Galilei nie może być zwyczajnym, jakimś tam człowiekiem. Za bluźnierstwo nie sądzi się ani zbyt często, ani byle kogo. Nauka Jezusa musiała być zupełnie wyjątkowa, wykraczająca poza wytrzymałość zakonoznawców, skoro zdecydowali się na zgładzenie przeciwnika. Musieli mieć mocne argumenty albo fałszywych świadków, jeśli poszli z tym do Rzymianina Poncjusza Piłata. Nie rozumiałem jednak, dlaczego lud, który tyle razy był zafascynowany wielkimi dziełami Proroka, nie przeciwstawił się postawieniu Nazarejczyka przed sądem? Potęga arcykapłanów była widać większa, niż do tej pory myślałem. Ale czy mogła przewyższać moc Boga? Jezus chyba mógłby zaradzić tej sytuacji, w jakiej się znalazł, więc może miał jakiś ukryty cel, by poddać się temu wszystkiemu i nie protestować? Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Czasem mówił o sobie, że jest Synem samego Boga. Być może właśnie to twierdzenie uznano za bluźnierstwo, ale jeśli to prawda? Jeśli Jezus jest nie tylko człowiekiem? Nikt nigdy nie czynił takich rzeczy jak on. Nawet Mojżesz, nawet Eliasz nie dorównaliby mu mocą... Drzwi celi otworzyły się z wielkim hukiem i do środka wpadło kilku odzianych w pełen rynsztunek żołnierzy. Przerażenie uderzyło z całą siłą. Serce w panice szukało ucieczki z piersi. – Precz ode mnie! – wrzasnął zabójca Rzymianina i cofnął się, jakby zamyślał się bronić, po czym rzucił się na pierwszego z żołnierzy, by wyszarpać z jego pochwy krótki miecz. W ułamku sekundy powalono go jednak na klepisko i kilkoma ciosami drzewcem włóczni przypomniano, kim jest. Dwóch żołnierzy boleśnie wykręciło moje ręce i podtrzymując, wyprowadziło na dziedziniec pretorium. Tam w pełnej gotowości, tworząc marszowy szyk, oczekiwało kilkudziesięciu następnych. Niedaleko leżały trzy ciężkie patibulum, belki do ryglowania skrzydeł drzwi i bram, a obok nich stał z trudem oddychający człowiek. To musiał być On, Prorok Jezus. Po jego twarzy i szyi ciekły wąskie strużki krwi, których źródło tkwiło w ranach po wciśniętym na głowę wieńcu z ciernia. Spojrzał na nas oczyma pełnymi smutku, ale zupełnie pozbawionymi nienawiści, czy choćby nawet złości. W całej tej dziwnej, niesamowitej i nierealnej sytuacji, coś głęboko we mnie mówiło, że tylko on może stać się ratunkiem, wybawieniem od moich grzechów i śmierci. Ale jak by się to mogło stać? Obaj byliśmy w tej samej sytuacji, obaj szliśmy na ukrzyżowanie otoczeni rzymską kohortą. Żaden z nas nie był także w stanie ani walczyć, ani próbować ucieczki. A może jego słudzy i uczniowie będą o niego walczyć? Może warto być jak najbliżej...? Znów spojrzał na mnie albo bardziej we mnie niż na mnie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że się boi, że boi się tak samo, jak ja, ale dał mi wyraźnie do zrozumienia ów wewnętrzny głos, że nie tak ma się sprawa mojego ratunku. Zupełnie nie tak. Jezus nie otwierał swoich…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Krzyż — czytnik · opowiadania