Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 16 min czytania

Księga duszy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział I

DUCHY

Mamy 2007 rok. Dwie daty plączą mi się ciągle przed oczami 33 i 1307. Tyle lat długich i żmudnych ukrywania prawdy, czy musi powtórzyć się coś, aby świat poszedł na przód, albo zginął. Kto wskazał rok 2007 właśnie ten, a nie inny, i czy że stanie się właśnie w tym, a nie innym i co się stanie. To już mnie dobijało. Było jak natrętna mucha. Sen ciągle przewija się przed oczami. Widzę tylko fragmenty, cienie postaci i pewne symbole. Obrazy przed oczami, które muszą ułożyć się w jedną całość. Nie umiem jeszcze tego odczytać, a wiem , że muszę. Od tego zależy wiele, a może i losy świata. Staram się nie obudzić, ale budzik przerywa nić snu, i karze mi wstać. Nie chcę. Zmuszam oczy, aby jeszcze nie otwierały się. Nienawidzę takiego stanu rzeczy, gdy wiem, ze muszę czegoś dowiedzieć się, a jednocześnie wszystko znika wtedy, gdy wytężam swój mózg do intensywnego myślenia. Już wiem, że tym razem przegrałam z krainą snu, i że przez najbliższe godziny niczego już nie zobaczę, i że znów jeden dzień oddzieli mnie od prawdy jaką mam poznać i jaką mam przekazać innym. Momentami wydaje mi się, że to złudzenie, że owe obrazy nie istnieją, a postacie jakie do mnie przychodzą są wymysłem schizofreniczki, chociaż za taką nie uważałam się. Jestem wściekła na siebie, na tych co przychodzą we śnie i nie mogą zrozumieć, że nie jestem taka jak oni – niematerialna., i że może nie jestem tak bardzo pojętną osobą, za jaką mnie uważają. Trudno jest ułożyć te fragmentarycznie bezkształtne informacje w postaci szeregu nieznanych mi symboli Przypominają momentami rebusy i szyfry. Nie jestem przecież konspiratorką, żeby je znać, a skoro nie jestem pojętna, po co więc mi je przekazują. i w jakim celu. Głupie to, a jednak nie dają mi od paru miesięcy spokoju. Jestem obrażona na nich, że nie dają mi spokoju. Od tej chwili kiedy zobaczyłam ich po raz pierwszy skończyło się moje całkiem normalne życie, zwyczajnej kobiety. Prześladują mnie, bombardując wszystkim znakami świata niewidzialnymi dla innych, a dostępnych tylko dla mnie i uśmiechają się przy tym twierdząc, że sobie z nimi poradzę. Nie znają chyba mnie tak bardzo jak ja siebie znam, a może to ja nie znam siebie. Momentami sama nie wiem, czy to oni mają rację, czy ja. Na razie dzieje się wszystko na zasadzie „ważenia sił’. Odganiam ich mówiąc, że się pomylili i przyszli nie pod ten adres, ale oni z uporem maniaków tkwią przy mnie, dając do zrumienia, że są u właściwej osoby. - Twój upór blokuje ci myślenie – usłyszałam, gdy wkładałam drugi pantofel, aby wybiec do pracy. - To wy nie potrzebnie do mnie przychodzicie. Nie jestem osobą, za którą mnie uważacie. - Od przeznaczenia nie uciekniesz . - Nie uciekam, tylko uważam, że pomyliliście się. - My się nigdy nie mylimy. - Nigdy? - Muszę iść do pracy. Spotkamy się pewnie wieczorem. - Rozszyfrowałaś rok 1307. Znasz prawdę o 33 i wiele innych, ale nie chcesz przyznać się do tego, nawet przed sobą. Wiesz co się wtedy wydarzyło. Mamy 2007 i ten rok będzie przełomowym w twojej księdze życia. - Nie mam już czasu na spory z wami. Muszę biec. - Biegnij, a twoje przeznaczenie pójdzie za tobą. - Stokrotne dzięki. Już się cieszę. - Wieczorem wrócę. - Nie koniecznie. - Nie pozbędziesz się nas. - Zobaczę. - Miłej pracy. Jeśli będziecie głodni to w lodówce jest zwykłe, ludzkie jedzenie. Baterii dla was nie mam. - Zmykaj. Znów bieg do pracy. Nic nowego w pracy. Szara rzeczywistość. Kajanie się gdy zrobisz błąd i radość, gdy zegar wskazuje ostatnią minutę niewoli, zabierania czasu i wolności na rzeczy tak prozaiczne jak zarabianie na kawałek chleba. Wkładam płaszcz, chwytam torebkę i wręcz wypadam na korytarz biurowy, aby jak najszybciej dopaść drzwi wyjściowych i popatrzeć na odzyskaną wolność, uśmiechając się do słońca. Na schodach mówię wszystkim "do widzenia", aby nie pomyśleli, że jestem na bakier savoir vivre i znów później gonię przed siebie, a w zasadzie do