Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 14 min czytania

Książka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nałożył płaszcz i ciężkie, zimowe buciory. Na dworze było cholernie zimno, a on, chociaż lubił zimę, nie miał ochoty zmarznąć. Właściwie nie miał do załatwienia zbyt wielu spraw – chciał tylko wyskoczyć na chwilę do biblioteki i oddać książki, które wypożyczył przed dwoma dniami. Ubrał się starannie i wyszedł z tej ciemnej klitki na poddaszu, którą z braku innego określenia nazywał domem. Zszedł po starych drewnianych schodach i po chwili znalazł się na ulicy, chciwie wciągając do płuc mroźne powietrze styczniowego poranka. Dalej posuwał się już ostrożniej. Pokrywająca chodnik warstwa ubitego śniegu była bardzo śliska. W mieście było wiele bibliotek, w tym dwie dosyć blisko, ale on był wyjątkowo wymagającym molem książkowym i dlatego musiał odbyć długą podróż do Biblioteki Głównej, mieszczącej się w centrum miasta. Wsiadł do autobusu i pogrążył się w myślach. Najpierw zastanowił się czy w „domu” (to słowo naprawdę dziwnie brzmiało w odniesieniu do tej trumny na poddaszu) jest wystarczająco dużo jedzenia i czy powinien coś kupić. Doszedł do wniosku, że nawet gdyby czegoś brakowało, to może przecież zjeść cokolwiek. Z reguły po prostu otwierał lodówkę, wyciągał parę produktów na chybił trafił i kombinował co z tym dalej zrobić. Zwykle było to skrajnie niezdrowe i prawie nigdy nie smakowało dobrze, ale przynajmniej nie musiał co 10 sekund spoglądać do cudzego przepisu. No i nie trzeba było robić zakupów co kilka godzin. Rozejrzał się po autobusie. Komunikacja transportem publicznym była dla niego jedną z nielicznych okazji, kiedy, mógł chociaż trochę obcować z ludźmi. Nie miał zbyt wielu przyjaciół i prawdę mówiąc, odpowiadał mu taki właśnie stan rzeczy. W tej wielkiej, blaszanej puszce na kółkach, która poruszana była chyba tylko i wyłącznie siłą woli kierowcy jak zwykle znalazło się sporo wszelkiego rodzaju emerytów, trochę uczniów i kilka osób, które wyraźnie nieswojo czuły się w tego rodzaju środku transportu. To co zawsze. Nudy, a trzeba było jeszcze jakoś przetrwać te kilka przystanków do biblioteki. Autobus zatrzymał się z potężnym poślizgiem, drzwi otworzyły się i jego oczom ukazał się przystanek pełen zmarzniętych ludzi, którzy usiłowali wepchnąć się do środka. Tłok osiągnął apogeum. W zimie w tych puszkach na kółkach mieściło się znacznie mniej ludzi, ponieważ wszelkiego rodzaju wierzchnie okrycia, kurtki, kożuchy itp. zajmowały znaczną przestrzeń. Poza tym, w lecie i na wiosnę niektórzy woleli się przejść niż wąchać cudzy pot. Zepchnięty przez batalion emerytów, którzy zaatakowali od strony drzwi, musiał wycofać się na pozycję na końcu autobusu. Przy oknie. I stamtąd Ją zobaczył. Miała jakieś 18, góra 20 lat. Długie czarne włosy były splecione w warkocz spadający na plecy. Szare oczy rzucały bystre spojrzenie na wszystkie strony. Ciało ciasno opinał długi, ciemny płaszcz. Resztę drogi przebył gapiąc się na nią bezczelnie. Zastanawiał się nawet, czy nie pojechać trochę dalej i później zawrócić, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że nie ma sensu aż tak się poświęcać dla pierwszej lepszej królewny z bajki. Kiedy drzwi otworzyły się, przepchnął się jakoś do nich, zszedł chwiejnie, po schodach zawalanych błotem i stanął na przystanku oglądając przez okno nieznajomą odjeżdżającą w tym starym, odrapanym autobusie.

