Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 26 min czytania

Księga Odrodzenia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Księga odrodzenia

Biegł najszybciej jak potrafił. Ciężkie buty uderzały o mokrą nawierzchnię wytwarzając charakterystyczny chlupot niosący się echem wzdłuż ulicy. Tysiące drobnych kropel rozbryzgujących się przy każdym kroku odbijało wykrzywione w odpychającym grymasie twarze odzwierciedlające tylko jedno pragnienie - dopaść ofiarę, zatopić zęby w jej ciele i choć na krótką chwilę zagłuszyć wszechogarniające uczucie niezaspokojenia przeszywające każdą komórkę ciała. Hordy jęczących kreatur biegły Marszałkowską rozlewając się w mniejsze uliczki, wypełniając je niczym zatruta woda. Odrażający fetor ciał i zgniłych oddechów wyczuwalny był coraz wyraźniej. Zbliżały się. Porozrzucane wraki samochodów, szkło, żelastwo i szmaty układały się w osobliwą mozaikę barw i odcieni ozdabiającą osiedla martwego Rzeszowa. Wilgotne powietrze, mżawka i gęsta zawiesina powulkanicznego osadu utrzymująca się nieprzerwanie od czasów wielkiego kataklizmu pogarszały widoczność. Uciekający przed dziką furią ostatni mieszkaniec miasta nie zauważył metalowego pręta, który jakby na złość sprzymierzył się z napastnikami i pojawił tuż przed jego nogami. Przez chwilę próbował walczyć, zamortyzować upadek rękoma, jednak brutalna siła bezwładności wzięła górę. Runął na ziemię lądując w samym środku wielkiej kałuży mieniącej się wieloma odcieniami błota. Leżąc w brudnej mazi słyszał zbliżającą się wielkimi krokami zarazę. Tupot setek nóg stawał się coraz wyraźniejszy. Na domiar złego odgłosy wydawały się dobiegać ze wszystkich stron, cuchnąca masa schowana w zaułkach wyczuła zdobycz i wypełzła jak robactwo wabione zapachem rozkładającego się mięsa. Uniósł twarz ponad brunatną breję i zamarł z przerażenia. Fala zarażonych odcięła drogę ucieczki. Podniósł się z mozołem i niewiele zastanawiając wbiegł w bramę starej kamienicy pamiętającej jeszcze czasy sprzed Armageddonu. Uciekając drewnianymi schodami przeskakiwał po dwa stopnie przystając na piętrach i sprawdzając czy zakażeni podążają jego tropem. Jakże złudna jednak była jego nadzieja, że stracą ślad i porzucą tak łakomy kąsek. Wchodził coraz wyżej, przed oczami przesuwały się obrazy pustych mieszkań i rozrzuconych przedmiotów codziennego użytku, zostawionych przez mieszkańców uciekających w popłochu przed zakażonymi. Myśliwi kroczyli tuż za nim wydając z siebie przerażające odgłosy. Dotarł na ostatnie piętro kamienicy i desperacko rozglądał się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Jego wzrok zatrzymał się na niewielkim włazie prowadzącym na dach. Wspiął się po szczeblach i uniósł klapę. Wydostał się na górę i zatrzasnął za sobą właz licząc po cichu, że powstrzyma ich to choć przez chwilę. Krótkie oględziny dachu wystarczyły by odkrył, że znalazł się w pułapce bez wyjścia. Żadnych szans na ratunek. Nawet przysłowiowej brzytwy, której tonący mógłby się w takiej chwili uchwycić. Pogodzony ze swoim losem stanął na gzymsie. Zwrócony tyłem w kierunku przepaści prowadzącej na brudną ulicę obserwował klapę i czekał, kiedy wyleje się z niej potok zarażonych. Wyciągnął broń z kabury i ze smutkiem stwierdził, że pozostała w niej ostatnia kula. Huk wieka uderzającego o dach był sygnałem, by przyłożyć lufę do skroni. Nie dam wam tej satysfakcji - pomyślał i nacisnął spust. Przez kilka chwil czuł się zwycięzcą, przepełniony szczęściem, jakiego dawno już nie doświadczył. Bezwładne ciało jak ptak szybowało w przestrzeni, nagle z brutalną siłą zawadziło o wystający ze ściany uchwyt na flagę. Niczego już nie czuł, gdy metalowy przedmiot z ogromnym impetem rozdarł mu brzuch ukazując całemu światu jego zawartość. Siła upadku wyrzuciła z otrzewnej bezkształtne fragmenty mięsa i nie strawionego obiadu. Całość udekorowana czerwoną posoką mieniła się kolorami na tle brunatno-szarego asfaltu. Leżał w kałuży, martwym wzrokiem przyglądając się własnym wnętrznościom. Drapieżne bestie stały na dachu kamienicy i podziwiały widok krwi rozlewającej się wokół ciała i spływającej krętymi cienkimi strużkami do studzienki ściekowej. Życiodajna ciecz spadała w głąb kanalizacyjnej kratki wydając charakterystyczny odgłos kap, kap…

