polityka · 13 min czytania
Ksiażęta Wszechświata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Książęta Wszechświata
Wchodząc do sali, stłumiłam westchnięcie. Zawsze lubiłam ten styl. Cokolwiek bym nie mówiła wcześniej, zawsze lubiłam przebywać w tętniących od przepychu, ale mimo wszystko skromnie urządzonych pomieszczeniach. Bogato, ale ascetycznie. Cokolwiek bym wcześniej nie mówiła… Wcześniej się już nie liczy. Od tamtej pamiętnej rozmowy minęło dziesięć lat. Dziesięć lat, które zmieniły wszystko. Mnie, nas, świat. Dziesięć lat, podczas których pokazałam, że wszystko można pokonać. Biurokrację, przeciwności losu, polityków, zwykłych ludzi. Jeśli się ma cel. Dziesięć lat. Przejechałam dłonią po starannie rzeźbionym oparciu krzesła. Udało nam się. Drzwi otworzyły się cicho. Obróciłam głowę, niezdolna do ukrycia uśmiechu. Oto zbieraliśmy się. W końcu. Po dziesięciu latach zaciekłych walk, intryg, udawania, wystąpień. Po dziesięciu latach powolnej ewolucji do stania się idolami. Najwyższymi autorytetami w każdej dziedzinie. -Marcin. – stwierdziłam w końcu z lekko pytającym zaśpiewem. Pokręciłam zdziwiona głową. – Gdyby nie gazety, nie poznałabym cię. -Nawzajem. – odmruknął chemik, uważnie rozglądając się. Otworzyły się kolejne drzwi. – Czyżby Hanna? -Hanah! – ryknęłam, nie ruszając się jednak z miejsca. Mój uśmiech rósł, potężniał. – Nie bój się, nie ma tu kamer. – zwróciłam się do podejrzliwego naukowca. - Mieliby obserwować nas? Nas? -Święte słowa. – poparł mnie jakiś lekko kpiący głos zza pleców. Obróciłam się. -Arek. -Tak jest, młoda. W końcu nadeszli wszyscy, aż i ja zdecydowałam się usiąść. Przy okrągłym, hebanowym stole z brzozowymi zdobieniami. Ostatni zjawił się Darek z Myszą. Zasiedliśmy wszyscy, przy okrągłym, czarnym stole. Milczący. Cisi władcy ludzi, Książęta Wszechświata. Pobiegłam wzrokiem od mojej lewej. Beata. Siostra. Specjalistka w sprawie prawa. Tancerka ustaw, protokołów, precedensów i konstytucji wszystkich państw. A także tych zasad, które od niedawna obowiązywały wszędzie. Na całym świecie. Pod tym względem nie było człowieka, który mógłby jej dorównać. W groźnych momentach, w których ktokolwiek z nas był zagrożony prawem państw, zjawiała się ona. I niczym najlepsza szpadzistka odbijała wszystkie argumenty naszych przeciwników. Magda, Moe, Jednorogini. Najlepiej zorientowana w sprawach ekologii Ziemi. Obudzona w środku nocy potrafiła na wyrywki wymienić zagrożone wymarciem gatunki w Kotlinie Kongo albo niebezpieczeństwa związane z topnieniem lodowców. To dzięki niej udało nam się obalić każdego polityka, który za nic miał środowisko. To dzięki niej udało nam się uratować lasy tropikalne. To dzięki niej sąsiedzi wsypywali sąsiadów, jeśli tamci nie segregowali śmieci. Arek, Wielki Papa Pieczary. Finansjer. Szara eminencja tej materialnej strony ludzkości. To on był pomysłodawcą i głównym wykonawcą wprowadzenia na całym świecie jednej waluty, to on razem z Beatą okroił znacznie biurokratyczne formalności, to on bezbłędnie obstawiał na giełdzie kilka lat temu, by zdobyć fundusze na nasze kampanie. To on za pomocą szeleszczących banknotów nie raz wybawiał nas z opresji. Jagoda, bez której nikomu z nas nie udałoby się zniszczyć starych stereotypów. Jagoda, która stała na mównicy i grzmiała, Jagoda, za którą poszłyby miliony. Gdyby ona tylko chciała, żeby poszli. Jagoda, która zawsze doradzała i zawsze wybierała ryzykowną ścieżkę. Jagoda, która realizowała projekty, na myśl o których drżała cała reszta świata. Jagoda, która odpowiadała za postęp. Marcin, który osiem lat temu stracił przydomek Czarnego, a niecały rok temu odzyskał go z powrotem. Gość, który na samym początku wybrał, jak to uparcie nazywał, wiedzę elementarną. Chemik, fizyk, biolog, geolog, cholera wie co jeszcze. Wraz z Adelą uratował Azję i Afrykę przed analfabetyzmem i zreformował system szkolnictwa, wprowadzając jednolity na całym świecie niedługo po arkowej rewolucji pieniężnej. Adela, którą nadal ja nazywałam Jaśminą. Humanistyczny odpowiednik Marcina. Historyczka, bibliografka, językoznawczyni, artystka i poliglotka. Razem z Marcinem pracowała nad szkolnictwem światowym, razem z Jagodą zwalczała stereotypy. Zanalizowała języki świata pod względem trudności, popularności alfabetu, historii, przyswajalności dla przeciętnego ucznia i tzw. „chwytliwości”, po czym wybrała cztery. Te cztery języki były obowiązkowo nauczane na całym świecie. Dorota, wyglądająca jak zwykle najlepiej. Tak było, gdziekolwiek się nie zjawiała i z kimkolwiek przebywała. Z początku ulubienica mediów, potem bożyszczka tłumów. W Polsce w pierwszych latach. Potem Europa, Ameryka, świat. Piosenkarka, aktorka, idolka nastolatek i obiekt westchnień małolatów. Krzycząca o nich. Podbijała serca nastolatków, bo śpiewała o ich problemach. Michał, Szalony Kapelusznik. Jedyny z obecnego tu towarzystwa, który nie stawał na scenie prawie nigdy. Nie dlatego, że nie mógł. Nie chciał. Jeszcze w czasach, gdy tylko marzyliśmy o miejscach, na których teraz siedzieliśmy, doprowadzał ludzi do szczękania zębami samą rozmową. Tam, gdzie zawodziły prawne finty Beaty, drobne sztuczki finansowe Arka czy nawet głos Jagody, wkraczał on. Walczył o nas, o siebie niczym więcej jak logiką. O cokolwiek się kłócił, wygrywał. Choćby wszyscy uważali go za z góry przegranego. Kuba, Złotowłosy Miś Endera. Pojawiał się tam, gdzie były media. Gdzie się zjawiali dziennikarze czy reporterzy, był i on. Z różnych stron, to prawda. Albo nimi dowodził, albo przed nimi odpowiadał, ale zawsze na naszą korzyść. I ludzie zawsze mu wierzyli. To zadziwiające, ale nawet na początku niewielu podawało w wątpliwość jego słowa. Bo miał rację. Hanka, dzięki której uniknęliśmy wiele razy zagrożenia wojny. W ciągu tych dziesięciu lat nie raz i nie dwa czyhano na życie każdego z nas. Ale wtedy z cienia wyłaniała się Hanka, a właściwie formalnie nie istniejąca Quaina i podawała nam spokojnym tonem wszystkie informacje o zamachu. Zdarzyło się raz, że trzy dni przed zbrojnym atakiem, istną wojną domową zjawiła się w mojej willi i podała wszystkie informacje. Poszłam wtedy do Jagody. Jagoda weszła na mównicę, powiedziała