Po kilku minutach marszu znalazł się przed monumentalnym budynkiem Biblioteki. Wznosił się na kilka pięter. Grube mury skrywały dziesiątki tysięcy tomów zbieranych przez dziesięciolecia. Ten cały ogrom z pewnością zaimponowałby mu, gdyby nie był z nim tak bardzo obyty. Wszedł do środka i zostawił w szatni płaszcz. Po chwili znalazł się w głównej sali. Wszystko zastawione było półkami i regałami. Rzucił bibliotekarce krótkie „dzień dobry” i zagłębił się w ten labirynt. Poczuł znajomy zapach starego, pożółkłego papieru. Nie szukał niczego konkretnego, po prostu przeglądał wszystko co rzuciło mu się w oczy. Czasami przychodził do biblioteki z całą listą książek, które chciał wypożyczyć, jednak najczęściej po prostu przechadzał się chwilę i brał kilka tomów na chybił trafił. Uśmiechał się, gdy jego wzrok padał na ulubione książki. Na sali panowała przyjemna dla uszu cisza. Każdy dźwięk był wygłuszany przez dziesiątki ton makulatury. Jakoś nie mógł niczego znaleźć. Przeglądał i przeglądał, ale wszystko wydawało się takie zwyczajne, przewidywalne i nudne. A on tego dnia miał ochotę na coś wyjątkowego. Przeszedł do regału znajdującego się w rogu sali. Prawie nikt się tu nie zapuszczał. Zalegały tu najstarsze i najbardziej zniszczone książki. Większość rozsypywała się już, chociaż widać było, że ktoś o nie dbał. Mówi się, że nie powinno się oceniać książki po okładce, ale przecież trzeba się czymś kierować. Nisko na regale zauważył grube tomiszcze w czarnej oprawie. Jakoś wyróżniało się spośród tych wszystkich ledwo żywych książek, które bez poważnej interwencji introligatora wkrótce rozsypią się na proszek. Podniósł ją. Nie kojarzył ani tytułu, ani autora, ale okładka niezmiennie wywierała na nim to pozytywne wrażenie. Spojrzał na pierwszą stronę. Rok wydrukowania niemal zwalił go z nóg. Nigdy nie miał w ręku tak starej książki. Na oko miała jakieś pięćset może sześćset stron. Zdał książki, które czytał w ciągu ostatnich kilku dni i z nową zdobyczą pojechał do domu. Po drodze dostał esemesa od starego kumpla ze studiów: „Hej! Idziemy dzisiaj wieczorem na piwko. Masz ochotę?”. Odpisał: „Nie mam dzisiaj czasu. Może innym razem”. Właściwie miał mnóstwo czasu. Po prostu nie chciało mu się wychodzić z domu i rozmawiać z tymi wszystkimi ludźmi. Na studiach miał z nimi dużo wspólnego, ale od tamtej pory wiele się zmieniło i wszystkie te rzeczy jakby uleciały z dymem. Teraz na takim spotkaniu tylko słuchałby jak rozmawiają inni, a sam nie odezwałby się pewnie ani słowem. Po prostu odwykł od kontaktu z ludźmi i jakoś nie chciało mu się znowu do tego przyzwyczajać. Wrócił do domu i przypomniał sobie, że przecież miał dzisiaj zarabiać pieniądze. Można by sądzić, że w wielkim mieście koszty życia są tak astronomiczne, że trzeba nieustannie pracować, żeby tylko utrzymać się na powierzchni. Nic bardziej mylnego. Jedną z nielicznych zalet mieszkania w takiej „kajucie” było to, że płacił za nią względnie niewiele. A to „niewiele” opłacał udzielając korepetycji z polskiego. Miał odpowiednie kwalifikacje i zarobienie paru groszy przy pomocy kilku ogłoszeń o korepetycjach nie stanowiło żadnego problemu. Szczególnie, kiedy wyrobił już sobie jakąś markę. I właśnie, kiedy wyszedł z domu, przypomniał sobie, że miał na dzisiaj umówione trzy lekcje. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że jakoś się wyrobi. Położył książkę na łóżku, przegryzł coś i wyszedł. Lekcje jak zwykle były niesamowicie nudne. Trzy godziny powtarzania tych samych, oczywistych zdań. Kiedyś nawet mu się to podobało. Spotykał wielu ludzi, mógł się trochę rozerwać, no i przede wszystkim zarobić. Ale ostatnio zmuszał się niemal do każdej minuty, mimo, że było to jego jedyne źródło dochodu.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%