… Kap, kap - ostatnie krople kwaśnego deszczu leciały z dachów na ulicę Łęczyńską tworząc sporych rozmiarów trujące kałuże. Jan Wysocki podążał szybkim krokiem w kierunku komisariatu klnąc pod nosem. Obskurne dzielnice Lublina cuchnące zgnilizną, od lat oświetlane jednie ulicznymi latarniami, po których mieszkańcy snuli się jak trupy, przyprawiały go o mdłości. Kilkuminutowy spacer z domu do pracy pozwalał na obserwację życia miasta, którego tak szczerze nienawidził, jednocześnie dawał chwilę oddechu i zadumy. Ogień palący się bladym płomieniem w zardzewiałej beczce po ropie wydzielał wystarczająco dużo ciepła, aby ogrzać kilku stojących wokół kloszardów. Ubrani w poobdzierane łachmany z twarzami tak zniszczonymi, że niejedne zwłoki wyglądał przy nich jak oaza tętniąca życiem, popijali ze wspólnej butelki fioletową ciecz skrupulatnie oceniając, czy ktoś nie opróżnił z niej więcej niż było mu przydzielone. - Witam pana komisaza - krzyknął najwyższy niemal zupełnie pozbawiony zębów, podnosząc do góry coś, co przypominało rękę. - Do pracy? O tak późnej poze? Panująca wieczna szaruga nie pozwalała odróżnić nocy od dnia, tylko zegar na zamkowej wieży właśnie wskazujący północ, dawał mieszkańcom Lublina poczucie przemijającego czasu. - Muszę przyskrzynić kilku oprychów, inaczej nie wyrobię tygodniowego limitu - odpowiedział Jan podchodząc do ognia. - Pan władza się z nami napije, radia posłucha. Wynalazek Gruchy, strasnie kopie - lump podał Wysockiemu butelkę, żałując w głębi serca porcji zmarnowanego trunku. Policjant pociągnął łyk. Twarz wykrzywił grymas obrzydzenia. Przetarł usta rękawem i poprawił czarną, piracką opaskę zakrywającą oko i fragment zoranego głębokimi bruzdami ropiejącego nosa. - Okropne! - stwierdził. - Co to jest? - Wywar ze sfermentowanych scurów. Strasnie poniewiera - twarz bezzębnego kloszarda wykrzywiła się w odrażającym uśmiechu przypominającym przedśmiertne konwulsje. - Siada z nami. Praca nie ucieknie. Ogzeje się - zachęcał wyciągając bezkształtne kikuty w kierunku palącego się leniwie ognia. - Muszę lecieć, schwytaliśmy dwóch zakażonych. Zobaczymy, co uda się z nich wyciągnąć - stwierdził policjant rozglądając się dookoła jak gdyby szukał księżyca, relikwii przeszłości z czasów, gdy powietrze nie było jeszcze wypełnione nieprzeniknionym, obrzydliwym osadem. - Naprawdę? - zapytał ze zdziwieniem kloszard. - Cy słuchał komisaz dzisiejsych wiadomości? O, właśnie podają kolejne. - Z trzasków ledwie dawało się wyłowić głos spikera.