supermarketu, aby dopaść artykuły spożywcze i w bestialski sposób wydać ciężko zarobione pieniądze, które trzeba cedzić i ostrożnie wydawać, bo w połowie miesiąca można zostać bez tego dobrotliwego kruszcu. Potem znów obładowana siatkami biegnę, żeby zakupy wrzucić do lodówki. Na koniec siadam przy stole i sama jem obiad. Nie mam męża. Dzieci mają różne dodatkowe zajęcia i rzadko jemy obiad razem. Ich prawo. Mają własne problemy, własne życie i tylko czasami żal, że kiedyś mieliśmy je wspólne. Niestety w pewnym okresie dzieci wyfruwają z gniazd i chcą żyć własnym życiem, a ja po spełnieniu roli opiekuńczo-wychowawczej wobec moich latorośli, staram zaprzyjaźnić ze swoją samotnią. Niestety mimo upływu czasu nie opanowałam tej sztuki perfekcyjnie. Momentami zastanawiałam się, czy w pewnym okresie mojego życia dokonałam słusznego wyboru bycia samej. Coraz częściej miałam wątpliwości, których niestety nic i nikt nie rozwiewał. W takiej sytuacji należało pogodzić się z sytuacją jaka była, i nie roztkliwiać się nad sobą. Powoli żułam obiad, który mi za bardzo nie smakował. W samotności nawet kawior smakuje obrzydliwie. Można jeść nawet suchy chleb, gdy po drugiej stronie stołu siedzi ktoś kochany, a smakuje jak homar na królewskim stole. Niestety nie siedział. Odstawiłam niedokończony obiad i wyszłam z kuchni. Miałam ochotę na obejrzenie filmu. W momencie gdy podchodziłam do telewizora mignął mi cień. - O nie, znowu tutaj. Odczepicie się w końcu ode mnie? - zapytałam groźnie. - To chyba nie możliwe – powiedział gość w żelaznej masce. Włączyłam telewizor. To co zobaczyłam na ekranie przeszło moje oczekiwanie. Miała być komedia w stylu Jasia Fasoli, ale niestety ktoś chyba zmienił program. Na ekranie pojawił się inny film. Zobaczyłam wielkie schody, po których schodził w dół zakapturzony mnich. Nie było widać twarzy, ale intuicyjnie czułam, że znam go. - No dobra obejrzę ten film, może być i obyczajowy. Może odstresuję się. – powiedziałam i spokojnie usiadłam na kanapie. W pewnym momencie poczułam, że zasypiam Od tego momentu zaczęło dziać się ze mną coś dziwnego. Czułam, że przenoszę się w inny świat i nie wiem jak to się stało, że znalazłam się obok mnicha na schodach. - O chyba zabłądziłam – stwierdziłam - Nie - Ja jednak uważam, że tak. Przepraszam już wychodzę- odpowiedziałam stanowczo. Niestety, nie dane było mi wyjść. Mnich zlekceważył moje słowa i chwycił moją dłoń i zatrzymał mnie. Wyrwałam ją i zaczęłam uciekać. W tym momencie, gdy skierowałam się w górę w nadziei, że tam jest wyjście, drogę zamknęła mi krata. - Możesz mnie puścić. Masz jakieś dziwne upodobanie do zatrzymywania mnie wbrew mojej woli. Masz poza tym kościste dłonie – krzyknęłam do mnicha. Cisza .Mnich milczał jak grób. Zrozumiał jednak aluzję i zwolnił uścisk. Niestety nie pozwolił mi się kierować do góry, co już mi się mniej podobało, gdyż było naruszeniem mojej wolności. Na to zawsze byłam uczulona. Zręcznym manewrem skierował moje kroki do dołu i już lekko trzymając mnie za ręką prowadził schodami w nieznanym dla mnie kierunku. Czułam, że oponowanie na nic się w tej chwili zda. Czasami oceniam sytuację we właściwy sposób. Należało mu ulec, gdyż wszelki opór był daremny. - No cóż, ty tu rządzisz, a jak widzę nie jesteś zbyt rozmowny i pewnie nie wyduszę z ciebie żadnego słowa wyjaśnienia- powiedziałam i grzecznie już zeszłam na dół. Miałam rację. Zakapturzona postać nie odezwała się, aż do końca. Weszliśmy do wielkiej pieczary w kształcie koła. Zdziwiłam się, gdyż natura nie mogła sama stworzyć pieczary o tak regularnej podstawie koła - Podejdź bliżej Arkaido - Co? – zapytałam zaskoczona. - Podejdź bliżej- ktoś powtórzył jeszcze raz. Wtedy tajemnicza postać wskazała mi miejsce na środku. I wtedy zobaczyłam ognisko, a przy nim Indianina. Był stary i palił długą fajkę. Nie czułam strachu ani zażenowania. Moja intuicja mówiła mi, że znam to miejsce, i że kiedyś tutaj byłam. Wiedziałam, że nic mi nie zagraża i chyba domyślałam się już co tutaj robię.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%