Zakażeni zdobyli Radom i przemieszczają się większymi grupami w kierunku Warszawy, Lublina i Kielc opanowując po drodze miasta i wioski. Nie wiadomo dalej, jaka jest przyczyna powstania choroby zarażającej mieszkańców Polski. Istnieją przypuszczenia, że wirus powstał jako mutacja kleszczowego zapalenia mózgu wspomaganego dodatkowo wysokim promieniowaniem. Najbardziej prawdopodobną przyczyną rozprzestrzeniania się epidemii jest ugryzienie przez chorego osobnika. W Warszawie zebrała się nadzwyczajna grupa kryzysowa opracowująca sposób dalszego działania i zażegnania problemu. Za godzinę przekażemy kolejne informacje.

- Niedługo tu będą. Zrobicie coś? - z nadzieją w głosie zapytał kloszard w obślizgłej pełnej wesz włóczkowej czapce, nie zdejmowanej z głowy od wieków. - Schowajcie się. Sytuacja jest poważna - Jan dopiął ostatni guzik płaszcza, postawił kołnierz, odwrócił się na pięcie i odszedł w kierunku komisariatu. Po drodze przegonił jeszcze dwójkę małych dzieci obgryzających ciało zmarłego nieszczęśnika, który miał pecha wyzionąć ducha na środku ulicy. Kanibalizm nie był niczym nadzwyczajnym, szczególnie w obliczu głodowej śmierci zbierającej swoje żniwo wśród ludności. Dwa strzały z pistoletu oddane w powietrze wystarczyły, aby odpędzić hieny pożywiające się padliną. Nie uciekły pewnie zbyt daleko i czekają w schronieniu, aż Jan zniknie za rogiem. Wrócą i wbiją ząbki w ciepłe wnętrzności niedokończonego obiadu i pożywiając się nim dadzą sobie luksus przeżycia jeszcze kilku dni. Wysocki wbiegł do komisariatu, rzucił płaszcz na wieszak i udał się w kierunku sali przesłuchań, gdzie zwykle torturowano nieposłusznych obywateli wyciągając z nich "dobrowolne" zeznania. Po drodze spotkał rozgorączkowanego porucznika Stefana Trybusa, który przysunął się do Wysockiego i szepnął mu do ucha. - Mamy ich - powiedział to w taki sposób, jakby zdradzał największą tajemnicę państwową. - Tak, wiem. Chodźmy - odparł stanowczo Jan. Kiedy przechodzili przez komisariat ich uwagę przykuł awanturujący się otyły mężczyzna. Tłumaczył coś dyżurnemu posterunkowemu, gestykulując energicznie i wylewając z siebie niezrozumiały potok słów, z których dało się wyodrębnić jedynie pojedyncze: ochrona… skandal… zagrożenie… zróbcie coś. Elektroniczna aparatura niewielkiego pomieszczenia mieniąca się kolorowymi diodami oczekiwała już na wchodzących policjantów. Przez weneckie lustro mogli obserwować przestronną salę, wewnątrz której uwięzionych było dwóch zakażonych. Przykuci do przeciwległych ścian za ręce i nogi klęczeli na podłodze i wpatrywali się pustym wzrokiem w tlącą się żółtym światłem żarówkę. - Są przerażający - w głosie Trybusa dało się wyczuć niepokój - te ich nieobecne oczy... - Mówili coś? - zapytał Wysocki wyciągając z szuflady biurka dwie pary gumowych rękawiczek, jedną z nich zakładając a drugą podając porucznikowi. - Bełkotali coś niezrozumiale, nic konkretnego - odpowiedział biorąc z szafki gumowe pałki. - Pora na przesłuchanie. Dowiedzmy się czegoś - stwierdził Wysocki przygotowując się do dobrze znanego sobie rytuału. Weszli do sali przesłuchań. Stojąc w bezpiecznej odległości przyglądali się kreaturom, czasem tylko poszturchując je policyjną pałką, aby sprowokować jakąś reakcję. Zakażony klęczący po lewej stronie opuścił głowę i utkwił wzrok w podłodze, zupełnie nie zwracając uwagi na funkcjonariuszy. - Poruczniku, proszę nadać naszemu przesłuchaniu nieco szybszy bieg - Jan zwrócił się ironicznie do kolegi. Trybus podszedł do klęczącej postaci, poprawił rękawiczki, zacisnął dłonie na gumowej pałce i przybrał pozycję przypominającą postawę bejsbolisty szykującego się do najważniejszego uderzenia w swoim życiu. Siła potężnego ciosu rzuciła ciałem o ścianę a krew pozostawiła świeże ślady, które dołączyły do tych już istniejących. - Chyba trochę przesadziłeś poruczniku. Obawiam się, że on niczego nam już dzisiaj nie powie - stwierdził Wysocki patrząc na przetrącony nos i krwawą szramę na policzku ozdobioną fragmentami obszarpanej tkanki rozciętej przez zęby. Zarażony wił się po ziemi wyginając ciało w dziwacznych pozach, wydając przy tym odgłosy przypominające skowyt wilka i płacz dziecka jednocześnie. Po chwili jednak powrócił do poprzedniej, klęczącej pozycji i wlepiając puste ślepia w porucznika mruczał coś pod nosem. Na oczach policjantów tkanki jego twarzy zupełnie się zrosły przechodząc metamorfozę z krwawej, rozdartej miazgi do dawnej postaci. Wysocki w furii rzucił się na skutego łańcuchami osobnika i trzymając go za włosy wykrzyczał - Kim wy kurwa jesteście? Usta zainfekowanego rozwarły się do nienaturalnych rozmiarów ukazując czarną otchłań gardła wypełnioną larwami białych robaków, pijawek i wijących się glist, udekorowaną szpiczastymi kryształowo białymi zębami. Z krtani wydobył się chrypiący głos przesiąknięty fetorem zgniłego mięsa.

Dwóm moim Świadkom dam władzę przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni. Oni są dwoma drzewami oliwnymi i dwoma świecznikami, co stoją przed Panem ziemi. A jeśli kto chce ich skrzywdzić, ogień wychodzi z ich ust i pożera ich wrogów. Mają oni władzę by wszelką plagą uderzyć ziemię, ilekroć zechcą.

Policjantów zaskoczyła para wydobywająca się z ich ust, efekt niskiej temperatury, która nagle ogarnęła całe pomieszczenie. Weneckie lustro zaczęło porastać szronem finezyjnie utkanym w przepiękne wzory, jakie tylko natura potrafi wykonać w mroźne zimowe noce. Wysocki spoglądał to na Trybusa, to na malujące się na zwierciadle misterne obrazy, wreszcie nie wytrzymując napięcia wyszedł z pokoju przesłuchań trzaskając drzwiami. W ślad za nim podążył porucznik. - Kogoś ty mi tu przyprowadził? - na twarzy komisarza pojawiła się złość. - Sami przyleźli twierdząc, że są jakimiś zasranymi prorokami - odpowiedział przerażony Trybus - gadali dziwnym językiem, jakby z Biblii, że ten wirus to ich sprawka. - Niech to szlag trafi. On mówił zupełnie nie poruszając ustami, sam zresztą widziałeś. Wracamy z powrotem - oznajmił Wysocki. - Czy zauważyłeś, co było na lustrze? - zapytał porucznik. - Trzy szóstki - znak bestii. Próbują nas wystraszyć tanimi sztuczkami. Zaraz dobierzemy im się do dupy. Przynieś walizkę ze…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%